Polityka. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

Subskrybuj
Kultura

Brud, seks, rewolucja

Reżyserskie prowokacje Kena Russella

Ken Russell do końca pozostał enfant terrible światowej kinematografii. Marzył o przeniesieniu na ekran musicalu „Evita” i biografii Chopina. Ken Russell do końca pozostał enfant terrible światowej kinematografii. Marzył o przeniesieniu na ekran musicalu „Evita” i biografii Chopina. William Karel/Sygma / Corbis
Protesty religijne wypromowały właśnie w Polsce teatr Rodrigo Garcíi. Teraz zwracamy uwagę protestujących na Kena Russella. Jego skandalizujące kino będzie miało retrospektywę we Wrocławiu i zasłużyło na renesans popularności.
„Zawsze w niedzielę”, 1967 r.Stowarzyszenie Nowe Horyzonty/materiały prasowe „Zawsze w niedzielę”, 1967 r.
„Diabły”, 1971 r.Stowarzyszenie Nowe Horyzonty/materiały prasowe „Diabły”, 1971 r.
„Mahler”, 1974 r.Stowarzyszenie Nowe Horyzonty/materiały prasowe „Mahler”, 1974 r.
„Zbrodnie namiętności”, 1984 r.Stowarzyszenie Nowe Horyzonty/materiały prasowe „Zbrodnie namiętności”, 1984 r.
„Gotyk”, 1986 r.Stowarzyszenie Nowe Horyzonty/materiały prasowe „Gotyk”, 1986 r.
„Tęcza”, 1989 r.Stowarzyszenie Nowe Horyzonty/materiały prasowe „Tęcza”, 1989 r.

Pierwsza w Polsce pełna retrospektywa dorobku brytyjskiego reżysera skandalisty Kena Russella na festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty będzie dla ruchów narodowych, katolickich i kibiców doskonałą okazją, by kontynuować protest w obronie zranionych uczuć religijnych. W kolorze i stereo można tu zobaczyć i usłyszeć rzeczy niesłychane. Schodzącego z krzyża Chrystusa, którego krwawiący, przebity bok czule pieści językiem siostra przełożona klasztoru pod wezwaniem świętej Urszuli. Kościół wyznawców Marilyn Monroe. Egzorcyzmy polegające na rozdziewiczaniu mniszek torturowanych i gwałconych przez lubieżnych księży. Papieża z brodą przepasanego stułą z podobiznami gwiazd filmowych w wykonaniu eksbeatlesa Ringo Starra. Kastrację wielkiego jak grecki filar penisa. Nie mówiąc o niezliczonych tekstach w stylu „religia nic nie znaczy, a jej zmiana to zabieg higieniczny, jak czyszczenie zębów”.

Gdyby Ken Russell żył i nie daj Boże planował wizytę we Wrocławiu, miałby się pewnie czego obawiać. Na szczęście dla siebie umarł trzy lata temu niemal w zapomnieniu, okrutnie męcząc się z powodu utraty sposobności kręcenia filmów, narzekając, że z twórcy mainstreamowego na starość zdegradowano go do garażowego. Nie, nie dlatego, że mu zakneblowano usta i nie pozwalano dalej szokować opinii publicznej, przeciwnie. W międzyczasie seks i religia, główne obsesje Brytyjczyka, straciły na Zachodzie – przynajmniej w tym wymiarze, w jakim poruszał się reżyser – smak owocu zakazanego. Jego rewolucyjne, modernistyczne spojrzenie okazało się zbyt delikatne, anachroniczne i za mało progresywne jak na współczesną wrażliwość kształtowaną i ćwiczoną przez takich twórców jak von Trier („Nimfomanka”) czy wszechobecną pornografię.

Bulwersujące klasyki

40 lat temu odsądzane od czci i wiary filmy Russella bulwersowały. Dziś są emitowane w telewizji po głównym wydaniu wiadomości jako klasyki. Co nie znaczy, że przestały budzić kontrowersje, skłaniać do myślenia, drażnić, intrygować i że nie warto do nich wracać. Zwłaszcza w uczącym się tolerancji, niezbyt świeckim kraju jak Polska, gdzie znaczna część jego dorobku przez dekady była lekceważona, zakazywana, cenzurowana, nazywana kiczem i pseudosztuką.

Jeden z najbardziej oryginalnych, a zarazem niedocenianych (nie tylko u nas) reżyserów nakręcił ponad 70 filmów. Niemal wszystkie poświęcił biografiom znanych artystów, głównie klasycznych kompozytorów, m.in. Bartoka, Debussy’ego, Mahlera, Prokofiewa, Czajkowskiego, Liszta. Większość szczęśliwie przetrwała próbę czasu. Swoich bohaterów Russell traktował jak celebrytów albo gwiazdy rocka. Wywlekał na światło dzienne ich wstydliwe tajemnice. Zdrady, kompleksy, pokusy erotyczne przerabiał na show. Wzniosły akt muzycznej kreacji czy tworzenia w ogóle sprowadzał do gladiatorskiego pojedynku z archetypami, mitami, niezliczoną liczbą rozmaitych uprzedzeń, doznań i przedstawiał na ekranie jako zwariowane popkulturowe widowisko.

W filmie o Mahlerze austriacki kompozytor pochodzenia żydowskiego w krainie przypominającej baśniową Walhallę jest biczowany przez seksowną Cosimę Wagner odzianą w obcisłą czarną skórę oraz esesmański hełm, co ma obrazować katusze przechodzenia na chrześcijaństwo. W „Lisztomanii” genialny wirtuoz, węgierski pianista Franciszek Liszt koncertuje dla setek rozhisteryzowanych fanek niczym wielki Liberace (fortepian to dla niego dziwka – komentuje Brahms), a jego największy rywal Richard Wagner zostaje przedstawiony jako antysemita, wampir, potwór Frankensteina, w końcu jako groteskowy führer osobiście mordujący Żydów.

Prowokacje Russella polegały na tym, że nie uznawał granic między prawdą, zmyśleniem oraz własną interpretacją. Protagonistów traktował jak marionetki. Fakty mieszał z wizjami na temat uwielbianych twórców, co właśnie najbardziej miano mu za złe. W polu zainteresowania Russella znajdowały się niemal wyłącznie jednostki opętane ideą transgresji, kaskaderzy sztuki. Ostentacyjnie wybierał tylko tych, co nie uznają żadnych barier, żadnych ograniczeń, dla których walka z tradycją, pruderią, polityczną poprawnością czy religijną ortodoksją była nie tyle skutkiem ich eksperymentów, ile celem i koniecznością. Bez jakiegokolwiek oglądania się na konsekwencje.

W oparach zen i genetyki

Russell (1927–2011) nie był zafascynowany psychologią, tylko funkcjonowaniem kultury masowej jako pseudoreligii. Jako autor pierwszej w historii kina rockopery „Tommy” wierzył, że twórczość oznacza samotność i wybranie. Reszta się nie liczy. „Sztuka to brud, seks, rewolucja” – wykrzykuje w „Dzikim Mesjaszu” francuski grafik i rzeźbiarz Henri Gaudier, tłumacząc pokrótce, o jaki typ ekspresji chodziło reżyserowi. Chciał bawić i zmieniać świat, edukować i wywracać porządek do góry nogami. Za sprawą inaczej rozumianej wolności.

Russela wściekle atakowano, a gdy zaczął się powtarzać i pogrążać w odmętach parapsychologii, ekstazy kontemplacyjnej, oparów zen i genetyki, firmując tak szalone przedsięwzięcia jak „Odmienne stany świadomości”, upchnięto go na półkę ciekawych, lecz nieobliczalnych wariatów. Nigdy nie robił kina społecznie zaangażowanego w stylu brytyjskich młodych gniewnych, a potem Kena Loacha i Mike’a Leigh. Polityka go nie interesowała programowo. Podobnie jak romantycy uważał, że jedynie dzieło artysty dążącego w nieskrępowany sposób do wyrażenia siebie samego, nie poddaje się terrorowi śmierci. Wybitne jest to, co powstaje z pasji, natchnienia, pożądania, kontemplacji, nie z ideologii. Ciało jest świątynią mojej sztuki – efektowny aforyzm amerykańskiej tancerki Isadory Duncan, której poświęcił jeden ze swoich wczesnych telewizyjnych dokumentów, mógłby stanowić motto całej jego twórczości.

Wiele jego filmów stanowi medytację na temat relacji człowieka (artysty) z naturą rozumianą przede wszystkim jako odkrywanie irracjonalnych, tłumionych przez wychowanie czy opresyjne społeczeństwo seksualnych pragnień. Każda para w małym domku zapatrzona we własne sprawy, kisząca się w swoich problemach to najobrzydliwsza rzecz na świecie – deklarują bohaterowie „Zakochanych kobiet”, filmu manifestu z 1969 r. Przyznają, że pociąga ich zupełnie inne życie otwarte na wszelkie doznania. Wytyczają nowe szlaki. Pragną mieć wiele miłości naraz (partnera i partnerki). Jak większość bohaterów Russella realizują utopijne erotyczne marzenia i kończą tragicznie.

Piotr Czajkowski, słynny rosyjski kompozytor, w „Kochankach muzyki” jest homoseksualistą zakochanym w nimfomance. W „Valentino” pożądany przez wszystkie kobiety świata najsłynniejszy amant kina niemego okazuje się w głębi serca biseksualistą. Płomienny związek polskiej pisarki Zofii Brzeskiej i dwukrotnie młodszego od niej Henri Gaudiera w „Dzikim Mesjaszu” opiera się na czystym, platonicznym uczuciu. Kochają się, lecz nigdy ze sobą nie śpią.

Russell był nieodrodnym, choć nietypowym dzieckiem epoki kontestacji. Uosabiał jej najgorsze i najlepsze cechy: naiwność, radykalizm, nonkonformizm, newage’owskie sekciarstwo, starając się na swój sposób łączyć wszystko z niezachwianą wiarą w siłę witalną i panseksualizm. Mimo że bunt stale był obecny w jego filmach, rzadko wprost dotykały one współczesności. Najlepiej czuł się w XIX-wiecznym kostiumie, roztrząsając z dystansem gorące i atrakcyjne w czasach hipisowskiej kontrkultury zagadnienia, zaczerpnięte choćby z prozy ulubionego pisarza D.H. Lawrence’a: mieszczańską hipokryzję, skutki przemysłowej cywilizacji i oddalenie od natury (filmował książki Lawrence’a trzykrotnie).

Z powodu nadmiernie krzykliwej operowej konwencji omijającej szerokim łukiem wszystko, co wiązało się z tzw. realizmem, nazywano go brytyjskim Fellinim, ojcem chrzestnym teledysków i prekursorem estetyki MTV. Nawet dziś bynajmniej nie obyczajowa śmiałość, tylko zaskakujące poczucie humoru oraz dziwaczna gargantuiczna estetyka na pograniczu eseju i intelektualnej ekstrawagancji robią największe wrażenie. Ironia sąsiaduje u Russella z barokową mistyfikacją, zaś nieokiełznana, komiksowa wyobraźnia reżysera zanurzona w stylistyce campu doskonale współgra z postmodernistycznymi eksperymentami współczesnych autorów kina. Gdyby nie ona, trudno byłoby sobie wyobrazić rozbuchane widowiska Baza Luhrmanna czy karnawałową obsceniczność Pedro Almodovara. Obu powinno się uznać za jego spadkobierców. Widzowie pierwszy raz stykający z intensywnym kinem Russella ze zdziwieniem odkryją na przykład, że pamiętna obrazoburcza scena wchodzenia do wnętrza kobiety z „Porozmawiaj z nią” swoje źródło ma w „Lisztomanii”.

Gra skojarzeń

Fascynowali go odmieńcy i sam też nim był. Do 20 roku życia nie interesował się kobietami. Potem trzykrotnie się żenił. Miał ośmioro dzieci. Czwartą żonę w wieku 74 lat poznał dzięki ogłoszeniu, które dał, poszukując bratniej duszy. Pod koniec życia stał się patologicznie zazdrosny. Był uzależniony od środków przeciwdepresyjnych. Wystąpił w „Big Brotherze”, ale wytrzymał tylko cztery dni. Opuszczając studio telewizyjne, oświadczył, że nie ma zamiaru brać udziału w czymś, co promuje zło i nienawiść. O nierozumiejących go krytykach miał jak najgorsze zdanie, a jednego nawet pobił.

Jego ojciec był szewcem, właścicielem nieźle prosperującego sklepu obuwniczego, który swoim dzieciom (Russell miał młodszego brata) poświęcał niewiele czasu. Częściej wrzeszczał i wyżywał się fizycznie. Opiekowała się nim niezrównoważona psychicznie matka, niezrealizowana artystka, marząca o karierze tancerki. Nie raz uciekała z domu, pozostawiając starszego syna w kinie w rodzinnym Southampton. To ona podarowała mu na 10 urodziny projektor i zaraziła filmową pasją.

W wieku 15 lat trafił do szkoły morskiej w Pangbourne. Rodzice uznali, że spartańskie warunki pomogą mu dostosować się do rzeczywistości i znaleźć dobrze płatne zajęcie. Stało się na odwrót. Oszalały kapitan podczas praktyk na oceanie południowym regularnie straszył załogę atakiem japońskiego okrętu podwodnego. Russell wpadł w depresję. Po zwolnieniu przez kilka tygodni siedział zamknięty w swoim pokoju. Z apatii wyrwał go usłyszany w radiu I Koncert fortepianowy Piotra Czajkowskiego, który dał początek jego muzycznej fascynacji.

Gdy matka ujrzała syna tańczącego nago do „Święta wiosny” Strawińskiego, wysłała go do Londynu, namawiając na karierę baletową, jednak bez większego powodzenia. Jak Stanley Kubrick, przez wiele lat utrzymywał się, publikując zdjęcia m.in. w popularnym magazynie „Picture Post”. O swoim nawróceniu na katolicyzm w latach 50. opowiedział w jednym z trzech amatorskich filmów, jakie w międzyczasie nakręcił. Bajka o małej dziewczynce próbującej odzyskać zniszczone skrzydła anioła do przedstawienia teatralnego tak zachwyciła Huw Wheldona, szefa legendarnego programu „Monitor” w BBC, że w 1959 r. Rusell dostał etat po Johnie Schlesingerze, który odszedł wtedy do fabuły.

Obowiązkiem Russella była realizacja serii edukacyjnych filmów biograficznych (kilku w ciągu roku), które w sposób inny niż za pomocą gadających głów przybliżałyby widzom sylwetki wybitnych artystów. Dziesięcioletni okres współpracy Russella z BBC zaowocował pasmem śmiałych eksperymentów formalnych, dzięki którym reżyser zdołał wypracować swój unikalny styl dynamicznie później rozwijany w twórczości kinowej. Już wtedy obok historycznych faktów umieszczał w dokumentach fantazje oraz skrajnie subiektywne skojarzenia. Aby pomóc widzom zrozumieć i przeżyć emocjonalnie muzykę wielkich kompozytorów, personifikował ją, narzucając w formie gotowego obrazu jej wizualną interpretację. Na przykład ilustrując mroczne przesłanie muzyki Bartoka, posłużył się obrazami stada węży, nietoperzy i sów.

Z czasem z coraz większą swobodą oddawał się surrealistycznej grze skojarzeń. W „The Dance of Seven Veils”, biografii Richarda Straussa, główny nacisk położył na współpracę niemieckiego kompozytora z ministrem propagandy III Rzeszy Josephem Goebbelsem. Oburzeni spadkobiercy Straussa wycofali prawa do wykorzystania muzyki w filmie, co praktycznie uniemożliwia jego emisję aż do 2019 r. i zmusiło Russella do zakończenia współpracy z telewizją.

Kopać widza w krocze

Mimo przemian obyczajowych lat 60. cenzura zawsze miała go na celowniku. W „Zakochanych kobietach” kłuła w oczy – niewinna z dzisiejszej perspektywy – scena męskich zapasów w wykonaniu całkiem rozebranych gwiazd: Olivera Reeda i Alana Batesa, co przekreśliło dystrybucję tego filmu w USA. „Diabły” zrealizowane na podstawie powieści Aldousa Huxleya i sztuki Whitinga zostały potępione przez Watykan i wielu konserwatywnych polityków w Wielkiej Brytanii. Tylko dzięki złagodzeniu ostrych scen seksualnej orgii z udziałem zakonnic film nie został sklasyfikowany jako pornograficzny i mógł w okrojonej wersji wejść na ekrany. Nawet zrealizowane w latach 80. i 90. „Zbrodnie namiętności” oraz „Być dziwką” wywołały falę protestów jako zbyt wulgarne, pozbawione gustu i seksistowskie.

Ken Russell do końca pozostał enfant terrible światowej kinematografii. Marzył o przeniesieniu na ekran musicalu „Evita” i biografii Chopina. Niewiele brakowało, aby u schyłku życia nakręcił film w Polsce inspirowany „Szałem” Podkowińskiego, o piekielnym wpływie, jaki ten obraz wywiera na psychikę lidera grupy heavymetalowej. Zmarł na udar, przekonany, że czas subtelnych środków i niedomówień w sztuce bezpowrotnie minął. W dzisiejszych czasach – mówił w jednym z ostatnich wywiadów – trzeba widzów kopać w krocze i oczekiwać reakcji. Może na Zachodzie ta formuła mocno się już wyczerpała, ale u nas debata o granicach i swobodzie wypowiedzi artystycznej wybucha co rusz, nawet bez kopania w czułe miejsca.

Polityka 29.2014 (2967) z dnia 15.07.2014; Kultura; s. 68
Oryginalny tytuł tekstu: "Brud, seks, rewolucja"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Od SB do NATO i UE

Książka amerykańskiego dziennikarza Johna Pomfreta pokazuje, jak po 1989 r. solidarnościowe władze z pomocą byłych szpiegów SB otworzyły nam drzwi na Zachód.

Grzegorz Rzeczkowski
17.01.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną