„Mayday”: teatralny przebój 20-lecia

Hit, aż wstyd
Prawie 40 wystawień w teatrach całej Polski, granych ponad 20 lat. I setki tysięcy widzów. Wyszło na to, że największym teatralnym hitem wolnej Polski jest brytyjska farsa o taksówkarzu bigamiście.
Och-Teatr z powodzeniem wystawia „Mayday 2” Raya Cooneya. Od lewej: Rafał Rutkowski (John Smith), Maria Seweryn (Mary Smith), Artur Barciś (Stanley Gardner).
Och-Teatr/materiały prasowe

Och-Teatr z powodzeniem wystawia „Mayday 2” Raya Cooneya. Od lewej: Rafał Rutkowski (John Smith), Maria Seweryn (Mary Smith), Artur Barciś (Stanley Gardner).

Plakat „Mayday 2” z Wrocławskiego Teatru Komedia
materiały prasowe

Plakat „Mayday 2” z Wrocławskiego Teatru Komedia

Najlepiej akcję „Maydaya”, hitu Brytyjczyka Raya Cooneya, który od dwóch dekad nieprzerwanie bawi polską publiczność, streściła Krystyna Janda: „On jest bigamistą, a cała afera polega na tym, że żony nie mogą się – w jego zamierzeniu – o sobie dowiedzieć”. W warszawskim Och-Teatrze wystawiła z sukcesem obie części hitu: „Mayday” oraz „Mayday 2”.

W oryginale farsa Cooneya nazywa się „Run for Your Wife”. Tytuł jest grą z idiomem „run for your life”, odpowiednikiem polskiego „ratuj się, kto może”, co Elżbieta Woźniak, polska tłumaczka sztuki, przełożyła jako „Mayday”, czyli SOS. Polska prapremiera „Maydaya” odbyła się 18 stycznia 1992 r. – dziewięć lat po prapremierze brytyjskiej – w warszawskim Teatrze Kwadrat. Zanim zszedł z afisza 13 lat później, został zagrany ponad 400 razy. Realizacja z tego samego roku grana jest we wrocławskim Teatrze Polskim do dziś, 22 lata. 1149 przedstawień obejrzało 300 tys. widzów. Zaś grający w tym spektaklu aktorzy założyli prywatny Wrocławski Teatr Komedia, w którym wystawili „Maydaya 2”.

Dwa miesiące temu 20-lecie grania „Maydaya” hucznie świętowano w krakowskim Teatrze Bagatela. „Jeden spektakl grany przez 20 lat z niemal niezmienioną obsadą to ewenement na skalę chyba europejską. Proszę sobie wyobrazić, że tych dwóch starszych panów grających oficerów Scotland Yardu – Bogdan Grzybowicz i Tadeusz Wieczorek – zagrało we wszystkich spektaklach” – mówił dziennikarzom wzruszony dyrektor sceny. 1379 przedstawień obejrzało ponad 430 tys. widzów. Podczas występu gościnnego w warszawskiej Sali Kongresowej, gdzie grali dla 2 tys. widzów, śmiech ponoć rozchodził się jak na stadionie – falami.

Teatr Śląski w Katowicach 20-lecie „Maydaya” obchodził w ubiegłym roku, chwaląc się 400 spektaklami i 160 tys. sprzedanych biletów. Rekord frekwencyjny padł podczas gościnnego występu w Bornem Sulinowie, gdzie na plenerowy pokaz przyszło 3 tys. ludzi, którym w dobrej zabawie nie przeszkadzał ani ziąb, ani chmary komarów. W Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie od 1998 r. zagrano farsę 420 razy – dla prawie 150 tys. widzów. Zaś recenzentka „Nowej Trybuny Opolskiej”, odnosząc się do 29-tysięcznej widowni obu części „Maydaya” granych w opolskim Teatrze im. Kochanowskiego od dwóch lat, ironizowała: „Cooney to jedyny autor grany ostatnio w naszym teatrze, dzięki któremu fotele na balkonie przestały porastać kurzem”. W ubiegłym roku na fali sukcesu do „dwóch Cooneyów” w Kochanowskim dołączył trzeci, czyli oparte na tym samym schemacie co „Mayday”, ale znacznie od niego słabsze „Wszystko w rodzinie”.

A „Maydaye” bawiły widzów także w Zielonej Górze, Łodzi, Wałbrzychu, Gorzowie Wielkopolskim, Bielsku-Białej, Zakopanem, Kielcach, Tarnowie, Płocku, w Białymstoku, Szczecinie, Elblągu, w Cieszynie i w Kaliszu, w Poznaniu, w Słupsku i w Gdyni. W gdańskim Wybrzeżu sztuka szła od 2002 r. przez siedem lat. W Radomiu, gdzie farsę wyreżyserował Andrzej Zaorski, główny bohater z Johna Smitha stał się Janem Kowalskim, a spektakl zapowiadał slogan reklamowy: „Niezwykłe zbiegi okoliczności, dwie kochające żony, homoseksualista i w dodatku dwóch inspektorów policji – to za dużo, nawet jak na radomskiego taksówkarza”.

– Pytałam agenta Raya Cooneya, i ta olbrzymia popularność „Maydaya” w Polsce jest ewenementem – przyznaje Elżbieta Woźniak, tłumaczka sztuki. – Nigdzie na świecie, Wielkiej Brytanii nie wyłączając, ta farsa nie szła kompletami przez 20 lat.

Ta niesłabnąca popularność uczyniła z „Maydaya” w polskim teatrze sztukę przysłowiową i wręcz symboliczną. Dla jednych jest uosobieniem rozrywkowej funkcji teatru i gloryfikacją teatralnego rzemiosła. Dla drugich – oznaką komercjalizowania się teatru i upadku dobrego gustu. Dla trzecich – ratunkiem dla tonących teatralnych budżetów, sztuką mało ambitną, zarabiającą na produkcję tytułów ambitniejszych, więc deficytowych.

Autor „Maydaya” chwali się 500 wystawieniami swojej najlepszej sztuki, tłumaczeniami na 35 języków i 100 mln sprzedanych biletów. Od premiery w 1983 r. przez kolejne dziewięć lat bez przerwy była grana na londyńskim West Endzie, skąd powędrowała na nowojorski Broadway, a stamtąd w świat. W 2000 r. londyński National Theatre umieścił ją na liście stu najlepszych brytyjskich sztuk minionego stulecia. A pięć lat później Cooney, autor ponad 20 fars, aktor i reżyser, producent i właściciel teatrów, odznaczony został przez królową Orderem Imperium Brytyjskiego.

Wszystko to jednak pieśń przeszłości. W Londynie farsy Cooneya wystawia głównie sam autor, niezmordowanie też – mimo 82 lat na karku – w nich występując. Na hasło „Run for Your Wife” Google wyrzuca inscenizację z Ghany, gdzie główny bohater nazywa się Adjei Sowah i jest taksówkarzem z Akry. Oraz ubiegłoroczną ekranizację w reżyserii samego Cooneya. Film trafił tylko do kilku kin i w weekend otwarcia zarobił... 747 funtów. Krytycy kpili z żartów z 30-letnią brodą: „Nie jest nawet tak zły, że aż dobry. Jest tylko żenujący. Jak Danny Dyer uderzany w twarz, przez grabie”.

Tymczasem w Polsce żarty z 1983 r. wciąż bawią. Widzowie podzielają punkt widzenia Krystyny Jandy, która dwa lata temu, z okazji inscenizacji „Maydaya” w Och-Teatrze, mówiła: „Oddaję Państwu z radością ten utwór, o którym marzą teatry i aktorzy. Cieszcie się nim i zjadajcie jak landrynkę, lekko i bez zastanowienia. Kochajcie teatr jako miejsce radości i zabawy”. Aktorzy uwielbiają opowiadać o reakcjach widzów „Maydaya”. Na jednym z wrocławskich spektakli widz w pierwszym rzędzie wpadł w taki trans śmiechu, że walił głową w scenę. Przerwali więc grę, żeby zobaczyć, czy nie zrobił sobie krzywdy. Na innym mała ruda dziewczynka wybuchła śmiechem w kompletnej ciszy, po niej ryknęła publiczność, a na koniec aktorzy. Na innym przedstawieniu widz odebrał telefon i, rozbawiony, zaczął opowiadać sztukę rozmówcy.

Cooney w jubileuszowym wywiadzie na 20-lecie „Maydaya” w Teatrze Bagatela popularność swoich fars tłumaczył prostotą intrygi: „To czyni je zrozumiałymi dla każdego w każdym miejscu na ziemi”. Jest londyńczykiem, pochodzi z rodziny robotniczej. Rodzice kochali teatr i kino, a jako że nie było ich stać na opiekunkę do dziecka, zabierali syna na spektakle, filmy i musicale. Raymond już jako 10-latek wiedział, że chce być aktorem. „W latach 40. mogłeś rzucić szkołę w wieku 14 lat, więc przekonałem rodziców, żeby pozwolili mi ją rzucić w 14 urodziny”. Jako 14-latek zadebiutował na scenie i od tego czasu z niej nie schodzi. Pisać farsy zaczął w latach 60. Ze sztuk trzyaktowych przeszedł na dwuaktowe, gdy zauważył, że publiczność woli jedną dłuższą przerwę, podczas której może zejść do bufetu, od dwóch krótszych.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną