Kultura

Traktat o wychodzeniu z teatru

Traktat o wychodzeniu z teatru

Bulwersującą kwestię demonstracyjnego wychodzenia z teatru próbuje się wpisać w szersze zjawisko kulturowe, jakim jest bez wątpienia konflikt pokoleń. Bulwersującą kwestię demonstracyjnego wychodzenia z teatru próbuje się wpisać w szersze zjawisko kulturowe, jakim jest bez wątpienia konflikt pokoleń. Mirosław Gryń / Polityka
Bywa, że w sprawozdaniach z premier ważniejsze od tego, kto przybył, jest ustalenie, kto wyszedł w trakcie przedstawienia i co chciał w ten sposób zademonstrować.
Kto wychodzi z teatru, z jakiego powodu i co pragnie w ten sposób zademonstrować – odpowiedzi na te i podobne pytania mogłyby dać solidne badania socjologiczne.Mirosław Gryń/Polityka Kto wychodzi z teatru, z jakiego powodu i co pragnie w ten sposób zademonstrować – odpowiedzi na te i podobne pytania mogłyby dać solidne badania socjologiczne.

Artykuł w wersji audio

Kto uważa, że demonstracyjne wychodzenie z teatru zaczęło się wraz z pojawieniem się reżysera Jana Klaty, jest w wielkim błędzie. Gest, który jednych bulwersuje, zaś przez innych uważany jest za niezbywalne prawo widza kupującego bilet, historykom teatru znany jest od dawna.

Gustaw Holoubek, niezapomniany odtwórca roli Gustawa-Konrada w „Dziadach” Kazimierza Dejmka, których zdjęcie przez władze w 1968 r. spowodowało demonstracje studenckie, pięć lat później udał się do królewskiego miasta Krakowa, by zobaczyć „Dziady” Konrada Swinarskiego. Czyste arcydzieło – pisali krytycy, a tłumy waliły do Starego Teatru drzwiami i oknami. Wybitny aktor w zasadzie nie zobaczył ani jednej pełnej sceny, ponieważ wchodząc, potknął się o okupujących dolne foyer żebraków, których Swinarski zaprosił na ucztę Dziadów. Dla Holoub­ka był to pomysł nie do zaakceptowania, więc czym prędzej opuścił gmach szacownego teatru.

Zachowała się opinia o legendarnych dzisiaj „Dziadach” Swinarskiego zapisana przez Czesława Miłosza. Przyszły noblista nie był w stanie osobiście przyjechać do Krakowa (czy młody czytelnik zgadnie dlaczego?), wszedł natomiast w posiadanie zapisu płytowego, a po wysłuchaniu nie krył oburzenia: „Przygnębiające to było przeżycie. Jeżeli te histeryczne wrzaski mają oznaczać, że tak tylko polscy aktorzy umieją mówić Mickiewiczowski wiersz? Jeżeli publiczność zachwycała się tym przedstawieniem?”.

Dla pełnego obrazu odnotujmy, że do chwalców Swinarskiego nie należał Jarosław Iwaszkiewicz. Zdarzyło mu się kiedyś obejrzeć „Nie-Boską komedię”, do której reżyser ryzykownie włączył popularny wówczas przebój międzynarodowy „Quando, quando”. Wielki pisarz zwierzał się potem, że miał szczerą ochotę wygwizdać przedstawienie, ostatecznie jednak się powstrzymał, ponieważ – jak powszechnie wiadomo – miał arystokratyczne pochodzenie, a może po prostu nie umiał gwizdać.

O wychodzeniu z teatru sporo miałby do powiedzenia Adam Hanuszkiewicz (słynna „Balladyna” z hondą i „Kordian” z drabiną) czy Jerzy Szajna, dziś już niemal zapomniany, wielki eksperymentator.

Jerzego Grzegorzewskiego, wspominanego dzisiaj z wielkim sentymentem, też nie wszyscy uwielbiali. Na inaugurację dyrekcji w wyremontowanym po pożarze Teatrze Narodowym wystawił „Noc listopadową” w typowej dla siebie poetyce. Niektórym tak podany Wyspiański nie przypadł do gustu, parę osób wyszło w przerwie, nie bacząc, że przedstawienie ma wyjątkowy charakter. Wśród czmychających znalazł się nasz znakomity krytyk muzyczny Jerzy Waldorff, który wstając z ociąganiem z fotela, powiedział charakterystycznym tubalnym głosem: „Ni ch... nie rozumiem” (oczywiście bez kropek). Wiem, bo byłem i słyszałem.

Stara inteligencja nie wysiaduje

Bulwersującą kwestię demonstracyjnego wychodzenia z teatru próbuje się wpisać w szersze zjawisko kulturowe, jakim jest bez wątpienia konflikt pokoleń. Nie bez powodu roczniki debiutujące w pierwszych sezonach odrodzonej Polski nazwane zostały pokoleniem ojcobójców. Tradycję ojcobójstwa kontynuują kolejne pokolenia reżyserów. Jan Klata, debiutujący przed dekadą, jest nawet autorem manifestu: „Artysta potrzebuje pokarmu i przeciwnika. Pokarm mam, cieszę się, że jest wojna”. Tak się złożyło, iż w charakterze wroga Klaty obsadzony został Jan Englert, który wyszedł z Klatowego przedstawienia „Fanta$y”, opartego (bardzo) luźno na motywach dramatu Juliusza Słowackiego. Wyjście, w którym dyrektorowi Teatru Narodowego towarzyszyło jeszcze parę osób, nastąpiło po scenie z amerykańskim żołnierzem tańczącym, a następnie uprawiającym seks z żoną Rzecznickiego w rytm znanej skądinąd melodii „Czerwone maki na Monte Cassino”.

W następnych latach Englert w każdym wywiadzie musiał odpowiadać na pytanie, dlaczego wyszedł, i na nic zdały się tłumaczenia, że po prostu się nudził i już dłużej nie mógł wytrzymać. I tak wszyscy wiedzieli, że to demonstracja. „Samo się zademonstrowało” – ten jego argument też nie przekonywał.

O wychodzeniu ze spektaklu Jana Klaty „Do Damaszku” było głośno w końcu ubiegłego roku, choć w tym wypadku należałoby mówić o zorganizowanej akcji, a nie spontanicznym sprzeciwie. Padające z widowni okrzyki: „Globisz hańba!”, „Segda wstyd!” weszły dziś do teatralnej popkultury i cytowane są w rozmaitych kontekstach. Ogrywa je sam Globisz podczas obecnych przedstawień. Notabene „Do Damaszku” było ostatnio pokazywane w Warszawie i żadnych protestów nie wzbudziło, przynajmniej nie z powodu scen, które bulwersowały w Krakowie. Czymś się różni nowa stolica Polski od starej.

Do zderzenia Klaty ze starszą inteligencją doszło już parę lat wcześniej, kiedy uczestnicy odbywającego się w Krakowie Kongresu Kultury Polskiej wybrali się tłumnie na jego „Trylogię” do Starego Teatru. Po przerwie frekwencja nieco się zmniejszyła. Sam byłem świadkiem monologu wygłoszonego w foyer przez wybitną stołeczną aktorkę, która nie kryła rozdarcia i nadała temu stanowi odpowiedni artystyczny wyraz: wyznała mianowicie, że też by wyszła, ale jej nie wypada.

Co zastanawiające, zdarza się, iż najzacieklejszymi przeciwnikami teatru eksperymentującego są byli eksperymentatorzy. Ze zdarzeniem takim mieliśmy do czynienia podczas grudniowej premiery „Kronosa” według Witolda Gombrowicza we wrocławskim Teatrze Polskim. Spektakl jeszcze się na dobre nie zaczął, a zaczynał się długo, gdyż najpierw na żelaznej kurtynie pokazał się napis „spektakl odwołany”, potem mieliśmy kawałek kina, zanim więc przedstawienie zaczęło „się stawać”, z pierwszego rzędu wstał mężczyzna i głośno coś wykrzykując, wyszedł trzaskając drzwiami (te drzwi to już przenośnia). Kto zacz? Okazać się miało, iż to Bogusław Litwiniec, były dyrektor studenckiego Teatru Kalambur, niegdyś twórca bardzo awangardowy, organizator słynnego w swoim czasie Międzynarodowego Festiwalu Teatru Otwartego. Ale chyba nie tak szeroko otwartego, jak to zaproponował młody reżyser Krzysztof Garbaczewski.

Długo trwało ustalanie, z jakim przesłaniem opuszczał Litwiniec salę Teatru Polskiego. Do dziś nie jest znana ostateczna wersja, choć na podstawie szczątkowych relacji osób znajdujących się w pobliżu udało się z grubsza ustalić, iż były eksperymentator napomknął, że reżyser Garbaczewski potrzebuje fachowej pomocy. Choć pojawił się też świadek twierdzący, jakoby Litwiniec zawołał wielkim głosem, że trzeba ratować teatr. Tak czy inaczej były to wypowiedzi znamionujące troskę o kształt polskiej sceny i jako takie zasługują na uwagę.

Żeby nie było, że tylko polscy twórcy wzbudzają zdecydowane reakcje widzów, odnotujmy, iż z premiery „Lodu” Władimira Sorokina, wyreżyserowanego przez Konstantina Bogomołowa w Teatrze Narodowym, wyszedł minister Radosław Sikorski wraz z rodziną. Premiera odbyła się w końcu stycznia br., więc wyjście nie mogło być odebrane wprost jako demonstracja przeciwko rosyjskim twórcom (ostry kryzys ukraiński zaczął się później), niemniej zrobiło na zebranych duże wrażenie. Innych przykładów nie jestem w stanie przytoczyć, również z tego powodu, iż nasi politycy rzadko bywają w teatrze. Ostatnio na premierze „Nocy żywych Żydów” w Teatrze Dramatycznym był sam premier Donald Tusk, który jednak nie wyszedłby w trakcie, nawet gdyby mu się bardzo nie podobało. Autorem książki, na podstawie której powstał spektakl, jest bowiem Igor Ostachowicz, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Uprzejma prośba o założenie majtek

W repertuarze zakończonych niedawno Warszawskich Spotkań Teatralnych znalazła się m.in. „Caryca Katarzyna”, zaprezentowana przez Teatr im. Żeromskiego z Kielc, której towarzyszył spory rozgłos, przed kasami ustawiały się kolejki, trzeba było zorganizować dodatkowy spektakl. Z przedstawienia, na którym byłem, pierwszy (i chyba ostatni) widz wyszedł po scenie, w której grająca tytułową rolę Marta Ścisłowicz

odsłoniła piersi, czyli spektakl dopiero zaczynał się rozkręcać. Był to bardzo kulturalny starszy pan. Jako kurator Spotkań z przedstawicielami tego właśnie pokolenia miałem potem kilkakrotnie trudne rozmowy, w których odpowiadałem na proste pytanie, dlaczego caryca chodzi nago po scenie. Tłumaczyłem mętnie, że nagość jest jej kostiumem, że ubrana jest w tę nagość itp., ale argumenty trafiały w próżnię.

Z nagością jest bowiem w polskim teatrze wielki problem. Niestety, nie prowadzi się statystyk wyjść, choć byłyby to niezwykle pouczające dane, niemniej można założyć, iż jednym z głównych powodów wstania z fotela podczas przedstawienia jest wstrząsający widok aktorki bądź aktora pozbawionego choćby najskromniejszego kostiumu. Zdarzają się też bardziej zdecydowane zachowania widzów. Kroniki teatralne odnotowały sugestię anonimowej pani: „Bardzo proszę, żeby pan założył majtki!”, skierowaną wprost do Jacka Poniedziałka grającego Hamleta w Teatrze Rozmaitości. Uprzejma prośba dotarła do artysty, mimo to nie pobiegł za kulisy po odzież.

Problem narasta, czego dowodem najnowszy numer „Notatnika Teatralnego” w całości poświęcony nagości. Już na pierwszej stronie redaktorzy zamieszczają art. 73 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej stanowiący, iż „Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury”. Czyli prawo do nagości zapewnia teatrowi konstytucja, co jednak nie dotarło jeszcze do wszystkich obywateli.

W zamieszczonym w „Notatniku” wywiadzie z Krystianem Lupą zacytowane zostało twierdzenie Holoubka, że „nagość jest sprzeczna z naturą teatru”. Na co Lupa odpowiada: „nagość nie tylko nie jest sprzeczna z naturą teatru, ale jest jego głównym komponentem”. Znający spektakle reżysera przyznają, że dobrze wie, o czym mówi.

Demonstracyjnie czy dyskretnie?

Kto wychodzi z teatru, z jakiego powodu i co pragnie w ten sposób zademonstrować – odpowiedzi na te i podobne pytania mogłyby dać solidne badania socjologiczne. Z wszystkimi rygorami tego rodzaju sondaży, a więc z uwzględnieniem wieku, preferencji płciowych, uprawianej profesji i poglądów politycznych. Z jakich spektakli wychodzą mianowicie zwolennicy PO, a z jakich PiS? Czy częściej wychodzą osoby, które w ostatnich wyborach prezydenckich głosowały na Bronisława Komorowskiego, czy te, które wolałyby Jarosława Kaczyńskiego? Jak na sceny nagości reagują osoby heteroseksualne, a jak mniejszości seksualne? Niestety, można jedynie snuć domysły.

Pozostaje zatem wyrywkowa obserwacja, przydatna przynajmniej w opisie strategii wychodzenia z teatru. Są zatem wyjścia demonstracyjne osób powszechnie znanych, którym powyżej poświęcone zostało najwięcej miejsca, gdyż właśnie na nich skupia się uwaga. Dodajmy, że w podobny sposób potrafią wychodzić osoby anonimowe, czasem czerpiące wyraźną satysfakcję z faktu, iż widownia odwraca wzrok od sceny, by poświęcić im parę sekund. Przeważają jednak wyjścia dyskretne, z lekkim zawstydzeniem. Teatr jest bowiem nadal traktowany jako przestrzeń odświętna. Zdarza się, że odbierający w przerwie płaszcze z szatni mają spuszczony wzrok i nie potrafią ukryć zawstydzenia. Z tego powodu najlepszą porą do dyskretnego opuszczania teatru jest pora wiosenno-letnia, kiedy nie zostawia się w szatni odzienia.

Poważnym utrudnieniem dla pragnących opuścić teatr jest brak antraktu, a praktyka ta staje się ostatnio niemal normą. Cóż, dla niektórych teatrów zafundowanie widzom przerwy jest posunięciem nadzwyczaj ryzykownym.

Odpowiadając zaś na pytanie postawione w ostatnim śródtytule – na miejscu twórców najbardziej przejmowałbym się sytuacją, kiedy widz wychodzi cicho i taktownie, bez zwracania na siebie uwagi. Dając jedynie do zrozumienia, że całkowicie odrzuca propozycję teatru.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety u władzy w Bizancjum

Zostanie cesarską małżonką, wejście w rolę bazylisy, było zapewne największym marzeniem przynajmniej niektórych mieszkanek Bizancjum, a w pewnych okresach łakomym kąskiem dla wielu dobrze urodzonych niewiast spoza niego.

Mirosław J. Leszka
12.03.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną