Robert Leszczyński nie żyje. Dziennikarz i krytyk muzyczny miał 48 lat

Próbował wyczuć gusty
Trudno w kilku zdaniach powiedzieć, kim był, bo choć zaczynał jako dziennikarz muzyczny, stał się właściwie kilkoma osobami naraz.
Tomasz Waszczuk/Agencja Gazeta

Który z krytyków muzycznych nie chciałby, żeby o nim śpiewano piosenki? Ta o Robercie Leszczyńskim, „Zoil” Kasi Nosowskiej, nie stawiała go w jasnym świetle („Z rybą w nazwisku/Bliźniemu po pysku”, a potem: „Oceniaj mnie/Niech jad strumieniami leje się”), ale było o niej głośno. Podobnie jak o samym Leszczyńskim, postaci szczególnie ważnej dla sceny muzycznej lat 90., gdy krytyka muzyczna z trudem próbowała nadążyć za zmieniającym się rynkiem. Potrzebowała sprawnych autorów, którzy potrafią coś nazwać, gonić za zmieniającą się rzeczywistością – a to Robert robił przez cały czas.

Jeszcze jako student socjologii pisał o disco polo, wypowiadał się o tym nurcie w reportażu Mariusza Szczygła i Wojtka Staszewskiego w „Gazecie Wyborczej”. Potem w tej samej „Gazecie” przez osiem lat pisywał o muzyce, mając za bazę również swoje doświadczenia na scenie rockowej (grupa Karate Musiq).

Na łamach prasy błyszczał jako postać charakterystyczna, ciągle z socjologicznym zacięciem – powiązał opisywane przez naukowców zjawisko blokersów z hip-hopem, pisał o fali polskiego pop-folku, bardzo dużo energii poświęcił hossie fali polskiej muzyki pop lat 90., pamiętam wielkie i utrzymane w pozytywnym tonie teksty na temat Varius Manx czy Piaska.

Nie stronił jednak od sądów kontrowersyjnych, lubił prowokacje (także później – ogłaszał w swoich tekstach to śmierć rocka, to znów śmierć płyty), wytykali mu błędy rzeczowe w artykułach o zagranicznych gwiazdach, ale czytali. A artyści także protestowali na różne sposoby – w piosenkach (wspomniana Nosowska, także Pidżama Porno w „Twojej generacji”) albo w atakach personalnych w sieci (Michał Wiśniewski). Nietrudno było się zderzyć z krytyką Leszczyńskiego, trudniej odgadnąć, co naprawdę ceni – z pewnością do tej drugiej sfery zaliczyć można było jednak grupę The Prodigy.

Występy w roli jurora w telewizyjnym „Idolu” wywindowały go do roli gwiazdy. Po występie w reklamie samochodu w 2003 r. musiał się pożegnać z „Gazetą Wyborczą”, co uznawał wówczas za rzecz naturalną, choć nigdzie później nie zagrzał miejsca na dłużej. Starał się wyczuwać modę. W czasach clubbingu zaczął robić karierę didżeja, początkowo występując jako DJ Barbie Killer.

Był też ofiarą jednej z pierwszych fal hejtu internetowego. Zapuszczone przez niego białe dredy sprowadziły na niego oskarżenia o pozerstwo – w sieci pojawiły się zdjęcia Leszczyńskiego, a obok – mopa do podłogi. Próbował to jednak przekuć w atut, występując w telewizji Polsat pod szyldem Mop Man.

Coraz częściej wypowiadał się przed kamerą, rzadziej na piśmie. Był redaktorem naczelnym magazynu „Laif”, szefował działowi kultury „Wprostu”, pełnił też funkcję rzecznika prasowego Przystanku Woodstock, pracował nawet przy Euro 2012 i wreszcie został kandydatem na posła z ramienia Ruchu Palikota (konsekwentnie przyznawał się do poglądów lewicowych).

Przez wiele lat był też jednym z dziennikarzy nominujących do Paszportów POLITYKI w kategorii Estrada, a potem Muzyka popularna. Nie zgadzaliśmy się w wielu kwestiach muzycznych, ale co do kilku innych sfer z pewnością doszlibyśmy do porozumienia. „Leszczu” był prywatnie sympatyczną osobą, a zarazem kolorową postacią środowiska, w którym i bez jego odejścia robi się coraz bardziej nudno i szaro. A przy tym być może jednym z ostatnich dziennikarzy muzycznych, którzy z uporem maniaka próbowali namacać gust przeciętnego zjadacza chleba. I podążyć za nim.

Niżej podpisany w istnienie takiego gustu nigdy nie chciał do końca uwierzyć. Podobnie zresztą jak dziś w śmierć Roberta Leszczyńskiego.

Bartek Chaciński

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną