Kultura

Mielenie wszechświata

Gwiezdne wojny – wszechświat skasowany

„Przebudzenie Mocy”, VII epizod „Gwiezdnych wojen” wyreżyserowany przez J.J. Abramsa z pewnością będzie spektakularny. Budżet: 200 mln dol. „Przebudzenie Mocy”, VII epizod „Gwiezdnych wojen” wyreżyserowany przez J.J. Abramsa z pewnością będzie spektakularny. Budżet: 200 mln dol. materiały prasowe
Siódma odsłona „Gwiezdnych wojen” będzie najgłośniejszą kinową premierą roku. Zapewne również najbardziej kasową. Wiele o niej wiadomo – poza tym, o czym w ogóle będzie, bo w Odległej Galaktyce nie tak dawno temu wymazano historię.
„Nowa nadzieja”Lucasfilm Ltd./Courtesy Everett Collection/EAST NEWS „Nowa nadzieja”
„Imperium kontratkuje”Lucasfilm Ltd./Courtesy Everett Collection/EAST NEWS „Imperium kontratkuje”
„Powrót Jedi”Lucasfilm Ltd./Courtesy Everett Collection/EAST NEWS „Powrót Jedi”
„Atak klonów”Lucasfilm Ltd./Courtesy Everett Collection/EAST NEWS „Atak klonów”
Historię z okresu po „Powrocie Jedi” opowiadała m.in. ta książka Timothy’ego Zahna. W Polsce wydana w 1994 r. pod tytułem „Dziedzic Imperium”.materiały prasowe Historię z okresu po „Powrocie Jedi” opowiadała m.in. ta książka Timothy’ego Zahna. W Polsce wydana w 1994 r. pod tytułem „Dziedzic Imperium”.

Strzeżenie tajemnic scenariusza jest w wypadku wielkich przedsięwzięć kinowych zupełnie oczywiste. Przy okazji „Przebudzenia Mocy” chodzi jednak o coś więcej niż tylko o niespodziankę dla widzów – nie wiemy nie tylko tego, co wydarzy się w nowej części „Gwiezdnych Wojen”, ale również tego, co wydarzyło się przed nimi. Dlaczego?

Jednym z lepszych pomysłów George’a Lucasa napędzających pierwszą trylogię było stosowanie otwartych zakończeń, umożliwiających mu dość dowolne wykorzystywanie pojawiających się wcześniej postaci i wątków. Dobry przykład takiego genialnego oszustwa to przeskok pomiędzy „Nową nadzieją” a „Imperium kontratakuje”. Przypomnijmy – w kluczowym momencie IV epizodu Luke Skywalker celnym strzałem niszczy Gwiazdę Śmierci, symbol i najpotężniejszą broń złowrogiego Imperium, a cały film kończy się radosną sceną udekorowania bohaterów, wzmocnioną dodatkowo triumfalną muzyką Johna Williamsa.

Kto po wyjściu z kina mógł się spodziewać, że w kolejnej części dzielni rebelianci staną się niewielką grupą desperatów uciekających przed siłami zła na krańce galaktyki? A jak kończy się ostania część sagi? Obrazem wiwatujących tłumów obalających posąg Imperatora. Nie widać tam jednak obrad odrodzonego senatu, powrotu demokratycznych porządków czy lądowania w stolicy Imperium zwycięskiej republikańskiej floty.

Skąd zatem istniejąca od 30 z górą lat pewność, że wielki galaktyczny konflikt zakończył się ostateczną klęską zła i triumfem absolutnego dobra? Za to oraz inne wyobrażenia odpowiada tzw. Expanded Universe („Rozszerzony wszechświat”), stworzony z inicjatywy George’a Lucasa i do niedawna kontrolowany przez niego za pomocą wyspecjalizowanej komórki Lucasfilm.

Nowa wspólnota

Tym „rozszerzeniem” są setki publikacji – zbiorów opowiadań, powieści, komiksów i gier wideo – tworzących względnie spójną historię galaktyki „Gwiezdnych wojen”, obejmującą, bagatela, ponad 25 tys. lat. Dla porządku dodajmy, że centralnym punktem chronologii „Star Wars” jest bitwa o Yavin – w galaktyce wszystko dzieje się przed (BBY) lub po (ABY) pierwszym zwycięstwie Rebelii. Licencjonowane publikacje i materiały audiowizualne, wraz z sześcioma pełnometrażowymi filmami, tworzyły oficjalny kanon, zawierający wszystkie wydarzenia i postacie fikcyjnego uniwersum, wraz z jego kosmologią, geografią, biologią i techniką.

Powstanie rozszerzonego wszechświata umożliwiła – fatalna z biznesowego punktu widzenia – decyzja spodziewającego się finansowej katastrofy „Nowej nadziei” zarządu wytwórni Fox, która oddała Lucasowi w ramach wynagrodzenia prawa do sprzedaży gadżetów związanych z filmem. Po niespodziewanym sukcesie pierwszych „Gwiezdnych wojen” to właśnie gadżety stały się podstawą, na której reżyser zbudował finansowe fundamenty Lucasfilmu. A książki i komiksy, które również obejmowała ta kategoria, nie pozwoliły fanom zapomnieć o serii nawet po wejściu na ekrany „Powrotu Jedi”. Co więcej, to właśnie one w największym stopniu, dostarczając wciąż nowych materiałów i podtrzymując zainteresowanie, wpłynęły na powstanie największego i najsilniejszego światowego fandomu – wspólnoty miłośników „Star Wars”.

Zaczęło się dość niepozornie. Uznaje się, że pierwszym materiałem zaliczającym się do rozszerzonego wszechświata jest powieść „Spotkanie na Mimban” Alana Deana Fostera z 1978 r. Jak głosi uparcie powtarzana plotka, Foster był również autorem sygnowanej nazwiskiem Lucasa nowelizacji „Nowej nadziei” – drewniany styl obu powieści bardzo to uprawdopodobnia. W tym samym roku został nagrany i wyemitowany (tylko raz!) w stacji CBS telewizyjny show „Star Wars Holiday Special”. Program ten – z udziałem głównych gwiazd „Nowej nadziei”, animowanymi wstawkami, musicalowymi piosenkami, wzbogacony występem grupy Jefferson Starship – okazał się dla twórcy „Gwiezdnych wojen” tak zawstydzający, że stał się rzadkim starwarsowym prohibitem, wciąż usuwanym z YouTube i umieszczanym tam na powrót przez złośliwych fanów. Nie można go jednak całkiem wymazać z historii, ponieważ właśnie w nim pojawił się po raz pierwszy Boba Fett, jeden z ulubionych czarnych charakterów starej trylogii. Na marginesie warto dodać, że istnieją jeszcze dwa telewizyjne, pełnowymiarowe filmy dla dzieci, wyprodukowane w 1984 i 1985 r.: „Przygoda wśród Ewoków” i „Ewoki: Bitwa o Endor”. Choć do obu scenariusz napisał Lucas, nigdy nie zostały zaliczone do kanonu.

Niestety, jakość pierwszych publikacji z rozszerzonego wszechświata „SW” wyznaczyła ich generalny poziom. Lucasfilm trzymał się z daleka od wybitnych twórców SF i fantasy, zlecając pisanie kolejnych powieści autorom drugorzędnym, produkującym masowo literaturę rozrywkową dla mało oczytanej młodzieży. Co prawda dwie powieści z rozszerzonego wszechświata – „Cienie imperium” Steve’a Perry’ego i „Trylogia Thrawna” Timothy’ego Zahna – znalazły się nawet na liście bestsellerów „New York Timesa”, ale to rzadkie wyjątki.

W przestrzeni rozszerzonego wszechświata miejsce znalazły zarówno opowieści nawiązujące bezpośrednio do filmów Lucasa, jak i te powstałe w całości w wyobraźni autorów, zakontraktowanych przez związane z Lucasfilm wydawnictwa. Nielicznym z nich udało się stworzyć nowe epopeje, zaakceptowane przez fanów i wywierające wielki wpływ na odbiór sagi i dalszy rozwój „rozszerzonego wszechświata”.

Doskonałym przykładem jest seria komiksów „Tales of the Jedi” ze scenariuszem Kevina J. Andersona, która w wielkim stopniu ukształtowała wyobrażenia fanów o najdawniejszych – 5 tys. lat BBY – dziejach zakonu Sithów (głównej złej siły w galaktyce „SW”). Z kolei w czasach Nowej, czyli domyślnie zwycięskiej, Republiki toczy się akcja wspomnianej „Trylogii Thrawna” Zahna, uważanej przez wielu miłośników za najlepszy cykl powieściowy „SW” i idealnego kandydata do ekranizacji.

O ile książki i komiksy, również wtórne i co najwyżej poprawne w swej warstwie artystycznej, miały stosunkowo małą siłę oddziaływania poza fandomem, o tyle już gry wideo wywarły znacznie większy wpływ na cały sektor multimedialnej rozrywki. Gry przygodowe do dziś naśladują styl wypracowany w LucasArts, seria X-wing jest wciąż niedoścignionym wzorem kosmicznej symulacji, a pierwszy „Dark Forces” miał większy wpływ na rozwój gier FPP niż słynny „Doom”.

Gry ze świata „Gwiezdnych wojen” miały dla fanów znaczenie wyjątkowe. Pozwalały na jednoczesne interaktywne uczestnictwo i na równie ważną eksplorację świata. Tyle że po okresie innowacji studio LucasArts zaczęło produkować programy coraz bardziej wtórne, łatwiejsze, przeznaczone dla coraz młodszych odbiorców – ostatnia bezsprzecznie udana gra wydana przez LucasArts, „Star Wars: Knights of the Old Republic II”, ukazała się na rynku w 2005 r.

Wymazać kanon

W sensie intelektualnym „Gwiezdne wojny” z pewnością nie należą do pierwszej ligi fantastyki czy, precyzyjniej, kosmicznej fantasy. Mimo ich niedoskonałości rozszerzony wszechświat odegrał być może decydującą rolę w budowaniu ich fenomenu. Dla największej i najbardziej oddanej wspólnoty fanowskiej świata zbudowany na jego podstawie kanon stał się świętością, a każde wystąpienie przeciwko niemu – herezją. Tym boleśniejszy okazał się cios zadany fandomowi przez studio Disneya, które w dwa lata po wykupieniu marki „SW” od George’a Lucasa (za, bagatela, nieco ponad 4 mld dol.), ogłosiło skasowanie całego kanonu i zastąpienie go nowym, obejmującym sześć pełnometrażowych filmów, dwa seriale animowane („Wojny klonów” i „Rebelianci”) oraz publikacje ukazujące się od września 2014 r. Cały dotychczasowy rozszerzony wszechświat został oznaczony jako „Legends” – wszystkie ewentualne wznowienia nosić będą tę etykietę.

Dlaczego Disney zdecydował się na ten bezlitosny niczym strzał z Gwiazdy Śmierci atak na fanowską wspólnotę? Jak to zwykle bywa w przypadku imperiów – zdecydowała chłodna kalkulacja. Część najstarszej generacji, oglądającej „Nową nadzieję” w kinach w 1977 r., straciła sentyment do serii po premierze „Mrocznego widma” (1999 r.), reszta jest już zbyt dorosła, żeby się ekscytować losami bohaterów z Odległej Galaktyki. Dla nastolatków „Gwiezdne wojny” są po prostu kolejnym uniwersum, porównywalnym być może z tym rozwijanym z sukcesem przez Marvela, z pewnością nie jakimś wyjątkowym pokoleniowym fenomenem. Zatem ryzyko takiego posunięcia nie było wcale duże, a potencjalny zysk spory.

Unieważnienie starego kanonu nie tylko pozwoli na nowo rozpędzić machinę wydawniczą, ale również rozwiązuje ręce scenarzystom. Tym bardziej że otwarte zakończenie „Powrotu Jedi” pozwala poprowadzić historię w dowolny sposób.

Czy ten brutalny ruch może w jakiś sposób zaszkodzić odbiorowi przez publiczność trzeciej trylogii i planowanym spin-offom? Nie – ponieważ najważniejsze zasady, dzięki którym stara trylogia stała się obiektem kultu fanów z całego świata, zostały złamane przez samego Lucasa przy produkcji „Mrocznego widma” i dwóch kolejnych epizodów. Pierwszą z nich była wzięta z klasycznego westernu zasada „białych i czarnych kapeluszy” – całkowitego oddzielenia dobra od zła i określenia zrozumiałej na pierwszy rzut oka oraz nieprzekraczalnej granicy pomiędzy nimi. W „Nowej nadziei” i dwóch kontynuacjach strony konfliktu są określone aż nadto wyraźnie – Luke (uczeń, giermek), Obi-Wan (rycerz bez skazy), Yoda (mędrzec, czarodziej) reprezentują światło – jasną stronę Mocy. Vader (czarny rycerz) i Imperator (potężny, zły czarownik) są ich negatywnym odbiciem. Podobnie wygląda konflikt na płaszczyźnie politycznej – rebeliancki sojusz, złożony z bohaterskich bojowników o wolność, walczący z siłami złowrogiego Imperium – czegoś w rodzaju kosmicznej III Rzeszy. Ta wyraźna dychotomia została złamana w nowej trylogii. Tam Republika to przede wszystkim biurokracja, rycerze Jedi przypominają zakon templariuszy w ich schyłkowym okresie, walczący z Republiką separatyści (jak amerykańscy Konfederaci) mają swoje racje, a zarzewiem wielkiego kosmicznego konfliktu okazują się… nałożone przez senat podatki. Dobro jest tu ukazane nie jako absolutne, lecz uwikłane w kompromisy, a Moc kapituluje często przed polityczną koniecznością. Baśniowy, lecz zrozumiały obraz walki jasno określonych i oddzielonych od siebie wartości przegrywa w nowej trylogii z bizantyjskimi zawiłościami umierającego na oczach widza świata.

Pożegnanie z mitem

Druga różnica pomiędzy starą a nową trylogią jest jeszcze bardziej fundamentalna. Pośród różnych inspiracji, jakimi inteligentnie posłużył się George Lucas przy kreowaniu swojego wszechświata (filmowymi – „Ukrytą fortecą” Kurosawy, historycznymi – amerykańską wojną o niepodległość, drugą wojną światową, europejskimi zakonami rycerskimi itd.), najważniejszą reżyser odkrył w „Bohaterze o tysiącu twarzy”, dziele Josepha Campbella. Wybitny mitoznawca przedstawia w nim teorię „monomitu” – tożsamej dla każdej kultury opowieści o bohaterze wezwanym do odbycia podróży mającej zmienić jego samego i/lub uratować jego świat, w której często ważnym elementem jest walka z własnym ojcem.

Bohater otrzymuje wezwanie do wyprawy, początkowo sprzeciwia mu się, otrzymuje pomoc sił nadprzyrodzonych, przechodzi rozmaite próby (zarówno dzielności, jak i charakteru – zejście do podziemi, odrzucenie pokusy), jedna się z ojcem, dostępuje apoteozy, zdobywa nagrodę (skarb, moc, zrozumienie). Przedstawiona graficznie podróż bohatera ma kształt okręgu – zwykle kończy się tam, gdzie się zaczyna. W kulturze można znaleźć wiele przykładów mitu o podobnym wzorze – epos o Gilgameszu, mity o walce Zeusa z Kronosem, o Prometeuszu, Tezeuszu, Argonautach, historia Galahada odnajdującego Graala i wiele innych.

Ukryte pod różnymi maskami znaczenia są, jeśli zetrze się z nich naleciałość czasu i miejsca, zrozumiałe dla ludzi pod każdą szerokością geograficzną, ponieważ mity te opowiadają o wspólnym ludzkim doświadczeniu. Wedle tej interpretacji wezwanie do wyprawy, jego odrzucenie i przymus jej podjęcia oznacza zmaganie się z koniecznością wejścia w dorosłość, konflikt i pojednanie z ojcem, walkę o względy matki, później zaś o autonomię wobec rodziny, nagroda symbolizuje dojrzałość.

Ten właśnie klucz wspólnego doświadczenia, użyty przez Lucasa w nieco zwulgaryzowanej wersji w starej trylogii, w największym stopniu zdecydował o jej powodzeniu i powstaniu wykraczającego poza dość przeciętny film fenomenu „Gwiezdnych wojen”. Jednak, decydując się na nakręcenie trzech kolejnych epizodów, reżyser złamał porządek historii, nakładając na ten niemal idealny krąg jakąś inną, trudną do pojęcia figurę. Nakładając na pierwszą historię (Luke’a) drugą (Anakina), wzbogacił świat, ale zniszczył spójność opowieści.

Można zatem zaryzykować tezę, że „fenomen gwiezdnych wojen” jest już pojęciem z historii kinematografii i kultury popularnej. „Przebudzenie Mocy” odniesie z pewnością sukces komercyjny, być może bijąc rekordy filmowych otwarć „Avengersów” czy „Jurassic World”, a zrestartowany rozszerzony wszechświat przyniesie kolejne miliardy dolarów zysku. Tyle że współczesnego mitu, jak „Nowa nadzieja”, stworzyć raczej nie zdoła.

***

Trylogia trylogii, czyli kto jest kim i co jest o czym?

„Nowa nadzieja” – pierwszy film z cyklu „Gwiezdne wojny” wszedł na ekrany kin w 1977 r. Kolejne – „Imperium kontratakuje” i „Powrót Jedi” – pojawiały się w odstępach trzech lat. Głównym bohaterem tej tzw. starej trylogii jest Luke Skywalker, a cała opowieść traktuje o jego przemianie ze zwykłego wiejskiego chłopca w rycerza Jedi, pokonującego w finale złowrogie Imperium.

Kolejne filmy – „Mroczne widmo”, „Atak klonów” i „Zemsta Sithów” (lata 1999, 2002 i 2005) – opowiadają historię dziejącą się o pokolenie wcześniej. Najważniejszą postacią „nowej trylogii” jest Anakin Skywalker, ojciec Luke’a i potężny Jedi, który na skutek manipulacji Sithów przechodzi na Ciemną Stronę Mocy.

Najnowsze „Przebudzenie Mocy” jest pierwszym filmem kolejnej trylogii. Jego akcja ma toczyć się około 30 lat po ostatnim jak dotąd (według chronologii opowieści) „Powrocie Jedi”. W filmie zobaczymy więc Luka Skywalkera, Leię Organę i Hana Solo, choć historia ma się skupiać na nowych bohaterach. Przed premierą udało się utrzymać w tajemnicy polityczne realia „SW” – pozycję rebelianckiego sojuszu, pochodzenie Najwyższego Porządku (nowego Imperium) i wydarzenia w galaktyce po upadku Imperium.

Polityka 49.2015 (3038) z dnia 01.12.2015; Kultura; s. 82
Oryginalny tytuł tekstu: "Mielenie wszechświata"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy jelita mogą konkurować z mózgiem?

Czy jelita – tzw. drugi mózg człowieka – mają swój własny rozum.

Eliza Koźmińska-Sikora
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną