Kultura

Nasz Dylan

Twórca „Blowin’ in the Wind” zagra w Polsce

W Krakowie na stadionie Cracovii koncert trwał zaledwie 53 minuty, bo po 20 minutach od jego rozpoczęcia nad stadionem rozpętała się burza. W Krakowie na stadionie Cracovii koncert trwał zaledwie 53 minuty, bo po 20 minutach od jego rozpoczęcia nad stadionem rozpętała się burza. Jacek Domiński / Reporter
W lipcu przyjedzie do Polski Bob Dylan. 20 lat od pierwszego stadionowego koncertu w Krakowie wystąpi w Dolinie Charlotty pod Słupskiem. Jak się zmieniało nasze podejście do legendarnego barda?
Słynne spotkanie z Janem Pawłem II. Bob wystąpił przed papieżem w 1997 r. na Kongresie Eucharystycznym w Bolonii, gdzie zaśpiewał między innymi „Blowin’ In the Wind”.Gianni Giansanti/Sygma/Corbis Słynne spotkanie z Janem Pawłem II. Bob wystąpił przed papieżem w 1997 r. na Kongresie Eucharystycznym w Bolonii, gdzie zaśpiewał między innymi „Blowin’ In the Wind”.

Za pierwszym razem zawitał do nas w lipcu 1994 r. Zaplanowano wtedy dwa koncerty – w Krakowie na stadionie Cracovii i w Warszawie w Sali Kongresowej. W Krakowie 17 lipca koncert trwał zaledwie 53 minuty, bo po 20 minutach od jego rozpoczęcia nad stadionem rozpętała się burza. Brawurowo wykonana pieśń „Shelter from the Storm” (schronienie przed burzą) zabrzmiała jak poetycko-ironiczny komentarz do aktualnej sytuacji. Występ artysta kończył przy gitarze akustycznej, już bez zespołu. Wśród grzmotów i piorunów Dylan przepraszał wszystkich, których monstrualna ulewa nie wygoniła, i powiedział, że to był jego „najlepszy show dla najlepszej publiczności”, po czym zszedł ze sceny. Obsługujący stół mikserski akustycy mówili potem, że wedle zasad bhp i tak opuścił scenę za późno. Po tym koncercie pozostała bootlegowa płyta ze wszystkimi zaśpiewanymi na stadionie piosenkami, która stała się obiektem pożądania kolekcjonerów.

Dwa dni po burzowym występie krakowskim w warszawskiej Sali Kongresowej fani mogli posłuchać pełnego programu i docenić, że „bard Ameryki”, jak nazywała go nasza prasa, pozostaje w świetnej formie. Andrzej Marzec, który oba te koncerty organizował, wspomina, że zwłaszcza pobytem w Krakowie Dylan bardzo się przejął. Na stadionowej scenie chciał zostać mimo oberwania chmury, bo widział, że wciąż jest publiczność, ale tour manager nie pozwolił. Dylan odwiedził krakowski Rynek i Kazimierz, był na cmentarzu żydowskim. Podczas przejażdżki po Warszawie uważnie wsłuchiwał się w opowieści Marca o historii i współczesności miasta, ale przede wszystkim był wyraźnie ukontentowany, gdy dowiedział się, że od początku swojej kariery ma w Polsce wiernych i licznych fanów.

Tak faktycznie było. Kiedy jeszcze przed sierpniowym atakiem wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 r. tamtejszy Supraphon wydał składankę przebojów Dylana (z „Blowin’ in the Wind”, „Just Like a Woman”, „The Times, They Are A-Changing”), w Ośrodku Kultury CSRS w Warszawie na Marszałkowskiej dopytywano się o nią codziennie, a kiedy wreszcie się pojawiła (niedługo po ponurych wydarzeniach marcowych), rozkupiono ją błyskawicznie. Dylan uchodził u nas wtedy za symbol kontrkultury (choć nikt jeszcze nie znał – nie tylko w Polsce – słowa „kontrkultura”), czyli kojarzył się ze zbuntowaną młodzieżą, narkotykami, pacyfizmem. Ale kojarzył się też z wolnościowymi mitami Zachodu i Ameryki.

Dylana wielbili rodzimi hipisi. Nie wiedzieli, że on sam miał duży dystans do ruchu hipisowskiego, a kiedy przed słynnym festiwalem w 1969 r. pod jego dom w Woodstock zaczęły zjeżdżać pielgrzymki hipisów, manifestacyjnie wyprowadził się stamtąd, odmawiając wcześniej wzięcia udziału w festiwalu.

Ówczesne skojarzenia wokół Dylana łączyły w Polsce wszystkich młodych, którzy od muzyki oczekiwali czegoś więcej niż tylko akompaniamentu do tańca, ale też czegoś innego niż nieco starsze pokolenie inteligencji wsłuchujące się w jazz i piosenkę literacką STS czy wczesnej Piwnicy Pod Baranami. Warto przy tej okazji przypomnieć jeden znamienny przykład – wypowiedź Agnieszki Osieckiej o Maryli Rodowicz: „Przyszła ze środowiska AWF, moda była jej bardzo ważnym symbolem, a strój hipisa znaczył, że jego właścicielka jest wyzwolona i niezależna. Dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Stosunek do muzyki: dla nas muzyka pełniła służebną funkcję wobec tekstu i nie dbaliśmy o to, jaki miała rodowód: amerykański, chiński czy rosyjski. Dla niej była bardzo ważna. Wtedy kochała klasyczne country. Jej idolem był Dylan”.

Protest songi

Maryla Rodowicz jako jedna z pierwszych w Polsce popularyzowała Dylana w obiegu estradowym. ­Śpiewała swoje polskojęzyczne wersje „The Times, They Are A-changin’” (jako „Czas wszystko zmienia”) i „Blowin’ in the Wind” („Odpowie ci wiatr”). Osiecka dworowała sobie z tych jej fascynacji. Mówiła, że to taka „Ameryczka”, ale na pierwszą długogrającą płytę Maryli „Żyj, mój świecie” napisała tytułową piosenkę wzorowaną na protest songach Dylana.

A przecież ikoniczna postać kolesia z rozczochraną czupryną, gitarą i statywem do harmonijki ustnej fascynowała nie tylko Rodowicz. O Tadeuszu Woźniaku też mówiono (i pisano), że to „polski Dylan”. Piosenkę Dylana „Be My Baby Tonight” zamieściła na swojej pierwszej płycie wydanej w 1971 r. Urszula Sipińska. Inna sprawa, że wtedy, kiedy to uwielbienie gdzieś na przełomie lat 60. i 70. osiągnęło swoje apogeum, Dylan od dawna nie był już tym samym młodym protest-singerem, co w 1963 r., kiedy śpiewał zbuntowane, polityczne pieśni i przygrywał sobie na gitarze akustycznej.

To paradoks, że w naszej części świata Dylan funkcjonował jako zaangażowany w kontrkulturę folkowy balladzista właśnie w latach 1968–70, podczas gdy sam ze środowiskiem folkowym zerwał dobrych kilka lat wcześniej. Otóż najpierw w 1964 r. ukazała się płyta „Another Side of Bob Dylan”, gdzie nie było żadnego protest songu, były za to piosenki o miłości, potrzebie wyzwalania się od stereotypów narzucanych przez otoczenie oraz piękna ballada „Chimes of Freedom” nawiązująca do poezji Rimbauda. Z tego okresu pochodzi list do Phila Ochsa, w którym Dylan pisze: „Nie wierz w politykę, to, co prawdziwe, jest w tobie”.

Rok później na festiwalu w Newport pojawił się z gitarą elektryczną i zespołem rockowym. Zaczęli koncert od niebywałego łomotu. Szef festiwalu i duchowy ojciec amerykańskiej sceny folkowej Pete Seeger wściekał się, że nie można zrozumieć żadnego słowa z wykrzykiwanych ze sceny tekstów. Ponoć miał nawet szukać siekiery, by poprzecinać kable do wzmacniaczy. Publiczność buczała niemiłosiernie i Dylan opuścił scenę po zaledwie trzech wykonanych numerach. Tak będzie i później na innych koncertach, gdzie folkowa publika za każdym razem dawać będzie do zrozumienia, że Dylan to zdrajca, który, porzuciwszy gitarę akustyczną na rzecz elektrycznej, zrezygnował zarazem z politycznej walki na rzecz rozrywki. Joan Baez napisze z tego powodu chwytającą za serce piosenkę „To Bobby”, w której wyrazi żal za czasami, kiedy oboje walczyli o lepszy świat.

 

Wtedy w Polsce mało kto o tym wszystkim wiedział, może oprócz czytelników miesięcznika „Jazz”, który zaczynał właśnie na swoje łamy wprowadzać tematy „pozajazzowe” (efektem stały się rubryki „Rytm i piosenka” poświęcone głównie rockowi) i słuchaczy Rozgłośni Harcerskiej, która od 1965 r. zaczęła emitować wymyśloną i prowadzoną przez Jacka Bromskiego Listę Przebojów, gdzie, w odróżnieniu od audycji muzycznych Polskiego Radia, grano rockowe hity z USA i Wielkiej Brytanii, w tym także piosenki Boba Dylana. Dla większości Dylan pozostawał autorem „Blowin’ In the Wind”, ale i tak lepiej znano u nas tę balladę w przesłodzonej wersji tercetu Peter, Paul and Mary niż w wykonaniu autorskim.

Dostawca coverów 

Potem stał się w Polsce Dylan właśnie patronem hipisów. I tak był przez mniej dociekliwych fanów odbierany aż do czasu, kiedy w połowie lat 70. trafił na ekrany polskich kin film Sama Peckinpaha „Pat Garrett i Billy Kid” z Dylanem w roli zabawnego choć tajemniczego Aliasa i ścieżką dźwiękową zawierającą wielki przebój „Knocking On Heaven’s Door”. Tę piosenkę, podobnie jak inne utwory z wydanej wraz z premierą filmu płyty, często puszczała już radiowa Trójka. Kilka lat później zaczęły docierać informacje o religijnych poszukiwaniach Dylana, o jego licznych konwersjach i manifestacjach wiary, choćby tych zawartych w piosenkach z wydanej w 1979 r. płyty „Slow Train Coming”. Najbardziej poruszyła wszystkich wieść, że artysta o żydowskich korzeniach nawrócił się na chrześcijaństwo.

Dylana grywało się już bardzo często – jego hity umieszczali w swoich repertuarach reprezentanci poezji śpiewanej, ale też mniej znani pionierzy rodzimej alternatywy. Słyszało się te piosenki na Famie w Świnoujściu, na wakacyjnych ogniskach, w klubach studenckich, na ulicach… W połowie dekady gierkowskiej w Warszawie w podziemnym przejściu przed Uniwersytetem i w różnych innych miejscach na Krakowskim Przedmieściu można było się natknąć na młodego człowieka grającego piosenki Dylana. Nie tylko śpiewał jego piosenki, ale też wizualnie był na niego wystylizowany. Wołali na niego „Leonardo” (pewnie od Cohena), a tak naprawdę nazywał się Leszek Danicki. W 1977 r. zobaczyłem go w klubie Remont. Miał ogoloną połowę głowy, nowy pseudonim Walek Dzedzej i stał się właśnie założycielem pierwszej w Polsce kapeli punkowej Walek Dzedzej Pank Bend.

Zwrot od Dylana do punk rocka mógł się wydawać co najmniej zaskakujący, ale już po paru latach nikogo nie dziwiło, że „Knocking On Heaven’s Door” pojawiało się w repertuarach zespołów występujących na festiwalu w Jarocinie. W latach 80. Dylan funkcjonował na całym świecie, więc także w Polsce, jako klasyk i czerpali z niego wszyscy, zarówno ci, którzy próbowali odnawiać formułę balladowego folku, jak i ci, którzy do Dylana dotarli przez hendriksowską wersję „All Along the Watchtower”. Swoją drogą już od końca lat 60. ten gigant muzyki popularnej był nazywany największym dostawcą coverów i, w związku z powszechnością śpiewania jego piosenek przez tak wielu innych wykonawców, telewizja CBS uruchomiła audycję „Nikt nie śpiewa Dylana jak Dylan”.

Tchnienie Ducha Świętego 

Blask Dylana stawał się u nas jeszcze silniejszy, ilekroć na jego drodze pojawiał się polski ślad. Tak jak słynne spotkanie z Janem Pawłem II. Bob wystąpił przed papieżem w 1997 r. na Kongresie Eucharystycznym w Bolonii, gdzie zaśpiewał między innymi „Blowin’ In the Wind”. Papież skomentował tekst piosenki tak oto: „Mówisz, przyjacielu, że odpowiedź przynosi nam wiatr. I rzeczywiście tak jest, choć to nie on jest twórcą wszystkich odpowiedzi. To tylko tchnienie Ducha Świętego, głosu wołającego »Chodźcie za Mną«”. Dylan, który przecież miał już dawno za sobą konwersję z judaizmu na chrześcijaństwo, ale i powrót do judaizmu w wersji ortodoksyjnej (w 1983 r.), zaś w dorobku mnóstwo piosenek o religijnym charakterze, przyjął te słowa z nieukrywaną satysfakcją.

W 2008 r. dał koncert w warszawskiej Stodole. Obowiązywał całkowity zakaz fotografowania, nie wydano ani jednej akredytacji prasowej. Głównym elementem koncertu były piosenki z płyty „Modern Times” – surowe, oparte na archaicznej stylistyce bluesowej, pozbawione zupełnie czegokolwiek, co można byłoby wziąć za próbę łatwego zalecania się do publiki. Podobno artysta dedykował ten występ „swoim prawdziwym polskim fanom”, czyli tym, którzy wiedzieli, że od dłuższego czasu polem jego eksploracji jest amerykańska muzyka z lat 20. i 30. Bardzo było to mocne i bardzo inne od tego, co widzieliśmy na koncertach w 1994 r.

Nic dziwnego, że od tamtego czasu do teraz 73-letni dziś Bob Dylan stał się dla naszych rodzimych muzyków symbolem życiowej i artystycznej dojrzałości. Mówił o tym parokrotnie Wojciech Waglewski, zachwycając się wydanym dwa lata temu albumem „Tempest”, słychać to na „dylanowskiej” płycie Martyny Jakubowicz i na albumie T. Love „Old Is Gold”.

5 lipca, gdy wystąpi na Festiwalu Legend Rocka w Dolinie Charlotty, właśnie piosenki z „Tempest” mają grać główną rolę, ale podobno nie zabraknie też tych starych, znanych wszystkim utworów. Dzień wcześniej wystąpi wokalista Marillion Fish oraz gwiazda starego progrocka Jethro Tull. Najważniejszy jest jednak autor „Blowin’ In The Wind” – nieprzystępny, milkliwy, nieznoszący dziennikarzy, ale – jak donoszą wtajemniczeni – z osobliwym sentymentem do Polski i do polskich fanów.

Polityka 26.2014 (2964) z dnia 24.06.2014; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Nasz Dylan"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

PiS wprowadza „ruski ład”? Polska spiera się z UE, Kreml klaszcze

„Ruski ład” w Polsce to scenariusz, któremu Kreml kibicuje od lat. Zresztą do tej pory prognozy Rosjan sprawdzają się co do joty. Co to oznacza? Że Polska z Unii formalnie wprawdzie nie wystąpi, ale osunie się na jej peryferie.

Agnieszka Bryc
22.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną