Kultura

Ucieczka z archiwum X

Gillian Anderson: portret byłej agentki Scully

Gillian Anderson jako agentka Scully w serialu „Z Archiwum X”. Gillian Anderson jako agentka Scully w serialu „Z Archiwum X”. Everett Collection / EAST NEWS
Dzięki roli rudowłosej agentki FBI w kultowym serialu „Z Archiwum X” stała się ikoną lat 90. Stacja Fox właśnie zapowiedziała kontynuację serialu. Kim jest dzisiaj Gillian Anderson?
Gillian Anderson z księciem Karolem i Camillą.Photoshot/PAP Gillian Anderson z księciem Karolem i Camillą.

Zapytana przez angielską dziennikarkę, jakie to uczucie być ciachem dla myślących facetów, odpowiedziała: na pewno lepsze niż być ciachem dla facetów po lobotomii. W ten sposób skomentowała swoją popularność sprzed dwóch dekad, gdy jako agentka specjalna Dana Scully z serialu „Z Archiwum X” w wieku dwudziestu paru lat stała się gwiazdą światowej popkultury.

Naszpikowany teoriami spiskowymi, elementami paranormalnymi, statkami kosmicznymi i tajnymi organizacjami serial Chrisa Cartera był jedną z najciekawszych produkcji, jakie miała do zaoferowania widzom telewizja lat 90. Obliczony skromnie na jeden 13-odcinkowy sezon, dzięki olbrzymiej popularności skończył na dziewięciu, liczących razem 202 odcinki, którym towarzyszyły dwa filmy fabularne, gry komputerowe, audiobooki i seria filmów dokumentalnych. Stacja Fox na fali nostalgii za latami 90., która łatwo przekłada się na wpływy z biletów i abonamentów, właśnie zapowiedziała prace nad sześcioodcinkowym miniserialem będącym kontynuacją „Z Archiwum X”. Zdjęcia mają ruszyć latem, a w obsadzie znajdą się gwiazdy serii: David Duchovny i Gillian Anderson. Co ten powrót będzie oznaczał dla 47-letniej dziś Anderson, która od wizerunku rudej agentki długo uciekała, włącznie z wyjazdem z Ameryki do Londynu?

„To był jeden z nielicznych scenariuszy w tamtych latach, w którym główna rola przypadała silnej, niezależnej, inteligentnej kobiecie” – tłumaczy dziś powody, dla których zagrała agentkę Danę Scully. Chris Carter faktycznie nieszablonowo napisał role głównych bohaterów. Scully została w „Z Archiwum X” przydzielona jako partnerka agentowi Foxowi Mulderowi (Duchovny), by stanowić przeciwwagę dla jego emocjonalnej i porywczej natury. Absolwentka fizyki i doktor medycyny, specjalizująca się w medycynie sądowej, była przeciwieństwem kierującego się intuicją Muldera: chłodna i zdystansowana.

Dziś aktorka śmieje się z absurdów, jakimi naszpikowane były scenariusze kolejnych odcinków, ze swoich dziwnie napuszonych włosów, bezkształtnych ubrań, z histerycznej gry, a najbardziej z faktu, że mimo to wybierano ją na najseksowniejszą kobietę lat 90. Ale podczas zdjęć do kolejnych sezonów serialu, który zdawał się nie mieć końca, czuła bezsilność i złość.

W młodości buntowniczka, członkini sześcioosobowej subkultury punkowej konserwatywnego miasteczka Grand Rapids na środkowym zachodzie, prowokatorka z podgoloną fryzurą i przekłutym nosem, dusiła się w garsonkach Scully. Kiedy serial wystartował, miała 24 lata. Wydawało jej się, że będzie to niezły wstęp do kariery, a okazało się, że zabrał jej dekadę życia. W wielu wywiadach z różnych okresów pojawia się wyliczanka: 16 godzin zdjęć dziennie, przez pięć i pół dnia w tygodniu, przez dziewięć miesięcy w roku, przez dziewięć lat. Pierwsze pięć sezonów kręcili w Vancouver, potem ekipa przeniosła się do Los Angeles. Ile ról jej w tym czasie uciekło? Kim dziś mogłaby być?

W 1994 r. wyszła za mąż za asystenta scenografa serialu, małżeństwo trwało kilkanaście miesięcy. Gdy okazało się, że jest w ciąży, serialowa Dana Scully została porwana przez kosmitów, którzy zwrócili ją dziesięć dni po porodzie. Ojcem chrzestnym dziecka został twórca serii Chris Carter, na cześć chrześnicy nazwał jej imieniem jeden z odcinków. Wykończona aktorka ciągle płakała. Frustrowało ją także to, że nie była w stanie wywalczyć tak wysokiego honorarium, jakie dostawał David Duchovny, a przecież grali równorzędne role. Udało się to dopiero przy okazji filmów fabularnych.

A przecież jej marzeniem był teatr. Pierwszy raz na scenie stanęła jako 16-latka, w Grand Rapids. Aktorstwo studiowała w DePaul University w Chicago, by potem przenieść się do Nowego Jorku. W dzień kelnerowała, wieczorami grała na mniejszych scenach. Szybko pojawiły się pierwsze sukcesy, dostała nawet nagrodę dla najlepszej debiutantki. Wtedy dała o sobie znać impulsywna strona charakteru Gillian Anderson. Poznała chłopaka z Los Angeles, poleciała do niego w odwiedziny i już nie wróciła do Nowego Jorku i rozpoczętej tam kariery teatralnej. Po roku spędzonym na castingach i występie w serialu „Class of 96” dostała scenariusz „Z Archiwum X”.

W wywiadzie dla brytyjskiego „The Telegraph” kilka lat temu opisywała swój charakter jako dziwne połączenie niezależności i potrzeby podporządkowania się. Zawsze sama decydowała o swoim losie, podejmowała szybkie decyzje, wyjeżdżała, nie oglądając się za siebie. Ale też często najważniejsi byli dla niej mężczyźni. Chłopak, dla którego zostawiła Nowy Jork. Za kolejnym, z którym ma dwójkę małych dzieci, wyjechała po zakończeniu serialu do Londynu.

Ucieczka do Londynu oznaczała też jednak dla Anderson powrót do czasów szczęśliwego dzieciństwa – mieszkała tam z rodzicami do 11 roku życia. I szansę na zupełnie nowy etap kariery. Jeszcze w 2000 r. z sukcesem wystąpiła w kostiumowym dramacie Terence’a Daviesa „Świat zabawy”. Brytyjski reżyser nie widział ani jednego odcinka „Z Archiwum X”, wybrał ją na podstawie zdjęcia – szukał osoby o „wewnętrznym świetle”, przypominającej damy z portretów Johna Singera Sargenta, malującego angielską arystokrację z belle époque. Intuicja nie zawiodła Daviesa, Anderson – Amerykanka, w której żyłach płynie mieszanka krwi angielskiej, irlandzkiej i niemieckiej – poruszająco zagrała kobietę desperacko próbującą wyjść za mąż w Londynie przełomu XIX i XX w.

Ta rola, typ urody i świetny angielski akcent na kilka lat uczyniły z Anderson etatową wykonawczynię ról arystokratek w kostiumowych brytyjskich produkcjach filmowych i – głównie – telewizyjnych. Zagrała księżną Windsoru Wallis Simpson w produkcji „Any Human Heart”, panią Castaway w czteroodcinkowym miniserialu „Szkarłatny płatek i biały” z akcją osadzoną w XIX-wiecznym Londynie, zaś za rolę lady Honorii Dedlock w miniserialu BBC „Samotnia” według powieści Karola Dickensa otrzymała m.in. nominacje do prestiżowych nagród BAFTA i Złotego Globu.

Największy rozgłos przyniosła jej rola zgorzkniałej starej panny, porzuconej przed laty przed ołtarzem, w niedawnej czteroodcinkowej adaptacji stacji BBC „Wielkich nadziei” Dickensa. To rola ikona w kulturze angielskiej, w kolejnych ekranizacjach wcielały się w nią największe gwiazdy – Anne Bancroft, Charlotte Rampling i ostatnio Helena Bonham-Carter. Eksperci od twórczości Dickensa zastanawiali się, czy Anderson nie jest do tej roli za młoda i zbyt piękna, pojawiły się zarzuty, że w jej interpretacji panna Havisham jest bardziej uwodzicielką niż – jak chciał autor – wiedźmą. Anderson tłumaczyła, że nie chciała grać gotyckiej wariatki w ślubnym welonie, ale tragiczną postać kobiety w średnim wieku, która utknęła w przeszłości. A rolę przyjęła, bo spodobało jej się, że bohaterka jest złośliwa, frywolna i ekscentryczna, zaś jej wypowiedzi poetyckie.

W Londynie wreszcie też dostała szansę powrotu na teatralną scenę. W 2009 r. zagrała emancypującą się Norę w „Domu lalki” Ibsena na londyńskim West Endzie, co poskutkowało nominacją do Nagrody Laurence’a Oliviera dla najlepszej aktorki. Zaś w ubiegłym roku spełniła marzenie swojego życia, grając Blanche DeBois w „Tramwaju zwanym pożądaniem” Tennessee Williamsa w Young Vic Theatre. „W niej jest olbrzymia wrażliwość i olbrzymi egoizm, i olbrzymia samotność, i egomania” – tłumaczyła. W „Guardianie” opisała na przykładzie pracy w teatrze swoje zmagania ze sobą, naturę osoby, która nigdy nie jest usatysfakcjonowana: „Kiedy zaczynasz próby, wszystko jest świetną zabawą, ale kiedy jesteś w połowie, myślisz: w co ja się do cholery wpakowałam, to jest zbyt trudne, zbyt stresujące. A kiedy masz za sobą próby i wszystko idzie dobrze, a ty przez kilka tygodni naprawdę kochasz swoją pracę, zaczynasz myśleć: Boże, czy to się kiedyś skończy? I zdajesz sobie sprawę, że nie tak szybko, że musisz dawać z siebie wszystko każdego wieczoru. Więc zaczynasz na nowo uczyć się roli i nawet udaje ci się przez chwilę, i potem znów wraca myśl: kiedy to do cholery się skończy? A kiedy wreszcie docierasz do punktu, w którym już wiesz, że zaraz ta cała męka się skończy, wtedy dopada cię myślenie: o, mój Boże, to wkrótce się skończy, a przecież to takie wspaniałe doświadczenie!”.

Za rolę „surowej emocjonalnie Blanche” – jak pisano w recenzjach – Anderson otrzymała przyznawaną od 60 lat nagrodę The Evening Standard Theatre Awards dla najlepszej aktorki sezonu. Odbierając ją, powiedziała, że pośród nominowanych aktorek, które szczerze podziwia, wciąż czuje się jak bitchy imposter – napastliwa oszustka, hochsztaplerka.

Czy ostatecznie uwolniła się od roli agentki Scully? Rude, napuszone włosy zamieniła na blond loki, od kilku lat zawsze nieskazitelnie ufryzowane. W wieku 47 lat wygląda piękniej niż kiedykolwiek wcześniej, a jej połączenie emocjonalnego wychłodzenia, inteligencji i nieskazitelnej urody wreszcie ma wzięcie także w produkcjach osadzonych we współczesnych realiach. Podczas gdy jej partner z serialu „Z Archiwum X” na lata utknął w innej produkcji – liczącym siedem sezonów „Californication” o perypetiach przeżywającego kryzys twórczy pisarza erotomana, Anderson dba, by nie grać w niczym, co choćby z daleka wygląda na tasiemiec. I zawsze wybiera role kobiet silnych i niezależnych.

W czerwcu z trzecim sezonem wraca „Hannibal” stacji NBC, w którym wciela się w Bedelię Du Maurier – doktor psychiatrii i osobistą psychoterapeutkę Hannibala Lectera. W kryminalnym miniserialu BBC „Upadek” jako detektyw Stella Gibson ściga psychopatę mordującego młode, robiące karierę brunetki w Belfaście, jednocześnie walcząc z patriarchalizmem i seksizmem w policji Irlandii Północnej. Obie bohaterki mają sporo z agentki Scully: na zewnątrz chłodne, skryte, w środku tłumią wiele emocji i skrywają wiele tajemnic. Ale mają też wyniosłość arystokratek, granych przez Anderson w serialowych wersjach prozy Dickensa. A ich bunt przeciw zasadom to hołd złożony nastoletniej punkówie z Grand Rapids przez jej starsze wcielenie. Stella z „Upadku” jest biseksualna. Niedawno aktorka w rozmowie z magazynem „Out” wróciła do czasów młodości, by opowiedzieć o swoim ówczesnym związku z koleżanką. Zaskoczonemu dziennikarzowi tłumaczyła, że to nie żaden coming out, tylko potrzeba oddania hołdu kobiecie, która była częścią jej życia, a właśnie zmarła.

Jak będzie wyglądało zapowiadane przez stację Fox „Z Archiwum X” XXI w., wciąż nie wiadomo. Scenariusze odcinków pisze tak jak poprzednio Chris Carter. Gillian Anderson zaś jesienią ubiegłego roku wydała wspólnie z Jeffem Rovinem pierwszą część powieściowej „Sagi końca ziemi”. Będąca połączeniem elementów paranormalnych z filozofią New Age fabuła z powodzeniem mogłaby być jednym z odcinków „Z Archiwum X” (nawet reklamowana jest hasłem „Przygodowa saga na miarę »Z Archiwum X«”). A główna bohaterka – doktor Caitlin O’Hara, psycholożka dziecięca zajmująca się pomocą ofiarom wojen i katastrof, która musi poszerzyć swoją naukową perspektywę o elementy nadnaturalne, by uratować ludzkość i świat – znów przypomina starszą wersję agentki Scully. Anderson nie uciekła daleko od pierwszej roli.

Polityka 14.2015 (3003) z dnia 30.03.2015; Kultura; s. 108
Oryginalny tytuł tekstu: "Ucieczka z archiwum X"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną