Operowe pasje Andrzeja Chyry

Góra znalazła Chyrę
Rozmowa z aktorem i reżyserem Andrzejem Chyrą o jego pasji do muzyki poważnej i wizji operowej „Czarodziejskiej góry”.
Andrzej Chyra – ur. w 1964 r. w Gryfowie Śląskim, absolwent warszawskiej PWST, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów.
Adam Lach/Napo Images/Forum

Andrzej Chyra – ur. w 1964 r. w Gryfowie Śląskim, absolwent warszawskiej PWST, jeden z najwybitniejszych polskich aktorów.

Debiut reżyserski Andrzeja Chyry w operze: „Graczy” Dymitra Szostakowicza – Krzysztofa Meyera zrealizowano w gdańskiej Operze Bałtyckiej.
Sebastian Ćwikła/Opera Bałtycka/Polityka

Debiut reżyserski Andrzeja Chyry w operze: „Graczy” Dymitra Szostakowicza – Krzysztofa Meyera zrealizowano w gdańskiej Operze Bałtyckiej.

Dorota Szwarcman: – Rozpoczynają się próby do opery Pawła Mykietyna „Czarodziejska góra” według Tomasza Manna, która ma zostać wykonana w pana reżyserii na tegorocznym Malta Festivalu. W jaki sposób można stworzyć spektakl teatralny z dzieła tak wielowątkowego i filozoficznego?
Andrzej Chyra: – Dla mnie to też zagadka. To tak jak w tym słynnym dowcipie: przychodzi mężczyzna do jubilera z olbrzymią perłą i każe ją sobie przewiercić. Nikt z pracowników nie chce tego zrobić, wreszcie oddają perłę praktykantowi. Dlaczego? Bo on nie zna jej wartości, jemu nie zadrży ręka. Tak sobie trochę z tego żar-tuję, ale sam jeszcze nie wiem, co z tego będzie. Michał Merczyński [dyrektor Malta Festival Poznań – przyp. red.] złożył mi tę propozycję dwa lata temu i wydawało się, że czasu jest dużo. Poprosiłem więc o współpracę przy pisaniu libretta Małgosię Sikorską-Miszczuk. Z Pawłem Mykietynem Michał już wcześniej rozmawiał. Małgosia w końcu znalazła, można powiedzieć, jakiś wytrych fabularny i stworzyła libretto, które i tak trzeba było jeszcze skracać. Efekt z pewnością wzbudzi kontrowersje. Myślę, że żaden z miłośników „Czarodziejskiej góry” nie będzie usatysfakcjonowany, bo faktycznie trudno zawrzeć tyle treści w jednym spektaklu.

Twórczość Manna jest jeszcze chroniona?
To już zmartwienie Malty; myślę, że jest tego świadoma i nie da sobie zrobić krzyw-dy. Magda Maciejewska już robi kostiumy, a Mirek Bałka zaprojektował przestrzeń. W sumie to jest dla mnie bardzo ciekawe spotkanie. Na razie czuję się jeszcze raczej koordynatorem tego wydarzenia, a nie reżyserem, tym bardziej że dopiero teraz dostałem całą muzykę i tekst. Owszem, wcześniej czytałem fragmenty, słyszałem też część muzyki, ale ostateczny kształt nie jest mi jeszcze znany. Wydaje mi się, że rzecz straciła jakąś linearność, która jest u Manna, bo choć to książka wielowątkowa, to jednak jej narracja jest koherentna, płynąca. Zobaczymy, co się z tego urodzi. Mo-gę tylko na razie powiedzieć, że muzyka jest intrygująca. Będzie odtwarzana z taśmy; poza dźwiękami elektronicznymi będą też dźwięki instrumentów, np. fortepianu, ale też spreparowane. Dużo jest tu więc znaków zapytania, ale z pewnością muzyka będzie organizować czas, ponieważ jest bardzo matematyczna.

Opera jest śpiewana?
Tak założył Paweł i myślę, że to dobrze. Zastanawialiśmy się, czy nie dać fragmentów mówionych, ale ostatecznie on zadecydował, że wszystko będzie śpiewane.

Czyli jego muzyka będzie tu miała zupełnie inną funkcję niż np. w teatrze Krzysztofa Warlikowskiego.
O tak, zdecydowanie inną. Pod względem znaczenia o kilka długości wyprzedza całą resztę. Spektakl jest raczej niedługi: pierwsza część ma trwać godzinę i pięć minut, druga godzinę i piętnaście minut. Główną rolę Hansa Castorpa zaśpiewa Szymon Komasa. Obsada jest bardzo interesująca, ale to będzie można zobaczyć i usłyszeć. Marysia Stokłosa robi ruch sceniczny w tej przestrzeni i w tej muzyce jest bardzo istotne, by znaleźć ruch prosty i wyrazisty.

Kiedy i gdzie premiera?
26 czerwca w poznańskiej Wyższej Szkole Humanistyki i Dziennikarstwa. Chcieliśmy zrobić ją na Zamku, tam jest bardzo dobra sala, ale nie byłoby czasu na próby. Tu będziemy ich mieli z dziesięć, więc już da się coś naszkicować.

Praca będzie zapewne zupełnie inna niż przy „Graczach” Szostakowicza/Meyera, których wyreżyserował pan dwa lata temu w Operze Bałtyckiej.
Z pewnością. Nie jest to dzieło o tak gęstej strukturze dramatycznej jak „Gracze”, nie jest to też opera w stylu Albana Berga, która również zawiera dramat, dialogi, akcję. To są raczej takie plamy, obrazki, sytuacje zawieszone w muzyce, więc inaczej też trzeba do tego podchodzić.

Do „Graczy” Marek Weiss, dyrektor Opery Bałtyckiej, zaprosił pana, jak mówił, myśląc o tym, że pan będzie potrafił pracować ze śpiewakami jako aktorami.
Faktycznie, to był dla mnie dobry manewr i mam wrażenie, że dla „Graczy” również. Bardzo dobrze porozumiałem się z grupą dziewięciu panów. Męski świat hazardu, sportretowany w tym utworze, wydał mi się trochę groźny, ale zabawny. I bardzo się cieszę, że udało mi się pracować z Jackiem Laszczkowskim, bo on ma w sobie ta-kiego diabła aktorskiego.

I niesamowitą vis comica.
Jest w ogóle ciekawą postacią, grywa na gitarze elektrycznej, jeździ na motocyklu, uprawia taekwondo... zaskakujące zainteresowania jak na śpiewaka operowego. Pozostali panowie też świetnie sobie poradzili. Mam wrażenie, że mieli dużo frajdy; wiem, że lubili to grać. Spektakl miał dwa wznowienia, w każdej serii widziałem przynajmniej jedno przedstawienie i byłem zaskoczony również tym, że Szostakowicz jednak przyciąga ludzi, bo widownia była pełna.

Może też trochę pana nazwisko przyciągało? Marek Weiss powiedział jeszcze przed premierą taką śmieszną rzecz, że pan „uprawia z powodzeniem zawód celebryty”.
Marek lubi sobie pożartować.

Ale rzeczywiście jest pan obiektem zainteresowania serwisów plotkarskich. Jeden z nich kilka lat temu zrobił sensację, bo jakiś paparazzo zobaczył pana w sklepie z płytami i zaczęły się spekulacje: no, chce zmienić swój wizerunek. Od razu kupił aż cztery płyty! I to z muzyką poważną. Nie mieli świadomości, że akurat pana kontakty z nią sięgają dzieciństwa.
To prawda. Z początku były właściwie przypadkowe. Przez chwilkę uczyłem się grać na flecie poprzecznym i przez drugą chwilę na skrzypcach. To była taka nauka przy orkiestrze górniczej, której kapelmistrz był m.in. flecistą i wypożyczał mi instrument, ale wtedy, czyli na początku lat 70., flety były bardzo drogie, kupowało się je w NRD. Poza tym chyba jakoś niezbyt czule się obchodziłem z tym instrumentem, choć pamiętam, że bardzo lubiłem na nim grać. Potem przerzuciłem się na skrzypce, ale okazało się, że to nie dla mnie. Pierwszy moment wydawał się prosty, ale kiedy pojawiły się pierwsze, nawet drobne, problemy techniczne – nie starczyło cierpliwości.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną