Kultura

Nie będę narzekać

Kandydatka na szefową PISF o przyszłości polskiego kina

Magdalena Sroka – krakowska działaczka samorządowa pełniąca obecnie funkcję wiceprezydenta Krakowa. Magdalena Sroka – krakowska działaczka samorządowa pełniąca obecnie funkcję wiceprezydenta Krakowa. Beata Zawrzel / Reporter
Rozmowa z Magdaleną Sroką, następczynią Agnieszki Odorowicz na stanowisku dyrektora Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.
Dużym sukcesem Magdaleny Sroki było stworzenie Krakowskiej Komisji Filmowej oraz Regionalnego Funduszu Filmowego.Michał Lepecki/Agencja Gazeta Dużym sukcesem Magdaleny Sroki było stworzenie Krakowskiej Komisji Filmowej oraz Regionalnego Funduszu Filmowego.

Janusz Wróblewski: – Wygrała pani konkurs na szefa PISF przygniatającym stosunkiem głosów 11:0. Czym pani przekonała do siebie komisję, w której zasiadali m.in. Wajda, Zanussi, Holland, Fidyk?
Magdalena Sroka: – Jednomyślność oceny komisji bardzo mnie zaskoczyła. Przedstawiona przez mnie wizja rozwoju instytutu nie mogła być pełna, ponieważ nie zarządzałam wcześniej tą instytucją i w niej nie pracowałam. Przyjęłam zewnętrzny punkt widzenia – dla niektórych być może dyletancki i amatorski. Ważny był moment, kiedy przestaliśmy się zgadzać i musiałam bronić swoich racji. Czasami zmieniałam zdanie. Sądzę, że komisja doceniła moje zdolności analitycznego myślenia, umiejętność wyciągania wniosków i prowadzenia dialogu.

A kiedy pani pokochała kino?
Zawsze je kochałam. To bardzo silne medium, bliskie teatrowi, totalne. Łączy literackość, muzykę z obrazem. Na ekranie interakcja między tymi dziedzinami sztukami potrafi przekroczyć każdą z nich traktowaną osobno. Film sprawia, że w warstwie intelektualnej, emocjonalnej, estetycznej człowiek doświadcza nieprawdopodobnych poruszeń. Nie zapomnę wrażenia, jakie zrobiło na mnie jeszcze w liceum „Całkowite zaćmienie” Agnieszki Holland. Zero sztampy. Rewolucja w wyrażaniu podstawowych praw dotyczących miłości. To było jedno z ważniejszych doświadczeń odwagi nazywania rzeczy po imieniu.

Na jakich jeszcze reżyserach się pani wychowała?
Nie należę do pokolenia, które przeżywało mocno Bergmana. Bliski mi jest Almodóvar, von Trier, Jarmusch. Lubię też polskie kino, zwłaszcza współczesne. Podoba mi się „Body/Ciało” Szumowskiej, „Róża” Smarzowskiego, „Rewers” Lankosza. Ale też podziwiam otwierające, wyzwalające dokumenty Dziworskiego. Awangarda, która dzisiaj pozostaje nadal awangardą i inspiruje.

Powołała pani do życia Krakowską Komisję Filmową i Regionalny Fundusz Filmowy. To rezultat jakiejś szerszej strategii?
Odpowiedzialności. Wiadomo, że PISF dofinansowuje tylko ok. 50 proc. budżetu filmu. Resztę producent musi zebrać z innych źródeł, co przy obecnym systemie prawnym jest bardzo trudne. Żeby utrzymać rozwój kinematografii, samorządy musiały odpowiedzieć. Rozumiałam bardzo dobrze tę potrzebę. Zdawałam sobie sprawę, że i druga strona może mieć z tego wymierne korzyści. Choćby takie, że krakowskie środowisko audiowizualne będzie miało zagwarantowaną pracę. Wydatki na produkcję w regionie potrafią przekroczyć kilkukrotnie wkład funduszu, więc i lokalna branża audiowizualna i turystyczna stają się beneficjentem.

Widzi pani jakieś słabości systemu?
Na przykład kontakt na linii dystrybutor–producent–kiniarz. Problem dotyczy niskiego stopnia zwrotu kosztów produkcji z eksploatacji filmu. Tak bym to eufemistycznie zdiagnozowała. Chodzi o zwiększanie transparentności tego procesu. Wolałabym jednak nie narzekać. Mamy świetnych twórców, co ostatnio potwierdził Krakowski Festiwal Filmowy, na którym trzy polskie reżyserki odebrały najważniejsze nagrody. Generalnie widzę więcej szans niż zagrożeń.

Co by pani zmieniła w PISF?
Wiarygodnie na to pytanie będę mogła odpowiedzieć po kilku miesiącach rzeczywistej pracy. Osiągnięciem PISF jest system ekspercki. Ze względu na duże obciążenie członków komisji i ich liderów być może będę chciała go usprawnić, czyniąc pracę łatwiejszą, a przez to bardziej efektywną.

Jakie będą pani pierwsze decyzje?
Nie zacznę od rewolucji i zmian. Pierwszą rzeczą będzie praca analityczna. Sprawdzenie budżetu i planów na przyszły rok.

Wyobraża pani sobie współpracę z osobami, które rywalizowały z panią w konkursie na dyrektora PISF?
Cenię ludzi ambitnych, z własnym zdaniem. Uważam, że zarówno Ania Sienkiewicz-Rogowska, jak i Wojciech Hoflik mieli świetne prezentacje i programy. Skoro włożyli tyle wysiłku w ich przygotowanie, chciałabym w pierwszej kolejności je przeanalizować. A jeżeli okaże się, że zaproponowali znakomite pomysły, to chciałabym je z ich pomocą wdrożyć.

Mówi się, że najpilniejszym zadaniem nowego szefa PISF będzie obrona niezależności tej instytucji przed zakusami polityków. Pani się z tym zgadza?
Te zakusy byłyby możliwe dopiero po zmianie ustawy, która precyzyjnie dzieli kompetencje twórców, środowiska, ministra i samego instytutu. Równie precyzyjny był wniosek notyfikacyjny do Komisji Europejskiej, który został zatwierdzony. Dodatkowo jest jeszcze rada PISF. To wszystko stanowi dobre zabezpieczenie. Agnieszka Odorowicz wykonała znakomitą pracę. Ale jeżeli dojdzie do próby upolitycznienia, trzeba będzie zrobić wszystko, by przekonać decydentów, że to oznacza niszczenie osiągnięć Polski, na które pracowaliśmy ostatnie 25 lat.

Agnieszka Odorowicz stosunkowo często korzystała z prawa dofinansowania projektów filmowych, które nie uzyskały pozytywnej rekomendacji komisji eksperckich. Pani też zamierza z tego prawa korzystać?
Nie wyobrażam sobie przyznawania dotacji wbrew woli całej komisji. Jeśli natomiast projekt będzie różnie oceniany, a ktoś z ekspertów się nim wyraźnie zachwyci, lecz będzie w mniejszości, wtedy po zasięgnięciu dodatkowych opinii podejmę taką decyzję indywidualnie. Samodzielnie nie zamierzam decydować o sprawach artystycznych. Dyrektor instytutu nie powinien kreować, tylko zarządzać i pilnować jak najbardziej sensownej i efektywnej dystrybucji środków.

Sądząc po dotychczasowym przebiegu kariery, jest pani urodzoną działaczką społeczną. Skąd ta pasja?
Źródło jest nieodgadnione. Podejmowałam jednocześnie wiele skrajnych aktywności, i to już w czasach licealnych. Należałam do anarchizującej Federacji Zielonych, byłam w młodzieżowej radzie miasta, pełniłam funkcję rzecznika praw ucznia. Działałam na rzecz wielu społeczności w imię spraw, które uważałam za wyższe. Nawet jeżeli one niekoniecznie się ze sobą łączyły. Może to kwestia wychowania i romantycznej tradycji – tej „polskiej skazy”, która u mnie przerodziła się w pozytywistyczną pracę u podstaw.

Jest pani wizjonerką, czy raczej woli działać w ramach szerszego ruchu?
Jestem państwowcem. Widząc, że coś nie funkcjonuje należycie, angażuję się. Nie potrafię stać obojętnie, to sprzeczne z moją naturą.

Kiedy się pani przekonała, że potrafi być skuteczna?
Wiarę, że rzeczywistość da się zmienić, zawdzięczam VIII Liceum, pierwszej szkole w Krakowie, która w latach 90. ubiegłego stulecia wprowadziła model demokratycznego wychowania z pakietem ustaw dla nauczycieli i uczniów, które określały zasady współżycia. Jako rzecznik byłam od tego, aby te prawa egzekwować. W odpowiedzi na prace nad nową polską konstytucją powołaliśmy w szkole małą komisję konstytucyjną. Przygotowaliśmy m.in. zapis o armii zawodowej, bo uważaliśmy, że nie można zmuszać wszystkich do służby. Znaleźliśmy się wśród zespołów, które zaproszono, by przedstawiły swoje propozycje prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu i członkom komisji konstytucyjnej. Takie były ogólnie nastroje, sprzyjające budowaniu postaw obywatelskich. Stąd chyba ta moja pewność, trwająca do dziś, że da się zbudować wszystko.

Po takiej lekcji należało się spodziewać, że wybierze pani studia prawnicze. Tymczasem pojawiła się polonistyka ze specjalnością teatralną.
Ale najpierw podjęłam próbę zmierzenia się z tematami ścisłymi. Przez rok studiowałam mechanikę komputerową na Politechnice Krakowskiej. Bardzo ciekawy międzywydziałowy kierunek stawiający sobie szczytne cele wychowania nowego pokolenia fachowców, którzy na użytek inżynierów mieli pisać specjalistyczne programy obliczeniowe. Sęk w tym, że te programy już istniały. Po przejściu kursów analizy matematycznej, algebry wyższej, mechaniki ogólnej i paru innych przekonałam się, że jeśli mam się podobnymi rzeczami zajmować, to szybko umrę z nudów. Na wszelki wypadek wolałam nie mówić rodzinie, że przenoszę się na studia humanistyczne, niegwarantujące żadnego konkretnego zawodu. Wybrałam teatrologię, ponieważ organizowano tam dodatkowy nabór we wrześniu. To była moja jedyna szansa.

A potem rzuciła się pani w wir studenckich organizacji.
Przeciwnie. Opuszczając niektóre zajęcia, zaczęłam pracę w Biurze Festiwalowym Kraków 2000, które przygotowywało program Europejskiej Stolicy Kultury. Parę lat na śmieciowej umowie, czego nie żałuję. Byłam jedyną pracowniczką Biura z nowego naboru (na 40 współpracowników), która nie ukończyła wakacyjnego kursu dla menedżerów, gdyż od czasu liceum co roku wyjeżdżałam do Anglii zbierać warzywa, głównie groszek. Musiałam przecież z czegoś żyć.

Zaczęło się niecodziennie. Załapałam się na wyjazd do Gardzienic: to była „Carmina Burana” grana po raz ostatni i pierwszy pokaz nowego spektaklu „Metamorfozy”. Nie stać mnie było na bilet ani nocleg, ale bardziej doświadczona koleżanka przekonywała, że jedzie tam tyle osób, że spokojnie uda się wejść, a spać można zbiorowo w jakiejś sieni. Wracając w jednym przedziale z Józefem Marią Ruszarem, dyrektorem promocji Krakowa 2000, przez cztery czy pięć godzin krytykowałam wszystkie działania promocyjne Biura Festiwalowego, bo uważałam, że są fatalne. A na koniec podróży on mi zaproponował pracę.

Uzdrowiła pani sytuację?
Wszystkiego nie udało się zmienić, aż tak dobrze nie było. Józef miał dużą przewagę intelektualną i nie zawsze się zgadzał z moją opinią. Po prostu uznał, że będę w tej pracy przydatnym narzędziem. Później Kasia Ochocka, wicedyrektorka Biura, dostrzegła, że to narzędzie jest całkiem niezłe, i mnie przejęła – od niej nauczyłam się wszystkiego. Zaczęłam się zajmować profesjonalnie organizacją i produkcją imprez kulturalnych. Z niejasnej dla mnie przyczyny zostałam przydzielona do imprez prowadzonych przez panią Elżbietę Penderecką. Tym sposobem zaczęłam brać udział w tworzeniu Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena i Cyklu Wielkich Wykonań – dwóch moich sztandarowych projektów. W samym roku 2000 biuro zrealizowało 450 imprez. W 2003 r. współkoordynowałam prace nad pierwszą strategią promocji dla Krakowa. Uznaliśmy, że źródłem tożsamości wizerunkowej miasta powinna być kultura. W 2004 r. została wprowadzona ustawa o zamówieniach publicznych, implementowaliśmy w Polsce rozwiązania europejskie. Zajęłam się zawodowo materializacją idei.

Kursy zarządzania nie były już potrzebne?
Zarządzanie kulturą dopiero się rodziło. Więcej dała mi praktyka. Od 1998 r. pracuję w trybie, który raczej już się nie zmieni, czyli nie mniej niż kilkanaście godzin na dobę. Wykładam organizację i produkcję imprez kulturalnych na Akademii im. Frycza Modrzewskiego w Krakowie, więc w pewnym momencie musiałam tylko uporządkować zdobytą wiedzę.

Dobrze się pani czuła w tej lekceważonej przez państwo niszy, czy też walczyła pani o to, by kulturę doceniano?
Było inaczej. Po upadku komunizmu Kraków zorganizował Europejski Miesiąc Kultury – preludium do przyznania Krakowowi tytułu Europejskiej Stolicy Kultury. Pod patronatem Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza odbyło się Spotkanie Poetów Wschodu i Zachodu. Czuło się falę entuzjazmu społecznego. Nagle uwierzono, że kultura może stać się wizytówką, że określa naszą tożsamość i że poprzez nią uda się przywrócić obecność Krakowa na arenie międzynarodowej. Turystyka dopiero się rodziła. Kiedy zaczynałam pracować zawodowo, rocznie niecałe 2 mln turystów odwiedzało miasto. W ubiegłym roku padł rekord – 10 mln. To obrazuje skalę przemian.

Działała pani też na Expo 2005, zabiegała o przyznanie zimowej olimpiady Krakowowi...
We współpracy z Krajową Izbą Gospodarczą organizowałam nawet galę Miss World 2006. Kompetencja producenta stwarza po prostu takie możliwości. Mechanizmy są te same. Ale ja tych imprez nie programowałam. Byłam wynajmowana, żeby je realizować.

Igrzyska olimpijskie to jeszcze inny temat. Ktoś musiał koordynować prace związane z transparentnym, precyzyjnym wydatkowaniem środków publicznych. Zadanie miało od początku prowadzić Stowarzyszenie Komitet Konkursowy Kraków 2022, ale w trakcie realizacji pierwszej umowy dotacyjnej z Ministerstwa Sportu i Turystyki zmieniono zasady i kolejne rządowe środki przekazano gminie. Spadło to na mnie – wiceprezydent Krakowa odpowiedzialną za sport.

Czuje pani żal, że w referendum większość krakowian opowiedziała się przeciwko igrzyskom, a Najwyższa Izba Kontroli wszczęła procedurę zbadania wydatków?
Na pewno popełniliśmy bardzo dużo błędów komunikacyjnych. Proces przygotowawczy powinien trwać dwa lata dłużej. Nie brałam udziału w podejmowaniu strategicznych decyzji, natomiast nie mam wątpliwości, że Małopolska bardzo by na tym projekcie zyskała. Nie chcę się teraz rozwodzić o wielkich potrzebach infrastrukturalnych: A4, S7, północnej obwodnicy Krakowa i innych inwestycjach, które od 25 lat Kraków – drugie co do wielkości miasto w Polsce – omijają. W Małopolsce i na Śląsku mali i średni przedsiębiorcy wytwarzają 70 proc. polskiego PKB. Poprzez te zaniechania infrastrukturalne i brak tranzytu są wyłączeni z międzynarodowej konkurencji. Euro 2012 też nas szerokim łukiem ominęło. Najnowocześniejsza w Europie hala widowiskowa została wybudowana bez wsparcia rządowego. Listę można by wydłużać... Olimpiada była okazją do przypomnienia rosnących potrzeb Krakowa. Rząd premiera Tuska dał nam szansę. Była wola polityczna. Niestety, przyszedł kryzys, przeważyła opinia, że miasta nie stać na igrzyska, co uważam za niesłuszne. Relatywnie to był bardzo ekonomiczny, tani projekt.

Od pięciu lat, piastując urząd wiceprezydenta, pozostaje pani najbliższą współpracowniczką Jacka Majchrowskiego. Czy pani serce też bije po lewej stronie?
Jeżeli chodzi o sprawy obyczajowe, na pewno tak. Uważam, że najważniejszym prawem człowieka jest prawo do godności i ono definiuje wszystkie pozostałe obszary: nie dopuszczam możliwości dyskryminowania kogokolwiek ze względu na płeć, rasę, wyznanie czy orientację seksualną. Jestem za administracyjnym zniesieniem kategorii płci, tak jak uczyniono to w Australii. To otwiera drogę związkom jednopłciowym, kończy też dyskusję na temat dyskryminacji kobiet. Proste rozwiązania legislacyjne są najlepsze, ale rozumiem, że to nie najlepszy moment, by je u nas wprowadzać.

Czego pani życzyć?
Merytorycznych rozmów, mądrych dla polskiego kina decyzji, które będą jednoczyły, a nie dzieliły.

***

Magdalena Sroka – krakowska działaczka samorządowa pełniąca obecnie funkcję wiceprezydenta Krakowa. Wcześniej kierowała m.in. Krakowskim Biurem Festiwalowym. Doprowadziła do rozkwitu wiele festiwali, m.in. Sacrum Profanum, Conrada, Miłosza oraz Off Camera. Jest absolwentką filologii polskiej UJ (specjalizacja teatrologia). Dużym sukcesem Sroki było stworzenie Krakowskiej Komisji Filmowej oraz Regionalnego Funduszu Filmowego (z budżetem ok. 1 mln zł).

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety u władzy w Bizancjum

Zostanie cesarską małżonką, wejście w rolę bazylisy, było zapewne największym marzeniem przynajmniej niektórych mieszkanek Bizancjum, a w pewnych okresach łakomym kąskiem dla wielu dobrze urodzonych niewiast spoza niego.

Mirosław J. Leszka
12.03.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną