Kultura

Dojrzewanie Pixara

Filmy animowane nie tylko dla dzieci

„W głowie się nie mieści” - urocza opowieść o dorastaniu „W głowie się nie mieści” - urocza opowieść o dorastaniu Disney/Pixar
Po 20 latach od premiery „Toy Story” twórcy Pixara skoczyli na głęboką wodę. Ich najnowsza animacja komputerowa „W głowie się nie mieści” to psychoanalityczny „Matrix”. Film przeznaczony dla rodziców i dzieci, w którym rolę pozaziemskich potworów odgrywają nieposłuszne emocje.
„Odlot”Disney/Pixar „Odlot”
„Toy Story 3”Disney/Pixar „Toy Story 3”
„Potwory i spółka”EAST NEWS „Potwory i spółka”
Były właściciel Pixara, nieżyjący już Steve Jobs i fachowiec od efektów specjalnych Ed Catmull oraz animator i reżyser John Lasseter z jedną z wielu nagród zdobytych przez studioVince Bucci/Getty Images Były właściciel Pixara, nieżyjący już Steve Jobs i fachowiec od efektów specjalnych Ed Catmull oraz animator i reżyser John Lasseter z jedną z wielu nagród zdobytych przez studio

Oklaskiwane niedawno w Cannes „W głowie się nie mieści” jest piętnastą pełnometrażową produkcją Pixara. Nawet jeśli nie każdy dowcip wyda się w niej zrozumiały dla młodych widzów, trudno się spodziewać, by zarobiła mniej niż poprzednie tytuły tego studia: średnio 616 mln dol. na film, co daje jak do tej pory 8,6 mld czystego zysku. Niemal wszystkie filmy tego studia okrzyknięto przełomowymi, kultowymi, wyznaczającymi trendy. Zajmują czołowe miejsca wśród najbardziej dochodowych animacji. Dwie z nich – „Gdzie jest Nemo?” oraz „Toy Story 3” – znajdują się na liście 50 najbardziej kasowych przebojów kinowych wszech czasów.

Dziejący się wewnątrz ludzkiego umysłu, przypominający rodzinną psychoterapię „W głowie się nie mieści” Pete’a Doctera to jednak najambitniejsze przedsięwzięcie studia. Estetycznie i treściowo bardzo odmienne od wszystkiego, co do tej pory wyprodukował Pixar. „Ta animacja oddaje to, co czułem, patrząc, jak dorastają moje dzieci. Przemiana z dziecka w dorosłego jest procesem smutnym i trudnym, ale jednocześnie pięknym i potrzebnym, ten film oddaje to lepiej niż jakiekolwiek słowa” – tłumaczy swoje intencje reżyser w programie „CNN Ones to Watch”.

Tak jak „Odlot” i apokaliptyczny „Wall-E” o końcu rasy ludzkiej na skutek przedawkowania konsumpcjonizmu, także i ten film jest filozoficzną przypowieścią o samotności, niemożliwym do posiadania szczęściu, przemijaniu. „W głowie się nie mieści” stawia ponadto chyba jeszcze trudniejsze pytanie, rzadko będące przedmiotem dziecięcej zadumy: o mechanizmy rządzące pamięcią i zachowaniami człowieka.

Pomysł Doctera jest genialny w swojej prostocie. 11-latka nie zdaje sobie sprawy, że jest pionkiem w rozgrywce tajemniczych sił zadomowionych w jej umyśle. Wszystkie jej reakcje ukazane są z perspektywy umiejscowionej w jej głowie (przedstawionej w formie kosmicznej kapsuły) spersonifikowanej energii, czyli emocji odpowiedzialnych za każdą jej decyzję. Jest ich pięć, choć niektórzy neurolodzy mogą uważać, że powinno być znacznie więcej (maksymalnie 27). Najważniejsza jest Radość – dominująca cecha osobowości bohaterki – walcząca ze Smutkiem. Pozostała trójka, która przejmuje dowodzenie w najtrudniejszym momencie dorastania, to Gniew (dba o sprawiedliwość), Strach (odpowiedzialny za bezpieczeństwo) i Odraza (zapewniająca równowagę).

Czysta abstrakcja albo naiwna próba zilustrowania podręcznika psychologii. To co w opisie brzmi zawile i niezrozumiale, na ekranie jednak układa się w uroczą i nie aż tak bardzo skomplikowaną przypowiastkę o zapracowanych, kłócących się nad panelem sterowania emocjach, doprowadzających dziewczynkę do kompletnego stanu zagubienia. Nie rozumie, dlaczego nagle czuje się odepchnięta przez rodziców, wzbudza agresję rówieśników, musi buntować się przeciwko nauczycielom w szkole, a ucieczka z domu jawi się jej jako cudowne antidotum na wszystko. Starsi, pozornie poukładani, logiczni i przewidywalni, też mają swoich „opiekunów” obradujących nad konsolą, co powoduje, że nie zawsze nad sobą panują i są w stanie przewidzieć, w jaką stronę to wszystko zmierza. „Dzięki temu filmowi każdy będzie miał szansę zajrzeć do swojego wewnętrznego świata, o którym często zapomina, by zrozumieć, skąd się biorą sny lub dlaczego tak trudno wyrzucić z pamięci niektóre piosenki” – dopowiada reżyser.

Obiektywnie, wiele poprzednich dokonań Pixara wydaje się lepiej skonstruowanych, żywiej poprowadzonych. Biorąc jednak pod uwagę wyrafinowanie pomysłu, jego przepastną głębię, ukrytą pod powierzchnią zupełnie niewidowiskowej historyjki – tego filmu nie zapomni się do końca życia. Nie w sensie marketingowym: wzmożonego popytu na zabawki czy wizyt w parkach tematycznych. Tylko jako pięknej, eleganckiej metafory, wyrażającej empatię i zrozumienie dla emocji. Na festiwalu w Cannes, gdzie odbyła się światowa premiera filmu, takie opinie podzielała większość amerykańskiej krytyki. Uznano go nawet za przewrót kopernikański w dziedzinie animacji.

Z 11 nagrodami Grammy, siedmioma Złotymi Globami i 15 Oscarami na koncie Pixar potwierdził kolejny raz, że stał się marką zaspokajającą oczekiwania wszystkich. Nie od dziś wiadomo, że filmy tego studia – poza rozbawianiem i wyznaczaniem standardów masowej rozrywki – wykazują spory jak na kreskówkową konwencję potencjał intelektualny. Są celowo selektywne: czerpią z niewiarygodnej zawiłości prawdziwego życia i odrzucają wszystko, co nieistotne. Fascynujące jest w nich to, że animacja może być jednocześnie odczuwana jako fikcyjna i hiperrzeczywista. „Uważam – słusznie przypomina w cytowanym telewizyjnym wywiadzie Docter – że właśnie dlatego ta forma sztuki, jak żadna inna, umie doskonale poruszać ludzkie emocje. Na przykład część rzeczy, które zrobiliśmy w »Odlocie« mogłaby zostać uznana za kiczowate, gdyby się pojawiały w aktorskim filmie akcji”.

Animacja przeżywa rozkwit. Swój złoty wiek. Ludzie wiedzą, że za cenę biletu mogą się spodziewać jakościowego produktu, łączącego cuda animacji komputerowej z przesłaniem i wartościami prawdziwej sztuki. Nierzadko przynoszącego większą satysfakcję dorosłym. „W głowie się nie mieści” spełnia te oczekiwania może nawet bardziej niż poświęcony owdowiałemu 80-letniemu staruszkowi „Odlot”, poprzednie dzieło przekraczające granice klasycznej animacji Pete’a Doctera.

Gdyby nie pierwsze tytuły Pixara, nie byłoby ani „Shreka”, ani „Jak wytresować smoka”, ani „Epoki lodowcowej”, zrealizowanych w konkurencyjnych studiach: DreamWorks Jeffreya Katzenberga oraz Walta Disneya. Magia i kreatywność bajek Pixara zawsze szły w parze z realizmem i przywiązaniem do świata, który wszyscy dobrze znamy. Ten mariaż prozaicznej codzienności, wiecznie psujących się zabawek, strachu, który nie jest straszny, superbohaterstwa ukrytego pod ciężkim, obwisłym brzuchem, i wyobraźni, pasjonujących historii, pełnokrwistych bohaterów zaskakuje, sprawiając wrażenie niesamowitej świeżości.

To dzięki pomysłowości i poczuciu humoru animatorów Pixara zaczęto cytować w dziecięcym kinie klasykę kina, stosować aluzje do polityki, kultury masowej i żarty zrozumiałe jedynie dla dorosłych. W animowanych opowieściach rozgrywających się w niesłychanym tempie, nafaszerowanych akcją, z wielopiętrowymi dialogami iskrzącymi komizmem nie ma czasu na nudę, sentymentalizm czy pretensjonalny dydaktyzm. Są przygnębiające i wesołe. Wywrotowe i przywracające wiarę w wartości rodzinne. Lekkie i mądre.

Historia Pixara sięga początku lat 80. ubiegłego stulecia, gdy triumfy odnosiło niepokonane na rynku amerykańskim studio Walta Disneya – monopolista w dziedzinie animacji. Zalążkiem przyszłego konkurenta koncernu, któremu patronuje nieśmiertelna Myszka Miki, było eksperymentalne Studio Graficzne, wydzielone przez George’a Lucasa z jego wytwórni Industrial Light and Magic. Zajmowało się renderowaniem, czyli udoskonalaniem m.in. w 3D efektów specjalnych z myślą o ich wykorzystaniu głównie przy realizacji „Powrotu Jedi” – finałowej części sagi gwiezdnych wojen. Po wykonaniu siatkowego modelu Gwiazdy Śmierci złożony z 40 pracowników zespół został zaangażowany do innego widowiska science fiction „Star Trek II: Gniew Khana”. Lecz niesamowity, innowacyjny potencjał ujawnił się dopiero przy „Młodym Sherlocku Holmesie” Barry’ego Levinsona – brawurowej ekranizacji Arthura Conan Doyle’a (w Polsce rozpowszechnianej pod tytułem „Piramida strachu”), gdzie udało się stworzyć pierwszą w historii kina cyfrową postać: szklanego rycerza zeskakującego z witraża.

Gdy do zespołu dołączył John Lasseter, utalentowany animator z wytwórni Walta Disneya zafascynowany twórczością Japończyka Hayao Miyazakiego, wróżono, że Computer Division, przemianowane w 1984 r. na Pixar Computer Animation Group, przekształci się w regularne studio filmowe. Jego wizytówką stała się pierwsza wygenerowana komputerowo krótkometrażówka „The Adventures of Andre and the Wally B” o niesfornej pszczółce atakującej leśnego ludka, wyreżyserowana przez Alvy’ego Raya Smitha. Do jej produkcji użyto jednego z najpotężniejszych wówczas komputerów na świecie – Cray X-MP/48, który miał aż 64 megabajty pamięci i procesory taktowane zawrotną prędkością stu megaherców (telefony komórkowe mają dziś większe możliwości). Plotki głoszą, że George Lucas nie zdążył nawet obejrzeć tego filmu, gdyż był wtedy pochłonięty przeciągającym się procesem rozwodowym. Pod wpływem niebotycznych roszczeń finansowych swojej żony podjął nieoczekiwaną decyzję sprzedaży Pixara Steve’owi Jobsowi. Potem uznał to za najgorszy interes swojego życia.

Legendarny prezes i twórca Apple nie zamierzał jednak rozwijać biznesu kinowego. Kołem zamachowym pozyskanej za 10 mln dol. firmy chciał uczynić produkcję specjalistycznego hardware’u i niestandardowego oprogramowania. Widział ich zastosowanie w przemyśle medycznym (tomografy), a także wojskowym (wizualizacja danych przesyłanych przez satelity i samoloty szpiegowskie). Wydajne, nowoczesne komputery Pixara nie sprzedawały się najlepiej. Za to kręcone w wolnych chwilach nowatorskie filmiki budziły sensację. Gdy druga animacja Pixara „Luxo Jr.” o przygodach lampy biurkowej, która do dziś jest maskotką firmy, otrzymała w 1986 r. nominację do Oscara, śmiano się, że to sezonowa efemeryda. Dwa lata później pierwszy Oscar przyznany za „Tin Toy” – wdzięczną historyjkę o dziecięcej zabawce – człowieku orkiestrze (oba w reżyserii Johna Lassetera) – został już przyjęty jako potwierdzenie narodzin nowego, intrygującego stylu i zjawiska, które w ciągu następnych lat całkowicie zrewolucjonizowało światową animację.

Jobs zwiększył udziały w firmie z zamiarem jej odsprzedania Microsoftowi. Wciąż nie mógł uwierzyć w świetlaną przyszłość komputerowej animacji, więc ograniczył działalność do rynku reklam telewizyjnych. Pixar produkował kilka–kilkanaście klipów rocznie, deklasując konkurencję. Równocześnie Jobs intensywnie pozbywał się niedochodowego balastu. Na początku lat 90. sprzedał dział handlujący elektroniką oraz zastrzeżonymi technologiami. Wysłał na bezrobocie około setki pracowników, w wyniku czego liczba zatrudnionych spadła do 42 i firma wróciła do punktu wyjścia. Jobs przeniósł też siedzibę firmy z San Rafael do skromniejszej w Richmond w Kalifornii, gdzie programiści musieli się zadowolić szyciem czapeczek i opracowywaniem efektów do „Ulicy Sezamkowej”.

Ratunkiem okazał się kontrakt z wytwórnią Walta Disneya, opiewający na sumę 26 mln dol. Za te pieniądze Pixar zobowiązał się zrealizować trzy pełnometrażowe animacje. Disney miał je dystrybuować i zająć się marketingiem. Zyski dzielili równo. Już „Toy Story” – pierwsza z nich, pionierska fabuła, zrealizowana całkowicie metodą cyfrowej animacji – rozbiła bank, stając się najbardziej kasowym filmem 1995 r. Przyniosła 361,9 mln dol. zysku. W ciągu jednego dnia akcje bankrutującego Pixara podskoczyły na nowojorskiej giełdzie o sto procent. Potem było już tylko lepiej.

Siedzibę przeniesiono do okazałego Emeryville. Kreskówki Disneya sprzedawały się coraz gorzej, a Pixar bił kolejne rekordy, co zaowocowało propozycją przedłużenia umowy na pięć następnych filmów. Sukces rodził sukces. Skończyło się na tym, że mała, niezależna wytwórnia zaczęła zagrażać dominującej pozycji giganta. W styczniu 2006 r., po długich i burzliwych negocjacjach, Disney złożył propozycję nie do odrzucenia. Za 7,4 mld dol. ogłosił przejęcie Pixara (zachowując integralność marki). Nieprzepadający za kinem Jobs otrzymał lukratywną posadę w radzie nadzorczej koncernu Disneya. Wyrzucony niegdyś stamtąd fan mangi i studia Ghibli John Lasseter, odpowiedzialny za największe przeboje Pixara, został dyrektorem kreatywnym Disneya, zatwierdzającym m.in. programy disneyowskich parków rozrywki. Inny współzałożyciel Pixara, wynalazca i naukowiec Edwin Catmull, pełni do dziś funkcję prezesa obu wytwórni filmowych.

Odkąd w kierownictwie Disneya zasiedli wszyscy najbardziej zasłużeni ludzie Pixara, dokonania obu firm przestały się tak bardzo od siebie odróżnić. Widzowie to docenili.

***

Filmy pełnometrażowe zrealizowane w wytwórni Pixar

„Toy Story”, reż. John Lasseter, 1995 r.

„Dawno temu w trawie”, reż. John Lasseter, Andrew Stanton, 1998 r.

„Toy Story 2”, reż. John Lasseter, Lee Unkrich, Ash Brannon, 1999 r.

„Potwory i spółka”, reż. Pete Docter, Lee Unkrich, David Silverman, 2001 r.

„Gdzie jest Nemo?”, reż. Andrew Stanton, Lee Unkrich, 2003 r.

„Iniemamocni”, reż. Brad Bird, 2004 r.

„Auta”, reż. John Lasseter, Joe Ranft, 2006 r.

„Ratatuj”, reż. Brad Bird, Jan Pinkava, 2007 r.

„WALL·E”, reż. Andrew Stanton, 2008 r.

„Odlot”, reż. Pete Docter, Bob Peterson, 2009 r.

„Toy Story 3”,  reż. Lee Unkrich, 2010 r.

„Auta 2”, reż. John Lasseter, Brad Lewsi, 2011 r.

„Merida waleczna”, reż. Mark Andrews, Brenda Chapman, Steve Purcell, 2012 r.

„Uniwersytet potworny”, reż. Dan Scanlon, 2013 r.

„W głowie się nie mieści”, reż. Pete Docter, 2015 r.

W produkcji

„Dobry dinozaur”

„Toy story 4”

„Iniemamocni 2”

„Auta 3”

Polityka 26.2015 (3015) z dnia 23.06.2015; Kultura; s. 76
Oryginalny tytuł tekstu: "Dojrzewanie Pixara"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną