Kultura

Śliczna inteligencja

Seksowny umysł Benedicta Cumberbatcha

Cumberbatch to artysta inteligent, którego od dżentelmenów brytyjskiego kina odróżnia to, że karierę zrobił w czasach internetu. Cumberbatch to artysta inteligent, którego od dżentelmenów brytyjskiego kina odróżnia to, że karierę zrobił w czasach internetu. Madame Tussauds / EAST NEWS
Benedict Cumberbatch to gwiazdor XXI w., który zamiast nagim torsem błyszczy inteligencją. W „Grze tajemnic” wciela się w postać dobraną dla niego idealnie: Alana Turinga, genialnego pioniera ery komputerów.
Benedict Cumberbatch jako serialowy Sherlock HolmesSunset Boxá/BEW Benedict Cumberbatch jako serialowy Sherlock Holmes

Artykuł w wersji audio

Oto zagadka godna Sherlocka Holmesa. Bohater tego tekstu nigdy nie wcielił się w kinie w typowego romantycznego kochanka. Jak sam przyznaje – i ma mocny dowód w tej sprawie w postaci memów, które zalewają sieć każdego dnia – z wyglądu przypomina nieco wydrę. Mimo że ma mocno specyficzną urodę, magazyn „Empire” w minionym roku właśnie jego ogłosił najseksowniejszym gwiazdorem dużego ekranu.

Internauci swoją cybermiłość czy też cumber-miłość do 38-letniego aktora wyrażają od 2010 r., kiedy BBC wyemitowało pierwszy odcinek „Sherlocka”. Osadzonej w realiach współczesnego Londynu adaptacji książek Arthura Conana Doyle’a, w której Cumberbatch wcielił się w tytułowego detektywa. W Chinach powstał osobny gatunek internetowych powieści pornograficznych z Cumberbatchem, nazywanym tam pieszczotliwie Curly Fu – pierwszy człon pochodzi od jego kręconych włosów, drugi od chińskiego imienia Sherlocka – jako głównym bohaterem. Fanki i fani aktora ukuli dla siebie specjalną nazwę cumberbitches. Związane z nim posty publikowane na Twitterze doczekały się osobnego hashtagu cumberwatch, czyli cumber-straż. Niebezzasadnie. Jeden z użytkowników społecznościowego portalu potraktował obowiązki sprawowania tej straży na tyle poważnie, że podglądał gwiazdora przez okna jego mieszkania w Hampstead w północnym Londynie, w tweetach sprawozdając, co Cumberbatch właśnie robi. Z częstotliwością kilku minut.

Cumberbatch dwa razy w ciągu minionego roku był na okładce „Time’a”. Doczekał się książkowej biografii, która ukazała się także w polskim przekładzie. Biletów na „Hamleta” – z jego udziałem – który premierę będzie miał dopiero 5 sierpnia 2015 r. w Teatrze Barbican, nie było już w kilka minut po tym, jak ruszyła sprzedaż puli stu tysięcy (!). A na ubiegłorocznej oscarowej gali aż cztery z pięciu filmów, w których wystąpił w 2013 r., znalazły się wśród nominowanych.

Na Oscarach 2014 Cumberbatch, wcześniej obecny na gali tylko raz, faktycznie wyrósł jak spod ziemi. Dosłownie i w przenośni. Fotka, na której ni stąd, ni zowąd skacze za plecami stojących na czerwonym dywanie członków U2, była jedną z najpopularniejszych z ceremonii. Zaraz po selfie Ellen DeGeneres z Jennifer Lawrence, Bradleyem Cooperem i kilkoma innymi gwiazdami. Tyle że w odróżnieniu od niej nie była zaaranżowana. Cumberbatch – wciąż bardziej zwykły śmiertelnik niż stały bywalec gal rozdania nagród (z ważniejszych ma na koncie tylko Emmy) – chciał po prostu zrobić sobie zdjęcie ze słynnym zespołem.

W nominowanych przed rokiem do Oscarów filmach zagrał kompletnie różne role i pokazał olbrzymie spektrum aktorskich możliwości. W epickim „Zniewolonym” Steve’a McQueena bez trudu odnalazł się w scenerii amerykańskiego dramatu z epoki, wcielając się w wielkodusznego właściciela niewolników. W obyczajowym „Sierpniu w hrabstwie Osage” był zgaszonym przez despotyczną matkę, nieporadnym, podstarzałym singlem, w „Star Treku” – superinteligentnym czarnym charakterem, a dla potrzeb „Hobbita” założył trykot z czujnikami ruchu i wcielił się w Smauga. Nic dziwnego, że latem minionego roku Stacey Snider, ówczesna dyrektor generalna DreamWorks, przyznała w rozmowie z „The Hollywood Reporter”, że Cumberbatch jest na szczycie listy aktorów branych pod uwagę do ról w praktycznie każdej produkcji tego gigantycznego studia.

Od Hawkinga do Turinga

Wszyscy uważają, że Enigmy nie da się złamać – oświadcza wcielającemu się w Alana Turinga Cumberbatchowi w jednej z pierwszych scen „Gry tajemnic” grany przez inną serialową gwiazdę Charlesa Dance’a („Gra o tron”) komandor Denniston. – Dajcie mi spróbować i będziemy wiedzieć na pewno – odpowiada bez cienia ironii Turing. W końcu ten próżny i megalomański ton Cumberbatch ćwiczył do perfekcji przez lata. Nie tylko jako uwielbiany przez widzów Sherlock.

 

Naukowców i geniuszy wielokrotnie grywał już wcześniej w filmach telewizyjnych i kinowych. Był na ekranie między innymi Vincentem van Goghiem, Josephem Hookerem (znajomym po fachu Charlesa Darwina), Wernerem Heisenbergiem, twórcą mechaniki kwantowej (od którego Walter White z „Breaking Bad” zapożyczył swoją ksywkę), wreszcie Stephenem Hawkingiem (na tej roli w 2004 r. wypłynął), a ostatnio – w „Piątej władzy” – Julianem Assange’em, twórcą WikiLeaks. Wcielanie się w wybitne postaci rzeczywiste stało się specjalnością Cumberbatcha, co nie powinno dziwić nikogo, kto widział jego występ w „MTV After Hours”. W 60 sekund bezbłędnie imituje tam 12 sław: od Johna Malkovicha, przez Seana Connery’ego, po Christophera Walkena. I robi to tak, że z miejsca chciałoby się zobaczyć film, w którym wciela się w każdego z nich.

„Jako dziecko chodziłem po szkole z dyktafonem i nagrywałem wszystko, co mi się spodobało, a potem to sobie odtwarzałem i powtarzałem” – przyznał w jednym z wywiadów. Jako dziecko chodził też stale do teatru, żeby oglądać swoich rodziców aktorów Timothy’ego Carltona i Wandę Ventham. I odebrał, jak przystało na wnuka Henry’ego Arnolda Cumberbatcha – brytyjskiego oficera i konsula generalnego królowej Wiktorii w Turcji – wzorcową edukację. Najpierw w prestiżowym liceum Harrow, a później na Uniwersytecie w Manchesterze i London Academy of Music and Dramatic Art. „Dorastałem w bardzo tradycyjnym otoczeniu. Czytanie, słowo pisane było podstawą” – stwierdził w wywiadzie, który dla „Interview Magazine” przeprowadził z nim sam Gary Oldman.

Cumberbatch to artysta inteligent, którego od dżentelmenów brytyjskiego kina często wymienianych w towarzystwie jego nazwiska – sir Laurence’a Oliviera czy sir Anthony’ego Hopkinsa – odróżnia to, że karierę zrobił w czasach internetu. Nieważne, z jak dystyngowanego i snobistycznego środowiska pochodzi – mem z jego twarzą zestawioną z Sidem z „Epoki lodowcowej” może zrobić każdy. Ocieplając przy tym jego wizerunek i robiąc z niego swojaka. Od Colina Firtha i Hugh Granta odróżnia go z kolei to, że nigdy nie grał w komediach romantycznych, a więc widzowie nie zmiksowali go w wyobraźni z przesłodzonym wizerunkiem księcia z bajki serwowanym przez ten gatunek filmów. Jego seksapil to inteligencja.

Na urodzie Cumberbatcha BBC początkowo zupełnie się nie poznało. Producenci nie chcieli go na Sherlocka, bo był ich zdaniem niewystarczająco atrakcyjny. Fakt. W „Sherlocku” ma fatalną fryzurę, przedpotopową garderobę, wyjętą żywcem z powieści wiktoriańskiej. Ale wszystko to traci znaczenie, gdy otwiera usta i w tempie karabinu maszynowego wyrzuca z siebie błyskotliwie napisane linijki. „Sherlock jest geniuszem danych, porządkuje chaos. To dlatego pozostaje niezmiennie popularny” – mówi autor scenariusza serialu i odtwórca roli Mycrofta Mark Gatiss. Zwłaszcza dziś, kiedy dane nas zalewają i wyżęcie z nich czegoś wartościowego wydaje się niemal niemożliwe. Sherlock z serialu BBC jest bohaterem ery Facebooka i tabloidów, które tworzą kompletnie fikcyjne narracje o nas i świecie, który nas otacza. Bo jemu, żeby kogoś prześwietlić, wystarczy jeden rzut oka. Ma pamięć fotograficzną, więc nie potrzebuje do weryfikacji internetowej przeglądarki. Jego przeglądarką jest pamięć, a supergadżetem – inteligencja.

Kolejne po Sherlocku dwie główne role, w które się wcielił, aktor dobrał według sprawdzonego klucza inteligencji. I Julian Assange w „Piątej władzy”, i Alan Turing w „Grze tajemnic” to przecież także geniusze danych.

 

Cumberseksualny

Alan Turing był gejem, ale w nowym filmie – który na polskie ekrany wchodzi już 16 stycznia – jedynie się o tym mówi, niczego nie pokazując. W „Sherlocku”, jak w żadnej dotąd adaptacji książek Doyle’a, aluzje na temat będącej czymś więcej niż przyjaźnią znajomości detektywa z doktorem Watsonem robione są już bardziej otwarcie. Ale dalej są to wyłącznie aluzje. W genialnym „Szpiegu” Tomasa Alfredsona homoseksualny bohater Cumberbatcha – w heteroseksualnym otoczeniu agentów brytyjskiego wywiadu – musi siedzieć w szafie. Jedynym filmem, w którym widzimy Cumberbatcha w romantycznej relacji z kimkolwiek, jest „Sierpień w hrabstwie Osage”. I nie tworzy tu bynajmniej z Julianne Nicholson typowej hollywoodzkiej pary. On jest 40-latkiem pod pantoflem czy raczej buciorem matki. Ona – jego 50-letnią samotną kuzynką. I też muszą się kryć ze swoim uczuciem przed światem.

Cumberbatch był jak dotąd w swoich rolach kompletnie aseksualny. Swój image zbudował zupełnie bez erotycznych podtekstów. Może stąd właśnie ta chińska moda na umieszczanie go w nich i dopisywanie do jego osoby własnych seksualnych fantazji?

Wspomniana na wstępie zagadka godna Sherlocka to: jak ten androgyniczny Brytyjczyk znalazł się na topie listy najbardziej pożądanych mężczyzn, nie świata polityki, biznesu ani nauki, ale Hollywood, gdzie konkurencja to Michael Fassbender i Chris Hemsworth? I to w roku, w którym miejsce mężczyzn metroseksualnych zajęli – jak ogłosili internauci i magazyny kobiece – faceci lumberseksualni czy – w polskiej wersji – drwaloseksualni – zarośnięci, krępi, na wskroś męscy twardziele.

„Kobiety i mężczyźni, którzy podchodzili do naszego stolika po autograf, w większości około czterdziestki, tłumaczyli, że to dla dzieci” – zauważył dziennikarz magazynu „GQ”, który rozmawiał z Cumberbatchem w jednej z londyńskich kawiarni. Cumber-miłość w internecie to jedno, ale przyznanie się do bycia obsesyjnym fanem albo obsesyjną fanką w realu to osobna historia. Cumberbatch nie jest przecież bożyszczem nastolatek. Jest idolem tych fanów i fanek kina, którzy kiedyś – mniej więcej na etapie „Joe Blacka” – wzdychali do Brada Pitta. A później się nim znudzili. Podobnie jak innymi supergwiazdami, wyeksploatowanymi przez media, podawanymi nam w internecie na śniadanie, obiad i kolację. Cumberbatch to po prostu nowa, ciekawa twarz w monotonnym świecie topowych hollywoodzkich gwiazd. A przy tym dojrzały mężczyzna, który ma na koncie ponad 30 ról filmowych i serialowych i drugie tyle w teatrze. Który właśnie się zaręczył z reżyserką teatralną Sophie Hunter i którego życiu nie towarzyszą skandale. Wizerunkiem nie wpisuje się w modne szufladki, a jego seksualność kompletnie nie gra roli, bo – ze względu na produkcje, w których się pojawia – nie jest bohaterem rozerotyzowanych nastolatków. Raczej już starszych fanów i fanek, dla których obcowanie z inteligencją aktora z zasady jest dużo bardziej satysfakcjonujące niż oglądanie obnażonej męskiej klaty.

W momencie kiedy tę swoją przestał eksponować Matthew McConaughey (w Hollywood krążył żart, że nawet jeśli w scenariuszu nie było rozbieranej sceny, dla McConaugheya scenarzysta ją dopisywał), w jego karierze nastąpił zwrot o 180 stopni. I dostał przed rokiem Oscara. Szansę na ten zwrot otrzymał jednak nie w kinie, tylko w serialu „Detektyw”. Dokładnie tak jak wcześniej Jon Hamm w „Mad Men” czy Bryan Cranston w „Breaking Bad”. Produkowane na potęgę seriale telewizyjne dadzą nam w najbliższym czasie jeszcze wiele okazji do odkrycia aktorów i aktorek, którzy innym sposobem nie dostaliby się do mainstreamowego kina.

Cumberbatch na tym nowym zjawisku – wielkiego skoku z serialu do hollywoodzkich produkcji – zyskał najwięcej. Kolejne lata to wysyp świetnie zapowiadających się filmów z jego udziałem. Między innymi „The Yellow Birds” Davida Lowery’ego o wojnie w Iraku czy „The Lost City of Z” Jamesa Graya o przygodach podróżnika Percy’ego Fawcetta. „Gra tajemnic” to też solidne hollywoodzkie kino. Ciepła, zabawna i trzymająca w napięciu produkcja z wojną w tle i szlachetnym, zawsze aktualnym apelem o równouprawnienie płci i osób odmiennej orientacji. Wypisz wymaluj „Dallas Buyers Club”, za rolę w którym McConaughey dostał przed rokiem Oscara. Cumberbatch też ma na to poważne szanse. Bo jako Alan Turing, genialny matematyk, twórca maszyny, która złamała kody niemieckiej Enigmy, i pionier badań nad sztuczną inteligencją, jest arogancki, nietaktowny, charyzmatyczny i społecznie nieporadny. Czyli – zupełnie jak w „Sherlocku” – bezbłędny.

Polityka 3.2015 (2992) z dnia 13.01.2015; Kultura; s. 81
Oryginalny tytuł tekstu: "Śliczna inteligencja"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną