Kultura

Zadłużony cyrk Monty Pythona

„Teoria wszystkiego”: najnowszy film Terry’ego Gilliama

„Moje filmy mówią o ludziach odstających od realności, do której wszyscy są podłączeni. Na tym polega ironia”. „Moje filmy mówią o ludziach odstających od realności, do której wszyscy są podłączeni. Na tym polega ironia”. Hulton Archive/Photoshot / Getty Images
Rozmowa z amerykańskim reżyserem Terrym Gilliamem o jego najnowszym filmie „Teoria wszystkiego” i głośnym powrocie Monty Pythonów.
W skład grupy Monty Python wchodzili: John Cleese, Michael Palin, Graham Chapman, Eric Idle, Terry Gilliam i Terry Jones.Forum W skład grupy Monty Python wchodzili: John Cleese, Michael Palin, Graham Chapman, Eric Idle, Terry Gilliam i Terry Jones.
Kadr z filmu „Teoria wszystkiego”, reż. Terry Gilliam.Gutek Film Kadr z filmu „Teoria wszystkiego”, reż. Terry Gilliam.

Janusz Wróblewski: – Nakręcił pan strasznie smutny film.
Terry Gilliam: – Tak pan myśli?

Wizja czarnej dziury, pochłaniającej znerwicowanego faceta mieszkającego w zrujnowanym kościele i rozpaczliwie poszukującego sensu życia, nie należy do wesołych.
Programista komputerowy, którego gra Christoph Waltz, do końca wierzy, że mu się uda. Chociaż wydaje się śmiertelnie przygnębiony, walczy o siebie i swoje życie. Buntuje się, fantazjuje, kocha…

Wcale nie kocha. Wybiera partnerkę wirtualną zamiast miłości w realu. Zamyka się w swojej wyobraźni. Na dodatek trzyma go w garści jakaś monstrualna korporacja medialna. Pan też czuje się rozczarowany, samotny, niespełniony?
Trochę go przypominam. No tak. Jestem smutny! Dawno temu jako młody chłopak tryskałem optymizmem, a potem… wydarzyło się życie. Martwią mnie pieniądze. Zebranie środków na uruchomienie produkcji filmowej zajmuje lata. Pojawia się depresja. Całe życie prześladuje mnie myśl, że najbardziej utalentowani ludzie nie mają szans na samorealizację. Wielu tych, którym nie udało się rozwinąć skrzydeł, spotykałem na swojej drodze. Nie zdołali się przebić, udowodnić, na co ich stać. Czasami dopada mnie strach, że ja też niczego już więcej nie wyreżyseruję.

I wpada pan w pułapkę pracoholizmu.
Dwa lata temu długo nic nie robiłem. Spanikowałem. Podpisałem kontrakt na operę „Benvenuto Cellini” Berlioza. Wystawiłem ją niedawno w Londynie i Amsterdamie. Mam jeszcze sporo niewykorzystanych pomysłów i scenariuszy. Nie chcę, żeby przepadły.

Do tej pory miał pan jednak szczęście. Fenomenalny sukces Monty Pythonów, 13 fabuł na koncie, w tym kilka przebojów kasowych. Nie ma co narzekać.
Tak, powinienem być jednym z najszczęśliwszych ludzi na Ziemi! Ale jestem chciwy (śmiech). Sukces to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić. Człowiek staje się rozrzutny. Hollywood funkcjonuje właśnie w ten sposób. Gwiazdy zaczynają żyć ponad stan, a potem muszą robić coś, z czego w żaden sposób nie da się być dumnym.

Cała kultura popularna tak funkcjonuje.
Staram się unikać chałtur. Nie zaciągam długów. Nie lubię być na cudzej łasce. Kontroluję budżety swoich filmów. Wie pan, ile kosztowała „Teoria wszystkiego”? Osiem i pół miliona dolarów. Czyli bardzo mało. Zdjęcia kręciliśmy w Bukareszcie. Efekty specjalne powstały na Ukrainie. W Londynie musielibyśmy zapłacić pięć razy więcej.

Reaktywacja Monty Pythona ma coś z tym wspólnego?
Poniekąd zmusiła nas do tego kroku trudna sytuacja finansowa. Przegraliśmy proces.

Z producentem filmu „Monty Python i Święty Graal” Markiem Forstaterem, który niedawno ogłosił bankructwo?
Tak, Forstater domagał się tantiem od musicalu „Spamalot”, opartego na scenariuszu tamtego filmu. Nigdy nie uważaliśmy go za członka grupy, lecz on samozwańczo twierdzi, że był siódmym Pythonem. Oczywiście dostał jako producent swoją gażę, lecz gdy dziesięć lat temu Eric Idle wystawił musical na Broadwayu i odniósł wielki sukces, miał pretensję, że go przy podziale zysków pominięto. Spektakl do dziś jest grany w londyńskim Playhouse ­Theatre, zarobił mnóstwo pieniędzy (około 175 mln dol.), które wszyscy zdążyli już wydać. Forster obliczył, że jesteśmy mu winni blisko pół miliona dolarów. Poszedł z tym do sądu i mimo że nie jest autorem żadnego skeczu, nie napisał ani linijki tekstu – wygrał.

Przykra sprawa.
Typowa kłótnia o kasę. Trzeba do tego dołożyć jeszcze problemy Johna ­Cleese’a z gigantycznymi alimentami, których nie jest w stanie regularnie płacić. Jego trzecia żona Alyce Faye Eichelberger, z którą rozwiódł się kilka lat temu, przywykła do luksusu i nie zostawiła mu wiele. Terry Jones ma potworne kłopoty ze spłatą hipoteki. Kiedy więc usiedliśmy razem w kawiarni i zaczęliśmy się nabijać ze swojej żałosnej sytuacji materialnej, narodził się pomysł ostatniego wspólnego show. Eric Idle przyniósł zaraz potem gotowy scenariusz. Na tyle kretyński, że popłakaliśmy się ze ­śmiechu.

Dlaczego show, a nie film?
Lepiej byłoby nakręcić film, niestety, produkcja za długo by trwała. Na scenie nie potrzebujemy wielu dekoracji, sprzętu, reżysera. Eric zajął się organizacją wszystkiego. Gdy się okazało, że bilety do londyńskiej hali O2 rozeszły się w 43 sekundy, zwiększyliśmy liczbę występów do 10. Zainteresowanie przerosło nasze oczekiwania. Ostatni show, zaplanowany na 20 lipca, będzie transmitowany na żywo w 450 brytyjskich kinach oraz w 1,5 tys. salach widowiskowych m.in. w USA, Australii, Szwecji i w Polsce.

Michael Palin zapowiedział, że potem nigdy więcej współpracować już nie będziecie.
Takie mamy plany (śmiech). Moja rola w przedstawieniu jest prosta. Zbieram grupę. Zajmuję się animacją, przygotowuję plansze i opracowuję stronę plastyczną.

Jakieś szczegóły?
Będą trzy tygodnie prób. Nic więcej powiedzieć nie mogę.

Wróćmy zatem do filmu. W „Teorii wszystkiego”, która przypomina sequel „Brazil”, przedstawił pan obraz wysoko rozwiniętego społeczeństwa konsumpcyjnego niedalekiej przyszłości. Reklamy, wirtualna rzeczywistość, awatary zastępują ludziom potrzebę wiary. Ale to nasza cywilizacja, lustrzane odbicie współczesnego świata?
O tak. W naszym wspaniałym, nowoczesnym świecie wszyscy udają szczęśliwych. Cieszymy się kontaktami w sieci. Czatujemy na portalach społecznościowych. Lajkujemy. Seks załatwiamy z komputerem. Ten wykreowany przez nas idealny świat jest strasznie opresyjny. Qohen, mój bohater, jest samotnym szaleńcem. Czeka – jak wszyscy – na telefon, od którego zależą jego losy. Kiedyś ludzie kierowali się wartościami wyższymi, danymi nam przez bogów. Obecnie kierują się tym, co proponują reklamy. Kup to, zrób to, bo to cię uszczęśliwi. Oto nowy iPhone. Cudowna rzecz. Jeśli będziesz go miał, twoje życie nabierze sensu. Ooo rozszerzona klawiatura, ooo większy ekran. W twoim wieku to lepsze niż seks. Dziękuję ci, korporacjo!

 

Korporacje kochają nas na wiele sposobów, jak Jezus.
Prawdziwą, realną władzę posiadają nie superrządy, nie politycy, tylko właśnie korporacje. W tajemnicy przed opinią publiczną w Wielkiej Brytanii przygotowywane są ustawy, dwa pakiety handlowe, które otworzą globalnym koncernom drogę do pełnej wolności. Będą mogły podawać do sądu wszystkich, nawet narodowe rządy, jeśli uchwalone przez nie prawo nie będzie odpowiadało ich interesom. Sprawa nie jest rozstrzygana w niższych instancjach, tylko od razu przez trzech sędziów, którzy są wynajęci i opłacani przez korporacje. I nasz rząd to podpisze.

A religia?
Religia to spalona świątynia.

Matriks?
Nie. Raczej krucyfiks z wmontowaną kamerą. Boskie oko zostało zastąpione elektronicznym okiem korporacji.

Pokazuje pan to w filmie.
Gdy w samochodach pojawiły się pierwsze komputery, słysząc, że mam skręcić w lewo czy w prawo, ze śmiechem odpowiadałem: Pocałuj się gdzieś, idioto. Teraz się nie odzywam. Jadę, jak mi każą. A co by się stało, gdyby nagle zabrakło elektryczności? Baterie się wyczerpują, cała technologia, od której jesteśmy uzależnieni, wysiada. Co wtedy? Wizja takiej apokalipsy bardzo mnie interesuje. Ciekaw jestem, ile osób pozbawionych GPS potrafiłoby odnaleźć drogę albo kierunek?

Pan się nie obraża, jak porównują pana twórczość z Kafką?
Miło mi. W czasie kręcenia „Brazil” o szaleństwie naszego doskonale uporządkowanego świata i pragnieniu ucieczki z niego za wszelką cenę ktoś na planie powiedział, że robimy film na przecięciu prozy Kafki i kina Capry. Trafne określenie. Spodobało mi się. Trzy lata temu, podczas rozmowy z Tomem Stoppardem, współscenarzystą „Brazil”, zastanawialiśmy się, jak mógłby ten film wyglądać dziś, ćwierć wieku później.

Tak się narodził pomysł „Teorii wszystkiego”?
Zgodziliśmy się, że odpowiednikiem przygnębiającej biurokracji, która bardzo przypominała orwellowski ustrój totalitarny, jest wszechobecna konsumpcja. Ubezwłasnowolnieni ludzie tworzą system. Jak neurony. Nikt nie wie, skąd co pochodzi. Nieważne, czy żyjesz w kapitalizmie czy w socjalizmie. Liczy się wyłącznie dostęp do nowych, lepiej zaprojektowanych dóbr materialnych. Nagle nowy produkt zostaje wpuszczony do systemu. Boom! Network zaczyna iskrzyć. Między synapsami pojawia się impuls. Potem sytuacja się uspokaja, aż do pojawienia się nowej idei. Cały współczesny świat tak mniej więcej działa.

Co z wolnością?
Moje filmy mówią o ludziach odstających od realności, do której wszyscy są podłączeni. Na tym polega ironia. Ale to nie są satyry. Albo nie są to tylko satyry. Opisują rzeczywistość, w której się dusimy. Nawet „Żywot Briana” w kostiumie biblijnym był zawoalowaną wypowiedzią na temat współczesnego stanu ducha, a raczej nadmiernego oddalenia albo braku wyższej instancji.

Pamięta pan chwilę, gdy poczuł się artystą?
W dzieciństwie dużo rzeźbiłem, ciągnęło mnie do rysowania. Razem z ojcem, stolarzem, postawiliśmy trzy drewniane domy, w których mieszkaliśmy. Bawiłem się w teatr. Ponieważ nie potrafiłem robić tricków, które mi najbardziej imponowały, odgrywałem clowna. Dorastałem w nieciekawych okolicach Minnesoty. Bez telewizji, bez radia. Ale wspominam tamten czas jako idyllę, nieustanną przyjemność. A później zwalił mi się na głowę sukces.

Zdradzi pan sekret dobrego opowiadania?
Chciałbym go znać. Nie wiem. Powinno to być coś ważniejszego niż zwykła zgrywa. Nie mam nad tym kontroli. Gdy ktoś mnie pyta, jak wymyślam swoje pomysły, jestem zły, bo staram się tego nie racjonalizować. Jeśli czegokolwiek się nauczyłem w trakcie 40 lat mojej kariery, to tego, żeby się nie uczyć. Większość czasu spędzam na tym, żeby do niczego się nie przyzwyczajać.

Jakiej rady udzieliłby pan młodemu, startującemu artyście?
Być wytrwałym, cierpliwym i upar­tym.

Najbliższe plany?
„Don Kichot”.

Od kilkunastu lat opowiada pan o tym projekcie, ale efektów wciąż nie widać.
Ten film jest jak nowotwór. Siedzi we mnie głęboko. Jedynym sposobem pozbycia się go jest natychmiastowa operacja. Mam aktorów, wiem, jak historia powinna wyglądać na ekranie. Muszę te obrazy wyrzucić z siebie.

Może gdyby pan wierzył w boską opatrzność, byłoby panu łatwiej.
Jestem poganinem. Wierzę, że w tym drzewie w parku jest uwięziona jakaś magiczna siła. Nikt się jednak do niego nie modli. Wszystko, co możemy zrobić, to uszanować jego nadprzyrodzoną moc (śmiech). A wtedy drzewo się złamie i nas zabije.

Terry Gilliam (rocznik 1940) – jeden z najwybitniejszych reżyserów kina światowego. Zrzekł się amerykańskiego obywatelstwa w 2006 r. na znak protestu przeciwko agresywnej polityce prowadzonej przez prezydenta Busha i przyjął obywatelstwo brytyjskie. Studiował fizykę, sztuki piękne i politologię. Zanim wyjechał do Anglii i związał się z Latającym Cyrkiem Monty Pythona, pracował w agencji reklamowej i rysował komiksy. Jego animacje łączyły skecze w całość oraz definiowały język wizualny grupy. Jest autorem kilkunastu fabuł. Najbardziej znane to wizjonerski dramat o bujającym w obłokach bezdomnym profesorze historii „Fisher King” (wygrał festiwal w Toronto i otrzymał m.in. Srebrnego Lwa w Wenecji), „Brazil” (Oscar za scenariusz), a także „Sens życia według Monty Pythona”, „Las Vegas Parano” i „Dwanaście małp”.

Polityka 21.2014 (2959) z dnia 20.05.2014; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Zadłużony cyrk Monty Pythona"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną