Nieszczęśliwy talent Amy Winehouse

Amy, mamy cię
Amy Winehouse żyła krótko, ale pozostawiła po sobie tyle materiałów, że starczyło na długi dokument. Trzeba było tylko zmontować. I ten montaż wzbudził sporo szumu.
Idealny obiekt popkultury: piękna, utalentowana i nieobliczalna Amy Winehouse
Tom Oxley/www.timeincukcontent.com/Gutek Film

Idealny obiekt popkultury: piękna, utalentowana i nieobliczalna Amy Winehouse

Amy Winehouse zapiła się na śmierć w wieku 27 lat.
Gutek Film

Amy Winehouse zapiła się na śmierć w wieku 27 lat.

„Mówiłam, że są ze mną kłopoty” – śpiewała w jednym z przebojów Amy. „Mówiłem, że powinni się wstydzić” – strofował jej ojciec autorów filmu, który te kłopoty pokazał. A pokazują je w całej potworności.

Przygnębiająca jest szczególnie półgodzinna sekwencja zdjęć Amy Winehouse uciekającej przed paparazzi, zaszczutej jak zwierzę, wybiegającej na narkotykowe eskapady po Londynie w dziurawych baletkach, przeraźliwie zaniedbanej i chudnącej w oczach. Daje do myślenia scena, w której bohaterka przebywa w klinice odwykowej wspólnie ze swoim ukochanym, a ten zmusza ją, by tekst swojej najpopularniejszej piosenki „Rehab” („Chcieli zabrać mnie na odwyk/Powiedziałam: nie, nie, nie!”) odśpiewała w wersji odpowiednio do sytuacji skorygowanej, z „tak, tak, tak” na końcu.

Winehouse jako upadłą gwiazdę, która na koncercie w Belgradzie nie potrafi śpiewać ani nawet utrzymać się na nogach, oglądamy z punktu bezlitośnie kręcącej ten upadek setkami smartfonów widowni. Jak w programie „Mamy cię!” – kamera mogła być wszędzie, zawsze.

Zmarła cztery lata temu Amy Winehouse (zapiła się na śmierć w wieku 27 lat) doczekała się filmu, który może nie wprowadza zupełnie nowych wątków, ale dzięki olbrzymiemu archiwum materiałów wideo w bardzo emocjonalny sposób ogrywa dotychczasowe. Sygnalizuje nową erę w opowiadaniu żywotów przedwcześnie odchodzących gwiazd – czasy, w których reżyser musi być przede wszystkim doskonałym montażystą materiałów, które dostanie od rodziny, przyjaciół, wydawców, dziennikarzy, a nawet samych fanów.

Film „Amy” to antyporadnik życiowy, po którym trudno się zdziwić gorzkim finałem. Łatwiej już o zaskoczenie, że przyszedł tak późno. Ojciec – londyński taksówkarz Mitch Winehouse – rzeczywiście nie został potraktowany najłagodniej. Trudno jednak zapałać sympatią do kogoś, kto przy pierwszych dużych problemach alkoholowych córki stwierdza, że to nic wielkiego i na złamane serce trzeba się czasem napić. Albo gdy – mając później do wyboru posłanie córki na odwyk lub na trasę po Ameryce – do końca obstaje przy drugim wariancie.

Najgorsze wydaje się właśnie to, że Mitch w niebezpiecznych dla życia córki momentach zarabia na atmosferze sensacji wokół niej – symptomatyczna jest scena, gdy Amy przebywa na przedłużającym się urlopie na karaibskiej wyspie Saint Lucia, ewidentnie wracając do formy i odrywając na parę miesięcy od łatwo dostępnych w Londynie narkotyków, a ojciec odwiedza ją, owszem, ale z kamerami brytyjskiej telewizji.

Rodzice wokalistki wyglądają na podobnie niedojrzałych jak ona. W równym stopniu nie radzą sobie z jej szybko zdobytą sławą. Matka Janis wydaje się nawet w tym nowym filmie nieobecna i nieświadoma skali problemów – ze zdziwieniem wspomina pierwsze przejścia bohaterki z depresją i bulimią. Gdy się dowiedziała, że nastoletnia córka je dużo, a potem wymiotuje, uznała to – jak mówi – za pewną fazę, która z pewnością za chwilę minie.

Asif Kapadia, reżyser „Amy”, wcześniej znany z nagradzanego dokumentu „Senna” o brazylijskim mistrzu Formuły 1, ma jedną odpowiedź na zastrzeżenia rodziny: ze stu przeprowadzonych do filmu wywiadów musiało wyjść to, co wyszło. Ekipa nie przyjmowała założeń z góry i podeszła do tworzenia filmu z maksymalnym obiektywizmem. „Jak w dzisiejszych czasach ktoś może umrzeć w taki sposób?” – pyta Kapadia. Czyli na oczach wszystkich, w tym najbliższych. I wśród zakładów bukmacherskich przyjmowanych w Wielkiej Brytanii o to, czy Amy zagra kolejny koncert, czy jednak go odwoła.

Do kin weszły ostatnio dwa duże muzyczne dokumenty, zajmujące się w podobnym stylu problemem przedwczesnej śmierci i winy. Ten drugi to „Kurt Cobain: Montage of Heck”, śledzący życie lidera Nirvany. O ile sam montaż „Amy” trwał 20 miesięcy, to Brett Morgen – twórca filmu o Cobainie – swoją pracę prowadził aż osiem lat i polegała ona głównie na zbieraniu dokumentacji. Dziesiątek godzin materiałów wideo i ponad 200 godzin audio – wśród tych ostatnich mają być podobno nagrania, które niebawem ukażą się na płycie.

Życie urodzonego w 1967 r. w amerykańskim Aberdeen muzyka okazało się udokumentowane nie gorzej niż w wypadku Amy. Dużą część „Montage of Heck” (w wolnym tłum.: szalony montaż) wypełniają więc zdjęcia z dzieciństwa – amatorskie, rodzinne filmy kręcone dostępną już wtedy kamerą Super 8. Widzimy na nich radosne, rozpieszczane prezentami dziecko – pełne energii, która w pewnym momencie stała się zresztą problemem dla rodziców. Posłali Kurta do lekarza, a ten bez wahania wypisał psychotropowy Ritalin, lek, który ma pomagać w problemach z ADHD. Idylliczne filmiki urywają się nagle – to moment, gdy rodzice Kurta rozstają się i zaczyna się jego tułaczka pomiędzy nową rodziną ojca (w której nie jest już oczkiem w głowie i sprawia problemy) a dziadkami. Brett Morgen świat dorastającego Cobaina odmalowuje w sposób ryzykowny, ale robiący wrażenie – zagląda do głowy nastolatka, animując jego pełne mroku i okrucieństwa rysunki.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną