Kultura

Kod Kota

Filmowe kreacje Tomasza Kota

W jednym z wywiadów Kot mówił: „Te moje przygotowania to nie jakiś rodzaj wariactwa”. W jednym z wywiadów Kot mówił: „Te moje przygotowania to nie jakiś rodzaj wariactwa”. Maksymilian Rigamonti/Newsweek / Forum
„Bogowie” z wybitną kreacją Tomasza Kota jako Zbigniewa Religi przypominają, że aktor ten do roli przygotowuje się po amerykańsku, zmieniając się nie do poznania.
Tomasz Kot w roli Zbigniewa Religi w „Bogach”. Zbudował barwną, wielowymiarową postać, a nie herosa.Next Film Tomasz Kot w roli Zbigniewa Religi w „Bogach”. Zbudował barwną, wielowymiarową postać, a nie herosa.
W pierwszej filmowej roli w „Skazanym na bluesa”. To ona pokazała potencjał aktora.ITI Cinema W pierwszej filmowej roli w „Skazanym na bluesa”. To ona pokazała potencjał aktora.

Film Łukasza Palkowskiego został opowiedziany jakby wbrew tradycji polskiego kina. Bez wałkowania ideologicznych podziałów i przypominania oczywistych sporów. Po prostu energia jednego lekarza zderza się z inercją stanu wojennego. To historia człowieka, który chce ratować życie innych ludzi. O wyzwaniu, wariackim marzeniu, aby z prowincjonalnego, zacofanego, groteskowego PRL uczynić centrum światowej kardiochirurgii. Wiadomo, że Zbigniew Religa wyszedł z tej próby zwycięsko. Jednak Palkowski odsuwa happy end, ukazując słoną cenę, jaką przyszło lekarzowi za to zapłacić. Ciepło, z humorem, dystansem – jak w kinie amerykańskim, co jest chyba największym zaskoczeniem.

Model zachodni

Zwycięstwo grającego Zbigniewa Religę Tomasza Kota polega na tym, że zbudował barwną, fascynującą, pełną siły i słabości wielowymiarową postać, a nie herosa. Nie miał prostego zadania, bo Religa był skomplikowaną, skłóconą wewnętrznie osobowością. Ryzykował życie swoich pacjentów. Był apodyktyczny, zdeterminowany, żądny sławy. Decyzja wyjazdu ze stolicy do małej śląskiej kliniki oznaczała degradację, brak szans awansu, a on chciał gonić Zachód. Musiał walczyć z wiatrakami: brakiem sprzętu, esbekami, zaściankową mentalnością Polaków, oporem przełożonych, głęboko zakorzenioną wiarą, że serce jest miejscem duszy, a nie mięśniem czy pompą. Wszystkich traktował równo. Naiwnych, bogobojnych katolików tak samo jak partyjny beton. Jedni i drudzy uważali transplantację za gwałt na etyce, za świętokradztwo – tak jak w niektórych środowiskach dziś traktuje się in vitro.

Z jednej strony był to nieludzko ambitny, przedsiębiorczy, absolutnie przekonany o swojej racji pracoholik, nieliczący się z żadnymi ograniczeniami. Porzucający żonę i dom dla kariery. Z drugiej – społecznik, altruista, głęboko przeżywający porażki nadwrażliwiec, skryty za maską bezczelnego self-made mana i ateisty. Odreagowujący kryzysy alkoholem. Kot tę ambiwalencję oddał perfekcyjnie. Przygarbiony, z nieodłącznym papierosem i zmęczeniem na twarzy, nie powtarza mechanicznie wyuczonych gestów, niczego nie imituje, tylko buduje portret w najlepszym hollywoodzkim stylu. Lekko, dowcipnie, z niespotykaną w polskim kinie brawurą. Religa w jego interpretacji to – jak sam mówi – „John Wayne polskiej kardiochirurgii”.

Przygotowując się do zagrania człowieka wyprzedzającego swoje czasy o dekady, Kot miesiącami studiował zdjęcia, oglądał filmy dokumentalne, rozmawiał z żoną Religi Anną, spotykał się z jego synem Grzegorzem, też kardiochirurgiem. – Na kilku przypadkowo zrobionych fotografiach zobaczyłem innego Religę. Starałem się dokleić do tych zdjęć. Odtworzyć ten sam wyraz twarzy i zastanowić: co się mogło zmienić, jaki to rodzaj emocji dwie sekundy dalej i dwie sekundy wcześniej – zwierza się Kot. Popełniał przy tym masę błędów, próbując dosłownie wejść w jego skórę. – Generalnie jestem aktorem ruchowym. Biorąc pod uwagę mój wzrost, nie bałem się fizyczności, tylko przerysowania, żeby nie wyszła parodia, zwłaszcza z tym przygarbieniem Religi. Dużą pomoc otrzymał od reżysera, który namówił go, by zachował tylko dwa, trzy proste gesty. Resztę miał dać od siebie.

W scenach szpitalnych aktor wypada rewelacyjnie. Mimo że w filmie jest sporo akcentów komediowych, w trakcie wykonywania operacji przeszczepów serca czuje się olbrzymie napięcie. To efekt żmudnego przygotowania w klinice kardiochirurgicznej w Aninie. Nauczycielką aktora była instrumentariuszka, która asystowała Relidze w latach 80. Pod jej czujnym okiem na zwiniętym fartuchu ćwiczył przyszywanie starych zastawek i opanowywał czynności, których dziś już się nie wykonuje, jak szorowanie rąk po operacji szczotkami, bo wtedy nie było odpowiednio silnych preparatów dezynfekujących. Sporo też mu dały spotkania ze starymi znajomymi profesora. Jeden zwrócił mu uwagę, że praworęczni kardiochirurdzy mają lewe ramię niżej. To skutek wielogodzinnego stania w charakterystycznej pozie nad stołem operacyjnym, co też Kot idealnie podchwycił.

Są również większe zaskoczenia. W jednej ze scen Religa zwalnia swojego zastępcę, ponieważ zezwolił pacjentowi zadzwonić z pokoju, w którym odpoczywa profesor. Niepewny swego losu chory żegna się z bliskimi, Religa to słyszy. Poszło o emocje. Lekarz nie powinien wchodzić w bliskie relacje z pacjentami. Zwłaszcza kardiochirurg. Współczucie, zastanawianie się nad skutkami nieudanego zabiegu to niepotrzebny, dodatkowy stres, równia pochyła do załamania. Kot genialnie te napięcia rozgrywa. Zamienia się w surowego, bezlitosnego szefa, by chwilę potem jednym westchnieniem, że jednak przywraca lekarza do pracy, znów zyskać sympatię widza.

Tomek przyjął zachodni model przygotowania do roli: bardzo staranny, wymagający czasu – opowiada Tomasz Karolak, kolega Kota z planów filmowych i seriali, w tych ostatnich od pięciu lat Kot już nie gra. – Nie należy do aktorów, którzy szybko zrobili karierkę i teraz tylko dążą do tego, żeby się na świeczniku utrzymać. Świadomie przyjmuje propozycje i świadomie odmawia, a to nie jest w naszych realiach łatwe. Żeby mieć taki luksus, często pojawiał się w serialach i w reklamie, teraz ma zaplecze finansowe, może wybierać role i długo się do nich przygotowywać. Wielu aktorów o tym mówi, ale niewielu naprawdę robi.

Andrzej Saramonowicz, reżyser filmowych komedii, w których Karolak i Kot występowali, opowiada o kulisach powstawania roli węgierskiego eurodeputowanego, którego Kot zagrał w „Lejdis”: – Początkowo to miał być Słowak, ale jak dzwoniłem do Tomka, to na jego sekretarce odzywało się nagranie, w którym bełkotał coś po pseudowęgiersku. Postanowiłem więc zmienić Słowaka na Węgra. Tomek podszedł do zadania profesjonalnie, udał się na lekcje do Instytutu Węgierskiego. On poważnie traktuje swój zawód, chce pracować, godzi się na próby – to wszystko procentuje na ekranie. Przyjaźnimy się, więc obserwowałem, jak przygotowywał się do roli Religi: stopniowo zmieniał się fizycznie, chudł, zapuścił włosy.

Karierę 37-letniego dziś Tomasza Kota ustawiła do pewnego stopnia jego pierwsza rola – Rysiek Riedel, lider zespołu Dżem w filmie Jana Kidawy-Błońskiego „Skazany na bluesa” z 2005 r. Nie tylko obejrzał wszelkie dostępne materiały archiwalne, zapuścił włosy i schudł, ale też nasiąkał Riedlem w mieszkaniu, w którym bluesman mieszkał z żoną, spotykał się z jego kumplami, a nawet pojechał z Dżemem w trasę. Chcąc zrozumieć destrukcyjną siłę nałogu, przez dwa miesiące odwiedzał krakowski oddział Monaru, rozmawiał z narkomanami, obserwował ich. Sam film zebrał mieszane recenzje, jednak rola Kota żadnych wątpliwości nie budziła, głosy zachwytu płynęły zarówno ze strony filmowców i krytyków, jak i fanów Dżemu. Pokazała potencjał 28-letniego wówczas aktora, ale też pozwoliła mu zachować twarz później, kiedy grywał w serialach i koszmarkach polskiego kina rozrywkowego. Zawsze był kimś, dla kogo komercja jest tylko przystankiem na drodze do zademonstrowania pełni swoich możliwości. – Marzyłem, żeby do tego rodzaju uważności, skupienia wrócić. Cieszę się, że „Bogowie” mi to w końcu umożliwili – tłumaczy Kot.

Kociak, wszyscy go lubią

O rolę Ryśka zawalczył, wykazując się sporą dozą przedsiębiorczości. Gdy „Hamlet” z Teatru im. Modrzejewskiej z rodzinnej Legnicy, w którym grał tytułową rolę, przyjechał na gościnny występ do Warszawy, Kot rozesłał do ludzi z branży zaproszenia na pokaz. Tym sposobem na spektakl trafił Jan Kidawa-Błoński, który potem zaproponował legnickiemu Hamletowi udział w zdjęciach próbnych do roli bluesmana z Chorzowa.

Ani kolo, ani oferma, łączył konkret z wrażliwością – charakteryzuje młodego Kota Jacek Głomb, dyrektor legnickiego teatru i współreżyser „Hamleta”. – Grał zbuntowanego chłopaka, który wraca do rodzinnego miasta po władzę, rozpycha się. Graliśmy to potem na Urodzinach Szekspira w Gdańsku, byliśmy w Warszawie, Andrzej Wajda bardzo Tomka chwalił. Wciąż mówimy o nim Kociak, wszyscy go lubią. Warszawa potrafi zepsuć ludzi, jego nie zepsuła. To jest dobry człowiek.

Warszawa go nie zniszczyła, ale zbuntowanego chłopaka, jak wielu jego rówieśników, ubrała w garnitur i kazała biec w wyścigu szczurów. W garniturze grał: bogatego producenta telewizyjnego w polskiej wersji amerykańskiego sitcomu „Niania”, prowincjonalnego handlowca w innym formacie komediowym „Camera Café”, zakochanego eurodeputowanego z Węgier w „Lejdis” Saramonowicza i Koneckiego, domorosłego gangstera w „To nie tak jak myślisz, kotku” Sławomira Kryńskiego, haerowca w firmie Polish Lody w „Wyjeździe integracyjnym” Przemysława Angermana, szefa „Wyuzdanego Magazynu dla Pań” w „Wojnie żeńsko-męskiej” Łukasza Palkowskiego itd. Nie bał się z tego swoistego emploi kpić. – Jest świetnym parodystą, czym doprowadza nas do łez – wspomina Andrzej Saramonowicz. – Jak kręciliśmy „Testosteron”, aktorzy zabijali czas oczekiwania na ujęcia, grając w bilard. Nie wystarczyło im grać po prostu, dodatkowo udawali różne postaci. Nigdy nie zapomnę pojedynku, w którym Tomek Karolak występował jako goryl, a Tomek Kot był Krzysztofem Zanussim.

Najciekawszym garniturowym wcieleniem Kota jest Michał Bogusz z „Erratum”, autorskiego filmu Marka Lechkiego z 2010 r. Po latach wspinania się po szczeblach kariery w Warszawie przypadkiem wraca do rodzinnego Szczecina i musi się zmierzyć z przeszłością i skonfrontować rzeczywistość z dawnymi marzeniami. Kota zabolało, że przy okazji świetnych recenzji pojawiały się także uwagi, że reżyser wyciągnął z serialowej otchłani Skalskiego z „Niani” i Paździocha z „Kiepskich” (w roli ojca Michała wystąpił Ryszard Kotys). W odpowiedzi nie szczędził gorzkich słów pod adresem polskiego kina, aktorów porównywał do piłkarzy, pytając, czy to ich wina, że polska liga i kino są tak słabe.

Smutny komik

„Z Tomkiem znamy się jeszcze ze studiów. Chociaż gra w komediach, to wydaje mi się, że jest smutnym aktorem komediowym. Ma w sobie jakąś tajemnicę, smutek, coś co do tej roli bardzo pasowało” – charakteryzował Kota reżyser „Erratum”. Z kolei Łukasz Palkowski, reżyser „Bogów”, mówi: – Znaliśmy się wcześniej, ale długo się nie widzieliśmy. Rozmawiając o „Bogach”, zaczęliśmy sobie opowiadać, co nam się przez ten czas przytrafiło, i już wiedziałem, że mam Religę. Uświadomiłem sobie, że z Tomkiem będę w stanie zrobić ten film tak, by przy tak wielkim ciężarze tematycznym nie przytłaczał widza. Tylko lekki ton pozwoli ludziom znieść film, w którym opowiadamy o sprawach życia i śmierci, o ogromnych tragediach. Tomek był kluczem do sukcesu – jego poczucie humoru, energia i pogoda ducha.

W jednym z wywiadów Kot mówił: „Te moje przygotowania to nie jakiś rodzaj wariactwa, że nagle całkowicie się zmieniam… Mam dwójkę pięknych dzieci i w życiu bym nie chciał fundować im co chwilę różnych osobowości (śmiech). Nauczyłem się rozgraniczać pracę od życia prywatnego. Wcielanie się w postać to zawsze fajna przygoda, ale z każdej takiej wycieczki wracam do domu”. Dziś potwierdza: – Rodzina to mój główny fundament.

Trzy lata temu zaskoczył wszystkich wyjazdem do Kalisza. Spakowali się całą rodziną i na cztery miesiące przenieśli do domu aktora. „Pomyślałem: skoro dzięki pracy chociażby w reklamie osiągnąłem jakąś stabilizację finansową, to warto byłoby zrobić coś, co jest przeciwieństwem działań komercyjnych” – tłumaczył w „Dzienniku Wielkopolskim”. Zagrał tytułową rolę w spektaklu „Mój Nestroy” Petera Turriniego w reż. Rudolfa Zioło, opowieści o wielkim wiedeńskim komiku (postać rzeczywista), gwieździe podrzędnych teatrzyków i ulubieńcu publiki, który marzy o byciu tragikiem i po kryjomu próbuje monolog Hamleta „Być albo nie być”, z główką kapusty zamiast czaszki w ręku.

Od dwóch lat Kot objeżdża też Polskę z one man show „Jak zostać Sex Guru w 247 łatwych krokach” austriackiego komika Wolfganga Weinbergera. – Tytuł brzmi przaśnie, z początku miałem olbrzymie wątpliwości, czy warto w to w ogóle wchodzić. Dopiero gdy pojechałem do Londynu i zobaczyłem na West Endzie przeszczęśliwych ludzi, zrozumiałem, czym ta sztuka może być. To coś pomiędzy monodramem a stand-upem. Tematem jest oczywiście seks. Formuła jest taka, że widzowie w dowolnej chwili mogą się odezwać, skomentować. Każde przedstawienie ma więc trochę inny przebieg. Ja to nazywam moim drugim uniwersytetem – śmieje się Kot, dodając, że nie traktuje tego jak chałtury.

Lwy dla najlepszego aktora na Festiwalu w Gdyni odbierał wciąż wychudzony, z długimi włosami i z wąsami. W amerykańskim stylu wciela się już w nową postać – Daniela Polaka, producenta muzycznego, znawcy polskich gustów w filmie „Discopolo” w reż. Macieja Bochniaka. A chwilę później zagra Tadeusza Szymkowa, aktora Teatru Polskiego we Wrocławiu, zmagającego się z chorobą nowotworową w biograficznym dramacie Macieja Migasa „Life Must Go On!”. I znów zmieni się nie do poznania.

Polityka 40.2014 (2978) z dnia 30.09.2014; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Kod Kota"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Chorwacja – co zobaczyć w drodze nad morze?

Wakacje w Chorwacji kojarzymy przede wszystkim z plażowaniem, kuchnią i zabytkami. Słusznie, ale w głębi kraju czekają na nas prawdziwe skarby natury, które po prostu trzeba zobaczyć!

Prezentacja
21.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną