Kultura

Jestem narcyzem na wspak

Marek Bieńczyk o piłce nożnej i melancholii

Leszek Zych / Polityka
W domu u mnie mówią, że nigdy nie używam lustra. I właściwie to prawda, jestem ikonoklastą siebie samego. To pewnie nie jest też całkiem zdrowe – opowiada pisarz Marek Bieńczyk, autor książki „Jabłko Adama, stopy Dawida”.

Maciej Robert: – Panie Marku, zacznijmy – jeśli pan pozwoli – od futbolu, bo i tak byśmy od tego tematu nie uciekli. Doskonale znany pańskim czytelnikom Jan Jo Rabenda twierdzi, że w poetyce przestrzeni Bachelarda brakuje fenomenologii boiska. Z poglądami Rabendy zawsze było panu po drodze, ale mam wrażenie, że w tym wypadku Rabenda staje się czymś więcej niż pańskim alter ego.
Marek Bieńczyk: – Tak, to dość plastyczny awatar. Oczywiście nieco autoironiczny, ale jak pan mówi  żyje życiem własnym. Jego istnienie rodzi się w rodzaju pastiszu melancholicznej pseudonimizacji znanej od Burtona po Pessoę. Teraz występuje jako literacki odrzutek – nikt go nie chce, i pewnie słusznie, wydawać – który żywi utopijno-nostalgiczną wizję świata braci, świata braterstwa wyczytaną w dzieciństwie, w starej książce o futbolu, która jest zarazem książką o pięknie i moralnej czystości. I marzy – kiepski poeta, ale dobry marzyciel – o boisku jako alegorii ziemi bez wojen, bez przemocy. Jak naiwny Kandyd rozmawia o tym z ludźmi dookoła i widzi, że wobec dzisiejszego świata, który doszedł do kresu możliwości, świata „monoteizmu rynkowego”, jak mówi jeden z jego rozmówców, nostalgiczne wspomnienie może byś czymś więcej niż bierną tęsknotą. 

Literatura i futbol zawsze się łączyły. Sporo pisarzy grało w piłkę – Esterhazy, Hrabal, Camus (jakoś nie mogę sobie wyobrazić tego dandysa w stroju bramkarza). Znalazłoby się jeszcze kilku. Bieńczyk na przykład.
Pan sądzi, że Camus był dandysem? Sam tak nie myślę, on był z peryferii, z innego kontynentu, z biedy i jakoś temu pozostał wierny. Owszem, filozofom czytającym „Człowieka zbuntowanego” mógł się wydać dandysem filozoficznym w tym sensie, że nie przejmował się ścisłością argumentacji, z dezynwolturą kleił je w całość. W każdym razie dziękuję za to miłe boiskowe towarzystwo, ja też byłem najlepszy na bramce.

Skoro użyłem słowa „peryferia”… Nie zajmowałem się tym bliżej, ale wydaje mi się, że futbol wchodził do literatury tam, gdzie nie było świateł rampy, czyli na przykład w Europie Środkowej, właśnie na poboczach – jak to chcąc nie chcąc się odczuwało – „prawdziwej” Europy. W Paryżu mało kto o futbolu pisał. U nas na pewno to się łączyło jakoś z poszukiwaniem przestrzeni zastępczych, idealnych, gdzie można było wyrazić to, co gdzie indziej podlegało ograniczeniom. Futbol, czy w ogóle sport, w ciekawy sposób pomagał nam rozgrywać doświadczenie komuny. W sposób, rzekłbym, akceptująco-negujący.

Z jednej strony to były nasze drużyny, z naszego kraju, to było nasze życie, to była codzienność, której się mówiło „tak”, bo się w niej tkwiło, bo się chciało jakoś fajnie żyć; a z drugiej strony przez futbol mówiliśmy „nie”, mieliśmy w nosie wszelką państwowość, wkładaliśmy w niego marzenia, które nic nie miały wspólnego z socjalistycznym udziałem w socjalistycznym życiu. Pamiętam dobrze, że gdy szedłem po zwycięstwach na Mundialu w 1974 r. do centrum miasta krzyczeć z chłopakami, tworzyć pochody, na które zaraz rzucała się milicja, miałem poczucie, że wyjąc „Kazimierz Deyna naszym przyjacielem jest”, buntuję się antyustrojowo.

Spotykał się pan na boisku z Jerzym Pilchem, który w „Drugim dzienniku” zestawił – na wzór drużyny piłkarskiej – swoją jedenastkę pisarzy (a właściwie dwie jedenastki plus rezerwowi). Skład podstawowy: Płatonow, Faulkner, Mann, Dostojewski, Tołstoj, Flaubert, Gogol, Borges, Proust, Babel, Szekspir. Zastanawiam się, jak wyglądałaby pańska drużyna?
Pilch miał niestety prawo pierwokupu. Aby się nie powtarzać, skład nieco alternatywny: zachowuję Flauberta na lewej pomocy i Prousta na prawej obronie. Sebald na prawej pomocy, Diderot w środku pola, wczesny Kundera z dziesiątką, Cioran na prawym skrzydle, Racine jako lewy łącznik, Baudelaire i Bolaño jako stoperzy, na bramce Hemingway, na lewej obronie Schulz. Jako joker Naborowski, poeta barokowy. Naprzeciwko drużyna rosyjska, wynik mocno niepewny.

Myślałem, że będzie jedenaście razy Proust, który jest w pańskiej książce odniesieniem do wszystkich niemal zagadnień. Może nie tyle sam Proust, co „W poszukiwaniu straconego czasu”. Wszystko można tam odnaleźć, wszystko można tym wytłumaczyć. Absolutne arcydzieło?
Drużyna z samego Prousta grałaby w tył i w poprzek boiska. Może dlatego lubię dawną barcelońską tiki-takę... Arcydzieło absolutne? Absolutne pewnie nie, zresztą nie umiem takiego sobie wyobrazić. Proust niekiedy watuje, dopisuje za dużo – kto zresztą tego nie robi. Przywołuję go ciągle z całą świadomością rzeczy jako rodzaj stałego punktu odniesienia czy tła, książkę książek – bo „Jabłko Olgi” też jest – poniekąd – książką o książkach. Poza wszystkim u Prousta interesuje mnie jego nieprawdopodobna uważność na szczegół, na gesty chociażby. No i interesują mnie zwłaszcza jedne z podstawowych napięć „Poszukiwania...”: zachwyt versus suchość serca, oczarowanie versus umieranie, odchodzenie, literatura a życie – bo to one tworzą oś konstrukcyjną „Jabłka Olgi”.

Skoro mowa o niespodziewanych literackich odkryciach – wiedział pan, że wspomniany Jerzy Pilch w jednym z dawnych felietonów także odnosił się do wiersza Zbigniewa Herberta „Dalida”? Robił to oczywiście w kontekście piłkarskim. Tak jak Pan Cogito „odgaduje bezbłędnie daty swego życia” dzięki piosenkom Dalidy , tak Pilch pamięta pewne daty dzięki wielkim meczom i wielkim turniejom. Najważniejszy był dla niego mundial w Chile z 1962 r. Dla pana, młodszego od Pilcha o cztery lata (cztery lata! ­mundialowa miara), jest to pewnie turniej w Anglii, rok 1966?
Nie, nie pamiętałem, pięknie dziękuję za podpowiedź! Widzi pan, to się jakoś pokoleniowo wszystko zgadza. Co do dat, tak, Anglia 1966, do niedawna pamiętałem wszystkie wyniki tamtych meczów, a tych z ostatnich mundialów – nie pamiętam niemal w ogóle. Tak działa pamięć, która to, co dawne, wyostrza kosztem niedawnego, lecz, z drugiej strony, obrazuje to, co się stało z dzisiejszym futbolem: przez rozmnożenie rozgrywek, liczbę drużyn, wszystko staje się nieostre, nie może być przecież igrzysk tam, gdzie są wieczne i nieskończone igrzyska. A cyfry – daty, wyniki – to są matematyczne szyfry tego, co przeżyliśmy. 3:2 z Argentyną na mistrzostwach w Niemczech w 1974 to coś więcej niż wynik, to wraz z innymi cyframi, które w pamięci pozostały, cyfrowy zapis mojego istnienia.

Był to prawdopodobnie czas, gdy czytał pan „Do przerwy 0:1” Bahdaja czy „Klub jedenastu” Eduarda Bassa (dziękuję za wskazówkę – sięgnę!). Dorzućmy do tych „książek pierwszych” jeszcze Niziurskiego (też z fragmentami piłkarskimi). Pamiętam, że Niziurskiego czytałem z łapczywością, choć niektóre konteksty „Księgi urwisów” były już dla mnie niejasne. Natomiast Bahdaj – takie choćby „Stawiam na Tolka Banana” – był już dla mnie nieczytelny. Myśli pan, że lektury pańskiego dzieciństwa mogą być dziś czytelne i aktualne? Czy w ogóle książki mogą „wyjść z użycia”, tak jak słowa (przypomina pan między innymi ordynusa, serwus, koklusz i dziwożonę)?
Bass był pierwszy. Ma pan rację, Niziurskiego da się czytać dzisiaj, Bahdaja, poza „Do przerwy 0:1”, trudno, chyba że się chce szukać śladów dawnej codzienności. Niziurski miał język, który ucho literackie również dzisiaj zauważy, nawet jeśli fabuły wydają się teraz słabsze. Wiadomo, że Bóg literatury rozpoznaje swoich po długich nieraz latach; wystarczy przejrzeć listy bestsellerów sprzed wieku i to, co się z tamtych rzeczy dzisiaj wydaje i czyta obecnie. Nigdy nie wiadomo, co zostanie w cieniu, a co się przebije do podręczników. Książki nie wychodzą z użycia, raczej zasypiają. Najgorszy los jest tych, z których nie da się po latach nic wycisnąć, których nie da się czytać nawet jako kuriozum. Z Bahdaja można chociaż wycisnąć parę językowych drobiazgów czy opis warsztatu prywaciarza w w gomułkowskiej Polsce.

Trudno też dzisiaj trafić na bohaterów literackich – zwłaszcza głównych – o znacznej tuszy, jak choćby tytułowy Gruby z powieści Aleksandra Minkowskiego. Na terror bycia fit, ogarniający także literaturę, narzekał nie tak dawno Krzysztof Varga. Myśli pan, że mamy problem z poprawnością?
Mamy problem z poprawnością łamaną przez hipokryzję w życiu politycznym, społecznym i obyczajowym. Ale myślę, że poprawność jest raczej demonem dziennikarstwa niż literatury. A w obrębie literatury bardziej krytyki niż pisarzy.

O „książkach pierwszych” mówi i pisze się często. O „książkach ostatnich” niezwykle rzadko. Niezwykle przejmujący jest w pańskiej książce fragment, w którym opisuje pan ostatnią ważną lekturę pańskiej matki. Nie myślał pan, by poświęcić więcej uwagi temu zagadnieniu?
Trzeba uważać, by nie wpaść w komedię „ostatnich słów”, „mądrości” na pożegnanie. Albo w wyznanie spod ankieterskiego znaku: „Jakie cztery książki zabrałbyś na bezludną wyspę?”. Rzecz w tym, że nie da się niczego podsumować, nie da się podsumować życia, które się przeżyło.

Na starość zmienia się oczywiście sposób czytania. Dziecko, jeśli wejdzie w książkę, czyta od dechy do dechy, przynajmniej taki mam obraz czytającego dziecka z dawnych czasów, bo sam nie mam potomstwa. Stary czyta wybiórczo, chwyta pojedyncze zdania, fragmenty. W przypadku, o którym pan mówi, najbardziej uderzające jest to, że ta staruszka czyta książkę jak dziecko, jakby miała dziesięć lat. Ale też dlatego, że nie czytała książek przez całe życie. My zbyt dużo przeczytaliśmy, aby pod koniec życia zamknąć się w „książkach ostatnich”.

Przy pomocy książek możemy żegnać się ze światem jako czytelnicy, ale równie interesujące byłoby przyjrzenie się książkom, które poszczególni autorzy pisali tuż przed śmiercią. Tutaj znów pojawiłoby się „W poszukiwaniu straconego czasu” redagowane gorączkowo przez Prousta w ostatnich dniach jego życia.
Tak, Proust to jest przykład wyjątkowo heroiczny. Od pewnego momentu w jego życiu już nie ma nic, dosłownie nic innego poza książką. Leży na katafalku w pokoju obitym korkiem i już tylko dopisywaniem i skreślaniem się zajmuje. Dlatego Marcel wciąż sobie stawia pytanie: czy zdążę? Albo, przykład świeższy, Roberto Bolaňo. To jest dla mnie bohaterstwo, podobnie jak bohaterami są ci, co próbują coś pisać w sytuacji ekstremalnego zagrożenia. Mamy przykłady dzienników pisanych w obozach czy w ukryciu. Nie tylko bohaterstwo fizyczne: bohaterstwo woli przede wszystkim. Bo o tę jest zawsze najtrudniej.

Proust, Nerval, Marilyn Monroe, Hopper, Zidane – bohaterów pańskiej książki łączy między innymi to, że są w swoich dziedzinach wręcz ikonami. Wydawać by się mogło, że trudno napisać coś nowego o MM. Panu się udaje. Nie obezwładnia pana ogrom materiału?
Gdybym podchodził do nich akademicko, zapewne nic bym nie napisał. Bibliografia, jak pan mówi, jest przerażająca, w wypadku Prousta aż śmiech pusty bierze. Luksus pisarski polega na tym, że można się uczepić jednego zdania, jednego obrazu, jednej fotografii. Uchwycić, czy raczej się zachwycić, bo takie pisanie zaczyna się od zachwytu. W przypadku Prousta zobaczyłem „jaśniej w zachwyceniu” jeden mały akapit i z niego wszystko wyszło. O Prouście „ogólnym” nic by się nie udało wymyślić.

Z postaci mniej znanych – co z tego, że fikcyjnych – mamy w „Jabłku Olgi...” kopistę Bartleby’ego z opowiadania Melville’a. Tyle tylko, że ten bohater robi ostatnio niesamowitą karierę. Jego „wolałbym nie” stało się nieoczekiwanie (?) jednym z najprecyzjniejszych opisów dzisiejszego świata. Skąd moda na Bartleby’ego?
O Bartlebym pisałem kiedyś, teraz istotnie stał się postacią aż tak bardzo „popularną”, że poświęciłem mu tylko jeden akapit, czując, że włażę w teren zbyt już mocno ukształtowany. Ale czytany on jest tak różnie. Najczęściej jego słynna formuła „wolałbym nie” przerabiana jest na hasło społecznego oporu, buntu. Bartleby staje się ikoną odmowy, protestu przeciwko porządkowi społecznemu. Odmowy kogoś (tak opisywał nowego Bartleby’ego Baudrillard), kto nie tyle nie zgadza się na takie czy inne postępowanie władzy, ale odrzuca różne alternatywy do wyboru, które władza proponuje. Staje się powoli bohaterem naszych czasów.

Wśród postaci, o których pan pisze, jest jeszcze mało znana francuska aktorka Dominique Sanda, a raczej jej portret. Czytaniu twarzy poświęcał pan zawsze dużo uwagi. Jestem ciekaw, czy interpretuje pan czasami własną?
W domu u mnie mówią, że nigdy nie używam lustra. I właściwie to prawda, jestem ikonoklastą siebie samego. To pewnie nie jest też całkiem zdrowe, rodzaj narcyzmu na wspak. Żadnych własnych wizerunków z własnej woli w sieci. Nie mam siły walczyć z wydawcami, by zrezygnowali ze zdjęcia na okładce, poddaję się sesjom fotograficznym. Ale od pewnego czasu nie pozwalam już, na ile się da, na nagrywanie, kiedy jestem zapraszany na jakieś publiczne spotkania.

A gesty, które – jak pan pisze – mają nad nami władzę? Jaki jest gest rządzący Markiem Bieńczykiem?
Niestety gest chwytania się za twarz, zakrywania jej dłońmi; przemywam dłońmi twarz na sucho. No. Nie jestem z tego dumny. Gdy ktoś bliski podobny gest wykonuje, sam dostaję szału.

Mówiąc o bohaterach tej książki, trzeba wspomnieć o osobach panu bliskich – matce, ojcu, Oldze i Dawidzie. Zwłaszcza ta tytułowa para zdaje się szczególnie znacząca. Dlaczego za ich pomocą przekracza pan gatunkowe ramy eseju i przesuwa się ku prozie?
Olga i Dawid to moi przewodnicy. Pomagają mi wypowiedzieć moje dwa podstawowe doświadczenia życiowe. Doświadczenia te przyjmują różne postacie w książkach czy obrazach, o których piszę. Stąd eseje o Prouście czy Hopperze, stąd to spotkanie bohaterów żywych i napisanych czy namalowanych. Właściwie uważam się za czytelnika naiwnego, nigdy nie robiłem większych różnic między zdarzeniem z życia realnego i z życia książkowego. Jestem pisarzem egzystencji, piszę o, jakby rzekł Kundera, tematach egzystencji i to mnie interesuje przede wszystkim. A to, czy widzę je i opisuję jako doświadczenia realne czy jako doświadczenia lekturowe, nie ma znaczenia. „Jabłko Olgi” jest na swój sposób jedną opowieścią, gdyż dotyczącą kilku powracających tematów, które mają stanowić o jej spójności. Nawet jeśli składają się na nią teksty pisane w różnym czasie.

Niezwykle intrygująca jest postać Dawida, uciekiniera z getta lwowskiego, w zasadzie wiecznego uciekiniera, który nie może się zatrzymać. Kim był?
Wie pan, w książce nie jest powiedziane, że ucieka z getta i że ucieka we Lwowie. Można się domyślić pewnych rzeczy. Proszę wybaczyć, odpowiem teologicznie: Dawid jest tym, kim jest... w tej książce.

Nie on jeden spośród pańskich bohaterów ucieka. Uciekinierami, dezerterami z życia są tu niemal wszyscy. Tak jak niemal wszyscy są melancholikami. Czy melancholia zawiera w sobie chęć ucieczki?
Nie wszyscy, Dawid nie jest melancholikiem, ale oczywiście wielu uciekających jest. Zwłaszcza tych uciekających w głowie. To widać od razu, na pierwszy rzut oka: rozmowa z nimi jest trudna, nie ma ich tutaj, uciekają w siebie, uciekają gdzieś myślami, nie umieją patrzeć w oczy, bo spojrzenie w oczy to przyznanie, że czas istnieje, że ta chwila jest ważna, podczas gdy melancholik chce się wymknąć czasowi, uciec tam, gdzie aktualnie jest jak najmniej. Często ucieka realnie, odchodzi, wszystko, tylko nie być tutaj – tak brzmi jego zew.

Czy istnieją miejsca melancholiogenne? Gdy pisze pan o uciekinierach z/do Korsyki, mam wrażenie (poparte dodatkowo lekturą „Campo Santo” Sebalda), że tak.
Melancholia jako topos jest raczej wędrowna: w poszczególnych okresach wiąże się bardziej z pewnymi przestrzeniami, które w kolejnych porzuca. Ruiny rzymskie na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku były miejscem par excellence melancholicznym, wokół nich powstawał wówczas mocny dyskurs melancholiczny. Dzisiaj są one dla nas puste, podobnie jak od melancholii uwalniają się miasta, kiedyś nią przez pisarzy nasączone, jak Wenecja czy Paryż. Mówię na poziomie zbiorowym, bo indywidualnie każdy ma swoje odrębne doświadczenia. Powstają nowe przestrzenie dla melancholii, wręcz już kosmiczne, jak to pokazuje film „Grawitacja”. Ale niewątpliwie pewne pejzaże są predestynowane do melancholizacji. Dla Ciorana była to środkowa Hiszpania na przykład, myślę, że miał rację. Przy czym każdy pejzaż melancholiczny wywołuje inny rodzaj doświadczenia. Brzegi Atlantyku, zwłaszcza w Portugalii, wywoływały przez wieki melancholię lekką, naznaczoną tęsknotą, saudade. A Korsyka coś bardziej drapieżnego, niespokojnego. No i są miejsca pojedyncze, rozsiane po całym świecie, odgrzebywane przez wyobraźnię melancholijną.

Takimi miejscami są także bunkry. Pisze pan o bunkrach Muru Atlantyckiego, a zarazem cytuje Stasiuka, opisującego bunkry w okolicy Drohiczyna. „Wspomnienie za wspomnienie: w ten sposób bunkry Stasiuka i moje bunkry tworzą przeciwstawne granice. Z jednej strony rysują zachodnią granicę Zachodu, z drugiej jego aktualną granicę wschodnią”. To niejedyne powiązanie między wami. Jest jeszcze Grochów. Idealny dla melancholików. Zastanawiam się, kiedy napisze pan książkę o Grochowie?
No tak, powiedziałem Andrzejowi: ukradłeś mi tytuł; przygotowuję parę opowiadań, które się dzieją na Grochowie mniej więcej, może uda się skończyć, ale tytułu już nie mam, bo mi zabrał. Napisałem dłuższy wywód o tym naszym pokrewieństwie, ale w końcu nie dałem go do „Jabłka Olgi”. Istotnie, przez wiele lat, nie znając się, byliśmy sąsiadami. Otoczenie geograficzne ma duży wpływ na wyobraźnię, sposoby myślenia, odczuwania i pisania; to dobrze wiadomo.

Mam wrażenie, że w pewnym sensie łączy nas rozbieżna zbieżność. Choć chodziłem do szkół dłużej niż on i otrzymałem standardową, grzeczną edukację, podczas gdy on był w dużej mierze samoukiem, to nauczyliśmy się na Grochowie, miejscu niedookreślonym, półmiejskim-półwiejskim, pewnego, rzekłbym, outsiderstwa. To widać w samym pisaniu. I on, i ja jesteśmy właściwie pozagatunkowi, choć każdy na inny sposób. I czuję też zbieżności w tych naszych odjazdach: on, nieznoszący Zachodu na Wschód, ja nieznoszący Wschodu (czy raczej zafascynowany przez Wschód, lecz z różnych przyczyn, o których nie będę tu wspominał, odrzucający go) na Zachód. Szukamy po dwóch stronach kontynentu, odnoszę wrażenie, czegoś podobnego.

Pod koniec książki popada pan w ton katastroficzny, pisząc o wojnie i terroryzmie. „Bo nie mówcie, że tego nie czujecie, że zaraz coś nie rąbnie, że niebo nie wisi nad nami jak ciężka pokrywa i nie zsyła nam dni ciemniejszych niż noce. Butelka wody, odzież na zmianę, cztery kanapki do chlebaka. Uciekać, trzeba uciekać”. Widać to zwłaszcza – na zasadzie kontrastu – w tekście poświęconym Sempému. Jego ilustracje, ukazujące Francję nieco wyidealizowaną, poetycką, łagodną nawet wtedy, gdy jest ukazana w krzywym zwierciadle, wydają się w kontekście ostatnich wydarzeń niepokojąco nieaktualne, oderwane od rzeczywistości. Czy tamtej Francji Sempégo już nie ma? Czy coś się skończyło – we Francji, w Europie, na świecie?
Tak, coś się skończyło. Poczucie to zewsząd narasta, nie ma co udawać, że tak nie jest. Mówią to histerycy jak ja, i analitycy, jak u nas choćby Leder, a na świecie Žižek. Setki innych: ekonomistów, historyków, pisarzy. Może nawet nie tyle chodzi o koniec, co o początek, o wyobrażenie, że stanie się wkrótce coś niewyobrażalnego, że musi się stać. Jasne, że taki fantazmat końca powtarza się w dziejach Europy co jakiś czas. Raz, niekiedy parę razy na jedno stulecie. Tak jakby ludzkość do końca nie mogła uwierzyć we własne istnienie i musiała co kilkadziesiąt lat doprowadzić je na skraj. Jakby ludzkość nie mogła znieść ciężaru własnego istnienia. Więc to się wciąż powtarza, trzeba na to wziąć poprawkę, ale powtarzają się też wojny.

Tamtej Francji Sempégo nie ma, bo to była Francja trochę odwieczna, trochę przedwojenna. Jednak u Sempégo, trzeba to powiedzieć, jesteśmy we Francji białej: albo parysko-intelektualnej, albo prowincjonalno-sielskiej. Ale też jest w Europie coraz mniej Europy, rozpada się jedność, która była najpiękniejszą rzeczą, jaka mogła się w Europie zdarzyć. Nie udało się z wielu przyczyn, lecz dlatego także, że tak mało siebie w nią się wkładało. Każdy kraj ma swoje przewiny, dawne demoludy traktowały często Europę jak partię komunistyczną: listę obecności trzeba podpisać, trzeba mieć legitymację, żeby był święty spokój i pensję mieć wypłaconą, ale tak naprawdę to nie nasza sprawa, to robią jacyś „oni”. Wiele partii w Polsce traktowało i traktuje Europę jak PZPR. Nie znoszę tego.

Wszystko jest do ułożenia od nowa, ale kiedy prześledzi się sposób, w jaki Europa układała się na nowo i dawała sobie impuls budowy nowego prządku, zauważy się łatwo, że następowało to zazwyczaj po wojnach. Unia Europejska była próbą ułożenia czegoś na nowo w sposób ewolucyjny, bez cezury wojennej, i coraz bardziej się wydaje, że to się nie udało.

Przepraszam, że zakończę patetycznie – ale czy w kontekście powyższych rozważań wierzy pan (jak Sempé, powtarzający to za Grossmanem), że „dobro zbawi świat”?
Wie pan, patos mi w ogóle nie przeszkadza. Właściwie to jestem za patosem, nie rozumiem, jak można zachowywać się niepatetycznie na małej kulce wirującej w nieskończonym kosmosie, w „przerażającej ciszy nieskończonych przestrzeni”. To jakiś brak wyobraźni, mówić spokojnie i ważąc słowa. Jestem za patosem i jestem za ckliwością, czyli patosem w mikroskali.

A co do pańskiego pytania, nie, nie wierzę. Myślę, że będzie tak jak dotąd: świat będzie falował między wojną a pokojem, między rzeziami a ogrodami, między przemocą a braterstwem. Dobro będzie wracało, zbawiało świat na krótką chwilę. To może nie jest jeszcze najgorsze rozwiązanie.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną