Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Hejt No More?

Dinozaury z Faith No More wracają na scenę

Faith No More w Kalifornii, 1992 r., od lewej: Mike Patton, Mike Bordin, Billy Gould, Jim Martin, Roddy Bottum Faith No More w Kalifornii, 1992 r., od lewej: Mike Patton, Mike Bordin, Billy Gould, Jim Martin, Roddy Bottum Ian Dickson/ArenaPAL/Top Foto / Forum
Faith No More to dziwaczny relikt cudownych dla rockowej muzyki lat 90. Może przypomnieć ich szalonego ducha bez przeobrażenia się w radiową, familijną, stadionową karykaturę samych siebie.
Mike Patton podczas gdyńskiego Open´era, 2014 r.Paweł Skraba/Reporter Mike Patton podczas gdyńskiego Open´era, 2014 r.

W takim stylu! Gdy wracasz, robisz to właśnie w takim stylu! – napisał ktoś pod informacją o premierze pierwszego od 17 lat studyjnego albumu Faith No More. Lecz trudno dokładnie powiedzieć, jaki to styl. Bo amerykańscy muzycy wracają w tych samych pogrzebowych garniturach, w których rozstawali się, zmęczeni konfliktami, jeszcze w ubiegłym stuleciu, gdy wielu dzisiejszych podekscytowanych fanów grupy nie było jeszcze na świecie. Wracają z tą samą abnegacją, z którą schodzili ze sceny: „Jesteśmy starzy, jesteśmy martwi, jesteśmy pieprzonymi dinozaurami”. Więc może chodzi po prostu o styl muzyczny, jak zawsze karkołomny i nieprzewidywalny. Mówiąc o płycie „Sol Invictus”, dinozaury z Faith No More nonszalancko zapowiadały: „Będzie gotycka, z wpływami Siouxsie and the Banshees oraz Roxy Music”.

„Sol Invictus” nie tyle wieszczy, co wieńczy powrót FNM na karuzelę show-biznesu. Grupa od sześciu lat koncertuje w niemal oryginalnym składzie – z czasów jej największej świetności brakuje tylko gitarzysty Jima Martina. Część utworów, które trafiły na nowy album, znamy właśnie z koncertów, również tych w Polsce (dwa razy w Gdyni, raz w Poznaniu). One, w tym singlowe „Motherfucker” i „Superhero”, przekonały nawet największych sceptyków, że to comeback stylowy i godny wcześniejszych dokonań zespołu. Zespołu, który nigdy nie dał się zatrzasnąć w jednej szufladzie, nie gonił za modą i był jedną z pierwszych gwiazd ciężkiego rocka – krytycy w branżowych magazynach głowili się, jak nazwać jednym słowem to wszystko, z czym FNM eksperymentuje.

Wytwór generacji X

Świat się zmienił, gwiazdy muzyki rockowej lat 90. przygasły, a muzycy Faith No More, obwieszczający nowemu cyfrowemu społeczeństwu, że po raz pierwszy w historii kapeli udostępnili swój utwór w internecie („Motherfucker”) lub założyli sobie konto na Twitterze, przypominają trochę „spoko dziadka”, który wie, jak gadać z wnusiem o memach, lajkach i zdobywaniu subskrypcji na YouTube.

Polityka 22.2015 (3011) z dnia 26.05.2015; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Hejt No More?"
Reklama