Kultura

Solo idola

Rojek i Albarn idą na solo

Artur Rojek Artur Rojek Tadeusz Późniak / Polityka
„Beksa”, piosenka tego pierwszego, podbiła listy przebojów. Nowy album drugiego już słyszeliśmy. Nagrane po latach solowe płyty Artura Rojka i Damona Albarna przekonują, jak mało wiemy o dwóch muzycznych bohaterach lat 90.
Okładka solowej płyty Rojkamateriały prasowe Okładka solowej płyty Rojka
Damon AlbarnΣπάρτακος/Wikipedia Damon Albarn
Okładka solowej płyty Albarnamateriały prasowe Okładka solowej płyty Albarna

Fotogeniczny, ale też inteligentny i przenikliwy Damon Albarn stał się prędko jedną z brytyjskich ikon końca wieku, gdzieś obok Tony'ego Blaira czy Spice Girls. Pojedynek na przeboje (i uprzejmości) pomiędzy dowodzonym przez niego Blur a Oasis braci Gallagherów jako żywo przypominał starcie Beatlesów i Stonesów. Nie sposób też było nie zauważyć nadwrażliwości Artura Rojka, którego teksty pisane w Myslovitz stanowiły romantyczny rewers dla rozpędzającej się kapitalistycznej Polski. Mogliśmy więc przypuszczać, że powiedzieli już wszystko. A jednak zarówno Artur Rojek, jak i Damon Albarn zapowiedzieli, że na solowych płytach ich przekaz będzie osobisty jak nigdy dotąd.

Zachowanie zamkniętej, prywatnej strefy musiało być dotąd szczególnie trudne dla Brytyjczyka, który pisał teksty nie tylko w Blur (występowali jako główna gwiazda zeszłorocznego Open’era), lecz także w Gorillaz i kilku innych formacjach. Co więcej, Albarn pracował już również na własną rękę, nagrywając ścieżki dźwiękowe, a także operę o życiu królewskiego alchemika Johna Dee. Jak ognia unikał jednak terminu „twórczość solowa”, uważając, że brzmi on jakoś przeraźliwie samotniczo. Stąd w obu przypadkach nie bywał raczej pierwszoplanową postacią swoich piosenek.

Solowe debiuty z pewnością nie wzięły się z nudy. Ekslider Myslovitz sprawdzał się jako dyrektor artystyczny OFF Festivalu, a lider Blur podróżował do Afryki, by tam nagrywać album „Kinshasa One Two”, którego sprzedaż zasiliła organizację humanitarną Oxfam. Była to działalność poboczna, drugoplanowa, a jednak mieliśmy tendencję, by traktować ją jako zapowiedź nadchodzących wydarzeń. Dlatego o „Składam się z ciągłych powtórzeń” myśleliśmy przez pryzmat niszowych zespołów zapraszanych na katowicką imprezę. A przy okazji „Everyday Robots" wspominaliśmy zachwyty Albarna nad muzyczną tradycją Mali czy Demokratycznej Republiki Kongo. Po przesłuchaniu obu debiutów wiadomo już, że takie projekcje okazały się nie całkiem trafione.

Lato 76

Jakimś przedziwnym zbiegiem okoliczności obie płyty obejmują bliźniaczy okres. Powracając do swojego dzieciństwa, muzycy zatrzymują się w tym samym momencie – lecie 1976 roku. Mogłoby się wydawać, że dla Brytyjczyka i Polaka były to dwa zupełnie odmienne światy – z jednej strony ciesząca się jeszcze dużym poparciem Partia Pracy i wciąż dobra sytuacja ekonomiczna, a z drugiej – Gierek oraz strajki w Radomiu i Ursusie. A przecież w tych osobistych historiach w ogóle tego nie słychać. Dla małych chłopców wielki świat nie odgrywa jeszcze znaczącej roli. A może inaczej: dla ośmioletniego Albarna ów wielki świat to zamykana wówczas gospoda The Green Man i fala upałów, która tamtego lata przetoczyła się przez Anglię. O obu tych wydarzeniach śpiewa w utworze „Hollow Ponds”, który nazywa centralnym punktem albumu. Ta melancholijna kompozycja to w zasadzie pamiętnik, w którym ikona britpopu zamieszcza kolejne – mało spektakularne, a przecież wciąż poruszające – wydarzenia ze swojego życia. Zaczyna się to wszystko nie od napotkania jakiejś ważnej postaci, dramatycznego wydarzenia czy usłyszenia kultowej płyty, ale od fali nieznośnych upałów. Prozaiczne, ale tak właśnie działa pamięć.

U Rojka dramaturgii jest więcej. Nawet jeśli sam utwór „Lato 76” jest powolny, statyczny, to jakby na przekór wykreowanej atmosferze wokalista wspomina tu dramatyczne wydarzenie, gdy jako czterolatek wymknął się spod opieki babci i, przebiegając przez ulicę, prawie wpadł pod samochód. To pretekst do snucia opowieści o roli przypadku i wszystkich tych niezauważalnych niuansów, które mogą odmienić życie. – „Lato 76" jest piosenką o tyle istotną dla całej płyty, że wyznacza kierunek interpretowania tekstów – przyznaje artysta. – Ono dało mi impuls do myślenia o tym, że rzeczywistość mogłaby wyglądać inaczej, gdyby pewne sprawy potoczyły się innym torem.

Ojciec brać

O tym, że „Składam się z ciągłych powtórzeń” jest dla Rojka albumem bardziej osobistym niż wszystkie wydawnictwa Myslovitz, świadczy chociażby obecność Franka. Jego pierworodnego syna mogliśmy usłyszeć jeszcze przed premierą płyty, gdyż odpowiadał za chórki w singlowej „Beksie”. Teraz pojawia się znów, tym razem w tekście piosenki. – „Kot i Pelikan"  pochodzi jeszcze z czasów, kiedy byłem w zespole, ale nigdy nie pomyślałbym, że mógłby się stać piosenką Myslovitz. Zwłaszcza na etapie kariery, na którym wtedy byliśmy. Jest zbyt osobisty – tłumaczy Rojek. I dodaje, że pisanie pod własnym nazwiskiem było dla niego nową sytuacją. Owszem, w 2001 roku snuł historie o swoim dzieciństwie na płycie „Uwaga! Jedzie tramwaj", ale wówczas też schronił się za nazwą zespołu Lenny Valentino. – W tym wypadku wszystko biorę na siebie – mówi Rojek. – Większa odpowiedzialność, większy stres. W związku z tym musiałem też poświęcić więcej czasu, aby wyciągnąć z siebie coś, co przekona mnie samego. To rodziło moją wściekłość. Ten gniew, który momentami pojawia się na tej płycie, pochodzi właśnie z tych momentów, kiedy się strasznie na siebie wkurzałem, bo to pisanie powinno przychodzić łatwiej i szybciej.

O frustrację było łatwo, bo artysta był w ostatnim czasie mocno zapracowany. Przyznaje, że nie miał zbyt wiele czasu, aby się odseparować od zawodowej codzienności i gdzieś na uboczu spokojnie wejrzeć w siebie. Zamiast czekać aż spełni się romantyczny mit i łaskawie spłynie wena, Rojek zamykał się w biurze i wylewał siódme poty. – Każdy dzień wyglądał podobnie. Normalna robota. Nie poszukiwanie natchnienia, a ciężkie wydzieranie z siebie treści, które mogłyby znaleźć sobie miejsce w tekstach.

Dla Albarna pisanie piosenek na „Everyday Robots" było również sporym wyzwaniem. Między innymi ze względu na swoje ojcostwo – muzyk miał bowiem świadomość, że jego teksty zostaną gruntownie przestudiowane nie tylko przez fanów na całym świecie, lecz także przez jego 14-letnią córkę. I miał się z czego tłumaczyć. Dokładniej, z najlepszego na albumie „You & Me" – oszczędnego w środkach, monumentalnego w rozmiarach dzieła, w którym porusza temat swojego dawnego uzależnienia. Dopiero w 2009 roku przy okazji premiery dokumentu „No Distance Left to Run” lider Blur dał do zrozumienia, że w latach britpopowego boomu miał problemy z heroiną. Więcej o narkotykach powiedział jednak dopiero trzy lata później na łamach dziennika „Guardian”, kiedy przyznał, że w przeciwieństwie do wielu znajomych – jemu narkotyk nie zrujnował życia, wręcz zwiększył jego artystyczną produktywność. Nigdy jednak nie poruszał tego tematu w swoich piosenkach (choć spekulowano, że do narkotyków nawiązywał na płycie „13” w utworze „Caramel”). Aż do dziś, gdy we wspomnianym „You & Me” śpiewa o folii aluminiowej i zapalniczce, które były mu okrętem na drugą stronę. O pięciu dniach, kiedy jest włączony i dwóch, gdy niezupełnie. Znajomy wydaje się również rozmiar kompozycji – otóż trwający ponad siedem minut utwór ma niemal identyczną długość co „Heroin” The Velvet Underground. Wydumana teoria? Być może, ale uwiarygodnia ją odrobinę obecność Briana Eno – wielkiego admiratora twórczości Reeda i Cale'a.

Artysta na swoim

Wydanym po 26 latach działalności artystycznej albumem Albarn dołącza wreszcie do grona brytyjskich „późnych debiutantów”. Trudno bowiem znaleźć nad Tamizą artystę, który ostatecznie nie opuściłby swojej macierzystej formacji, by spróbować szczęścia na własną rękę. Przyczyny takich artystycznych rozwodów bywały bardzo różne. Najczęstszym były oczywiście napięcia i scysje w zespole. To właśnie one ostatecznie rozłożyły The Smiths, przygotowując grunt pod solową karierę Morrisseya i niekończącą się sagę prawniczą. Za ich sprawą na wiele lat zamilkli też The Verve, jeśli tylko złamaną rękę i obitą szczękę możemy nazwać scysją. Konflikt to także rodowe imię braci Gallagherów, których kłótnie i obustronne przekleństwa zyskały sławą porównywalną tylko z największymi przebojami Oasis.

Sytuacja wokół Blur i Damona Albarna pokazuje jednak, że nie zawsze musi iść o urażoną dumę i gotującą się krew. Artysta nie dość, że nie rozstał się z macierzystą formacją, to jeszcze na okres przygotowywania płyty przypadł koncertowy powrót kultowej kapeli. Tym samym, okoliczności powstawania „Everyday Robots"  przypominają trochę sytuację wokół  Thoma Yorke i albumu „The Eraser". Muzyk ucinał wówczas wszystkie pytania o ewentualne konflikty wewnątrz Radiohead, tłumacząc, że miał ochotę popracować nad muzyką bardziej zorientowaną na elektronikę.  Powstające wówczas, zaskakująco klasyczne w swojej rockowej formule „In Rainbows” nie mogło mu dać takiej szansy. Yorke przypominał Albarna także w swojej niechęci do nazywania swojej twórczości – solową. Przeszkadzał mu fakt, że mogłoby to sugerować poluzowanie więzów z macierzystą formacją, a do tego nigdy nie doszło.

Albarn jest w dobrym położeniu. Nie spalił za sobą mostów – po prostu chciał się opowiedzieć swoją historię w bardziej bezpośredniej formie. W każdej chwili może zaś powrócić do grania z Blur, tak jak bez większych problemów powrócili muzycy Pulp, którzy również rozstali się w zgodzie. Przyczyną rozpadu tamtej grupy, bardzo popularnej w latach 90., było zmęczenie życiem na wysokich obrotach i kolejnymi sensacjami wyszukiwanymi przez wybitnie bezwzględne brytyjskie tabloidy. Problemów z powrotem nie miała też grupa Slowdive, której członkowie rozeszli się, by próbować sił w różnych muzycznych stylistykach. Nad tym ostatnim przypadkiem warto się zatrzymać, gdyż przypomina o losach pewnej mysłowickiej grupy…

Sojusz po latach

Choć w przypadku Myslovitz rozstanie nie było aż tak kurtuazyjne, powód był z grubsza ten sam. – Dla mnie najważniejsze w pracy nad „Składam się z ciągłych powtórzeń" było przeniesienie się do innego świata – tłumaczy Rojek. – Taki miałem cel. Chciałem oddalić się od estetyki, w której istniałem z dwóch powodów: po pierwsze za długo w niej tkwiłem, a po drugie przez lata zmienił się mój gust. Odmiana była nieunikniona.

Aby mieć pewność, że metamorfoza się powiedzie, muzyk połączył siły z producentem Bartkiem Dziedzicem, o którym zrobiło się głośno po sukcesie „Grandy" Moniki Brodki. Co ciekawe, panowie znają się dłużej. Dziedzic grał przez pewien czas w zespole Rotary, o którym mówiło się, że może stanowić konkurencję dla ówczesnego Myslovitz – oba zespoły nawiązywały do Britpopu, nurtu, którego gwiazdami byli Damon Albarn i jego Blur.

Dziedzic i Rojek nie tylko doszli więc do podobnego miejsca, ale przeszli bardzo podobną drogę. – Żartuję sobie czasem, że za granicą jest jakieś dwadzieścia osób, z którymi chciałbym pracować, a w Polsce jest jedna – i właśnie z nią pracuję – mówi wokalista.

Podobnie wyczekiwane, płyty Rojka i Albarna muzycznie więcej dzieli niż łączy. „Składam się z ciągłych powtórzeń" jest rozpięte stylistycznie i bogato zaaranżowane. Przebojowy, ekstatyczny "Czas, który pozostał" zdradza pokrewieństwo z Arcade Fire, zaś odległy od niego o zaledwie dwa indeksy „Kokon" przypomina raczej elektroniczne wycieczki Thoma Yorke'a. Ta różnorodność wynika nie tylko z samych kompozycji, lecz także sposobu (a może raczej: sposobów), w jaki śpiewa Rojek. To, o czym śpiewa jest tutaj najmocniejszym spoiwem. Inaczej jest u Albarna, którego nowe utwory mogłyby wkomponować się w płyty Blur czy The Good, The Bad & The Queen. Omiecione tą samą słodko-gorzką melancholią piosenki na „Everyday Robots" prezentują mniej rockowe, stonowane, ale przecież nieobce nam oblicze artysty.

Z wydanych właśnie płyt płyną jednak podobne nauki. Po pierwsze okazuje się, że nawet najbardziej zgrany zespół tworzy barierę komunikacyjną pomiędzy twórcą a słuchaczem. Po drugie sam słuchacz bywa trochę naiwny, wierząc, że po 20 latach o swoich idolach wie już wszystko.

Damon Albarn wystąpi w Polsce 29 czerwca jako gwiazda muzyczna Malta Festival Poznań.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Szkoła bardzo szkodzi. Uczniom, demokracji, światu

Rozmowa z dr. Mikołajem Marcelą o fatalnych skutkach kultywowania XIX-wiecznej formuły szkoły, wychowywaniu do autorytaryzmu i o tym, jak można to zmienić.

Jacek Żakowski
18.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną