Zbrodnia w sztuce popłaca

Sztuka z zabijania
Czy mordercę można porównać z apostołem? Na wystawie „Zbrodnia w sztuce” w krakowskim muzeum MOCAK zaskakujących skojarzeń i nieoczywistych tropów jest więcej.
Aresztowany Guido Calletti, fotografia policyjna, Sydney, 1930 r. Morderca czy drobny złodziejaszek?
MOCAK

Aresztowany Guido Calletti, fotografia policyjna, Sydney, 1930 r. Morderca czy drobny złodziejaszek?

Danny Devos, replika rękawiczek Eda Geina (on robił je z ludzkiej skóry): badanie granic obłędu seryjnych morderców.
Denny Devos

Danny Devos, replika rękawiczek Eda Geina (on robił je z ludzkiej skóry): badanie granic obłędu seryjnych morderców.

Andy Warhol, „Krzesło elektryczne I”
Andy Warhol

Andy Warhol, „Krzesło elektryczne I”

Andy Warhol, „Krzesło elektryczne II”
Andy Warhol

Andy Warhol, „Krzesło elektryczne II”

Dorota Nieznalska, „Modus operandi”: przypomnienie, że ofiary gwałtu cierpią wiele razy.
Dorota Nieznalska

Dorota Nieznalska, „Modus operandi”: przypomnienie, że ofiary gwałtu cierpią wiele razy.

Hubert Czerepok, „Portret zbiorowy”: kilkunastu seryjnych morderców w jednym.
Hubert Czerepok

Hubert Czerepok, „Portret zbiorowy”: kilkunastu seryjnych morderców w jednym.

Teresa Morgolles, „Papiery”: wysmakowana abstrakcja czy świadectwo tragedii?
Teresa Margolles

Teresa Morgolles, „Papiery”: wysmakowana abstrakcja czy świadectwo tragedii?

Zaskakującego skojarzenia pierwszych chrześcijan z przestępcami dokonała brazylijska artystka Debora Hirsch w pracy „Ostatnia wieczerza”. Ewangeliczna przypowieść zapowiadała śmierć Chrystusa, dla złoczyńców zaś hasło „Ostatnia wieczerza” to jednoznaczna zapowiedź czekającej ich za chwilę egzekucji. Apostołowie głosili dobro, więc chętnie oglądamy ich – choćby zmyślone – wizerunki. Autentyczni mordercy z pracy Hirsch mają twarze zamienione w nieczytelne piksele; jako piewcy zła nie zasługują na pamięć.

Inaczej chyba uważa Zbigniew Libera, który w „Grobie kryminalisty” powraca do przypadku dwóch polskich seryjnych morderców Stanisława Modzelewskiego i Zdzisława Marchwickiego. Obaj zostali straceni i bezimiennie pochowani. Artysta jednak projektuje dla nich okazałe grobowce, sugerując – w odróżnieniu od Hirsch – że pamięć o nich powinna być wiecznie żywa. Jako przestroga.

W historii sztuki trudno znaleźć przykłady artystów-morderców (z wyjątkiem Caravaggia, który w pojedynku i pod wpływem emocji zabił przeciwnika). Sami twórcy rzadko też stawali się ofiarami, a postrzelenie Andy’ego Warhola i zabójstwo Zdzisława Beksińskiego są dość wyjątkowe. Ale zbrodnia zawsze fascynowała artystów. Bo czyż obok erosa może być coś bardziej spektakularnego do artystycznego przedstawienia niż czyste zło?

Kanon zbrodni

Dawna sztuka operowała dość sztywnym ikonograficznym kanonem przedstawień zbrodni. Zresztą nie trzeba było się specjalnie wysilać, albowiem Biblia i mitologia obficie dostarczały inspiracji. Doskonałych, bo łączących efektowny obraz z dydaktycznym przesłaniem. W rankingu ulubionych wątków na pierwszym miejscu z pewnością znalazłoby się ukrzyżowanie Chrystusa, dramatycznie rozpisane na wiele epizodów Męki Pańskiej. Miejsce drugie należałoby pewnie zarezerwować dla Judyty i Holofernesa. Widowiskowe i podstępne ścięcie głowy utrwalali na płótnie m.in. tacy mistrzowie, jak Cranach, Tintoretto, Caravaggio, Rubens, Giorgione, Mantegna. Miejsce trzecie – dla Kaina i Abla, obecnych w ikonografii już od wczesnochrześcijańskich mozaik i płaskorzeźb nagrobnych po XIX-wieczne przedstawienia Leightona, Stoufa czy Dupre. A przecież mamy jeszcze w zapasie tak malarsko wdzięczne przypadki, jak rzeź niewiniątek, Edyp zabijający ojca czy Dawid wyprawiający na tamten świat Goliata.

Dopiero w XIX w. artyści zaczęli wykazywać się w poszukiwaniu zbrodniczych wątków większą inwencją. Rodzimi malarze polubili na przykład krwawe porachunki z odległej przeszłości. Szczególnie Jan Matejko, który pozostawił po sobie własne wizje śmierci Leszka Białego, św. Stanisława, Andrzeja Tęczyńskiego czy królowej Bony. Poza Polską w malarskim tropieniu sprawców mordów docenić należy przede wszystkim zasługi Francisca Goi. Od mitologicznego „Saturna pożerającego syna”, przez wstrząsający cykl grafik „Okropności wojny”, po słynne „Rozstrzelanie powstańców madryckich”. A każda z tych prac to arcydzieło.

Sztuka współczesna ma już za sobą wielką lekcję mierzenia się ze zbrodniami ludobójstwa drugiej wojny światowej, po której pozostało całe mnóstwo dzieł wybitnych, że wspomnę choćby cykl „Rozstrzelanych” Andrzeja Wróblewskiego. Wystawa w MOCAK pokazuje, że artystów tworzących dziś najbardziej intryguje kameralny wymiar zbrodni. Rzadko też skupiają się na samym akcie, który przecież tak bardzo emocjonował twórców w dawnych wiekach. Uważniej za to przyglądają się sylwetkom bohaterów dramatu, motywom, kontekstom.

Po jednej więc stronie mamy ofiary. Jak w cyklu „Kostnica” Andresa Serrano: cyklu niezwykle mocnych, a jednocześnie wyrafinowanych estetycznie fotografii zamordowanych nowojorczyków. Archiwalne portrety ofiar pokazuje także Daniel Spoerri, ale wzmacnia ich przekaz poprzez formę asamblażu; fotografii towarzyszą przedmioty – domniemane narzędzia zbrodni. Z kolei Dorota Nieznalska w instalacji „Modus operandi” upomina się o ofiary przestępstw na tle seksualnym i przypomina, że sam gwałt jest często dopiero początkiem upokorzeń, jakie muszą przejść (przesłuchanie, rozprawa, reakcja środowiska itd.).

Najmniej oczywista, ale przejmująca, jest instalacja Teresy Margolles. Na pozór neutralne (i dużej urody) abstrakcyjne kompozycje nabierają złowrogiej wymowy, gdy okazuje się, że to papier zanurzony w wodzie, w której po skończonej sekcji, myte były zwłoki zamordowanych. Zachwyt w jednej chwili zamienia się w odrazę.

Portret mordercy

Znacznie bardziej intrygujący od ofiar wydają się mordercy. Może dlatego, że w XX w. pojawiło się, na niespotykaną wcześniej skalę, zjawisko zabójstw seryjnych, niewynikających z tradycyjnych motywów (zemsta, władza, bogactwo), ale z seksualnych dewiacji, frustracji, a nawet nudy czy zwykłej ciekawości.

Vaughn Greenwood, nożownik z Los Angeles winny śmierci dziewięciorga bezdomnych. John Gacy, morderca 32 chłopców w Chicago. Pedro Lopez, zabójca 360 młodych kobiet. I dziesiątki innych. Zdaniem naukowców kryminologów każdego miesiąca pojawia się w USA nowy seryjny morderca. Bardzo ciekawie o tej nowej fali zbrodni pisze w eseju włączonym do katalogu wystawy Colin Wilson, autor słynnej „Encyclopedia of Murder”.

A więc reflektor na sprawcę. Bardzo dużo prac poświęcił im belgijski twórca Danny Devos. Seryjny morderca Ed Gein szył sobie ubrania ze skóry ofiar. Uzależniony od zabijania Peter Kurten, zwany Wampirem z Düsseldorfu. Pochodzący z zamożnej rodziny Dean Corll, który porywał, gwałcił i w końcu mordował chłopców. Każdemu z nich i kilku innym Devos poświęca osobne instalacje artystyczne, mające dotrzeć do sedna ich przestępczej działalności. Jak krzesło elektryczne w kształcie maski popularnego garbusa, do którego zawsze zwabiał swe ofiary Ted Bundy.

Swoisty uniwersalny portret przestępcy próbuje stworzyć z kolei Hubert Czerepok. Nakłada na siebie kolejno rysy 18 najsłynniejszych seryjnych morderców. Efektem jest złowieszcze, ale też niezwykle pogmatwane skupisko czarnych linii, z którego niewiele wynika. Jak w życiu. Niektórzy twórcy próbują dowiedzieć się czegoś więcej o sprawcach poprzez pisane przez nich z więzienia listy (Grzegorz Drozd) czy osobiste wyznania. Przed kamerą Ignasa Krungleviciusa zbrodniarze opowiadają nie o tym, co zrobili, ale jakie wywołało to w nich emocje: podniecenia, radości, ekstazy, spełnienia i niekiedy obojętności.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną