Współczesne media okiem filmowców i literatów

Cyfrowy pakt z diabłem
W centrum uwagi powieściopisarzy i scenarzystów są dziś pracownicy szeroko pojętych mediów oraz świat powszechnej inwigilacji, w którym ludzie wyzbywają się wolności na rzecz pozornego bezpieczeństwa.
„Spotlight” – Michael Keaton i Mark Ruffalo jako dziennikarska specgrupa śledząca pedofilską aferę w amerykańskim Kościele katolickim.
Kerry Hayes

„Spotlight” – Michael Keaton i Mark Ruffalo jako dziennikarska specgrupa śledząca pedofilską aferę w amerykańskim Kościele katolickim.

Zagrożenie terroryzmem w wielkich metropoliach nie jest wymysłem autorów takich seriali jak „Homeland”, lecz rzeczywistością Madrytu, Londynu, a ostatnio Paryża.
materiały prasowe

Zagrożenie terroryzmem w wielkich metropoliach nie jest wymysłem autorów takich seriali jak „Homeland”, lecz rzeczywistością Madrytu, Londynu, a ostatnio Paryża.

Robert Redford w 2015 r. kręcił z Cate Blanchett „Prawdę” o znanym dziennikarzu telewizji NBC Danie Ratherze i jego producentce, którzy zostali usunięci z pracy, bo w 2004 r. opisali wątpliwą karierę wojskową prezydenta George’a W. Busha.
materiały prasowe

Robert Redford w 2015 r. kręcił z Cate Blanchett „Prawdę” o znanym dziennikarzu telewizji NBC Danie Ratherze i jego producentce, którzy zostali usunięci z pracy, bo w 2004 r. opisali wątpliwą karierę wojskową prezydenta George’a W. Busha.

Jak bardzo spadają notowania zawodu dziennikarza, można dostrzec w dwóch filmach z Robertem Redfordem. W 1976 r. we „Wszystkich ludziach prezydenta” był dziennikarzem śledczym „Washington Post” i ujawniał aferę Watergate. W 2015 r. kręcił z Cate Blanchett „Prawdę” o znanym dziennikarzu telewizji NBC Danie Ratherze i jego producentce, którzy zostali usunięci z pracy, bo w 2004 r. opisali wątpliwą karierę wojskową prezydenta George’a W. Busha (rodzina naftowych magnatów zadbała, by nie pojechał do Wietnamu). Etos tradycyjnego dziennikarstwa przypomina teraz startujący w oscarowym wyścigu film „Spotlight”, który na początku lutego wejdzie na ekrany polskich kin.

Jak dalece media straciły na dobrej opinii, pokazuje z kolei 83-letni Umberto Eco w swej – jak zapowiada – ostatniej w życiu powieści, satyrze na samoupodlenie prasy. „Temat na pierwszą stronę” to przypowieść o berlusconizacji dziennikarstwa. Akcja jest ulokowana w 1992 r., kiedy internet był jeszcze w powijakach, a afery korupcyjne w chadecji i mafijne zamachy zmiotły filary powojennej republiki włoskiej – chadecję i lewicę – wynosząc do władzy „Il Cavaliere” – magnata prasowego Silvio Berlusconiego.

W powieści jest nim „Commendatore” Vimercate, finansista spod ciemnej gwiazdy, który z groźbami prasowych oszczerstw rusza na salony władzy. Uruchamia dziennik, który nigdy nie wejdzie na rynek – ważne są podsuwane komu trzeba próbne „numery zerowe”. Eco oparł to na autentycznym przypadku z lat 70., gdy Carmine Pecorelli wydawał codziennie biuletyny przeznaczone tylko dla polityków z ukrytą groźbą: Mogę ujawnić jeszcze więcej. Po porwaniu i zamordowaniu premiera Aldo Moro również Pecorelli został zastrzelony.

Również u Eco ginie dziennikarz śledczy – tyle że nie wiadomo, czy rzeczywiście wpadł na ślad gigantycznego spisku alianckich tajnych służb i włoskich faszystów przeciwko komunistom, czy wpakował się w kłopoty w związku z serią z życia prostytutek. Dziennikarze gazety, która nie ma się ukazać, są zawodowymi nieudacznikami i przechodzą krótki kurs cynizmu, manipulacji tekstem, faktami i czytelnikami. Nazywają się jak krój czcionek programu Word – Colonna, Palatino, Costanza, Romana, Fresia, a denat Braggadocio (Samochwała) jest fanatykiem teorii spiskowych.

Eco – specjalista od teorii spiskowych od „Imienia róży” po „Cmentarz w Pradze” – splata mafię, masońską lożę P2, Bank Watykański, zamordowanie premiera Aldo Moro, zamachy neofaszystów i Czerwonych Brygad w do głębi pesymistyczną wizję włoskiej rzeczywistości i populistycznej „demokracji medialnej”. Media już nie tyle informują, ile polaryzują, wmawiając opinii, że tylko „nasi” mówią prawdę, podczas gdy media reżimowe, głównego nurtu, opozycyjne (niepotrzebne skreślić) kłamią na zawołanie.

Akcja „Tematu na pierwszą stronę” – tłumaczy Eco – także dlatego jest ulokowana w przełomowym dla Włoch 1992 r., że wtedy nie było jeszcze internetu i telefonów komórkowych. A te dramatycznie rozszerzyły tabloidyzację mediów i dziennikarstwo śmieciowe, usuwając filtr między sensem i bezsensem. Wystarczy jeden facet – oburzał się Eco latem na uniwersytecie turyńskim – niemający pojęcia o polityce międzynarodowej czy podatkowej, by w sieci pociągnąć za sobą tysiące hejterów. Dawniej stałby przy kontuarze z kuflem piwa i plótł trzy po trzy do czterech osób, które by go wyśmiały.

Ta wypowiedź znanego pisarza wywołała burzę – jedni wylewali na niego kubły pomyj, inni go poparli. Sam pisarz nie dawał za wygraną: internet skłania do reakcji bezmyślnych, za to silnie emocjonalnych. Pisząc list, trzeba się było zastanowić. Jeszcze idąc do skrzynki, można było zawrócić. W internecie to jedno machinalne kliknięcie – like lub hate – to wszystko.

Dobrowolna kontrola

Pamflety na media budzą wśród ludzi mediów mieszane uczucia. Filmowany właśnie w USA bestseller Dave’a Eggersa „The Circle” – tytuł „Krąg” pewnie powinien pozostać amerykański, bo chodzi o koncern internetowy w rodzaju Google – zebrał zarówno oceny entuzjastyczne (Margaret Atwood w „New York Review of Books”), jak i szydercze. Ijoma Mangold w „Die Zeit”: „Spełnia klasyczne kryteria złych powieści: banalny język bez jakiejkolwiek estetycznej wartości dodanej, stereotypowe czarno-białe kontrasty Zła i Dobra, dydaktyczne dialogi i papierowe postaci powtarzające głupie, obiegowe opinie”. To prawda, jednak wkłada palec w otwartą ranę nowego wspaniałego świata mediów elektronicznych.

W „The Circle” czytelnik wchodzi w orwellowski świat internetowego totalitaryzmu, w którym poprzez sprzężenie technik Google, Twittera i Facebooka, każdy obywatel jest nie tylko całkowicie przezroczysty, wszystkie jego dane są ogólnie dostępne, ale też dobrowolnie poddaje się permanentnej kontroli przez ciągłe „lajkowanie”. A politycy całą swą działalność nastawiają na odbiór medialny. Noszą nawet na szyi minikamery, aby wyborca widział, czym się zajmują w czasie realnym.

Ten elektroniczny totalitaryzm jest odwrotnością „Roku 1984” Orwella. Nie ma tu Wielkiego Brata, nie ma wojny Oceanii z Eurazją, nikt nie ordynuje seansów nienawiści. Centrala koncernu jest urzekająco przyjazna ludziom: to szklana bańka w Kalifornii z minipolem golfowym, budynkami nazwanymi „Renesans” czy „Oświecenie”, co tydzień najbardziej znani artyści, zwłaszcza ci zbuntowani, dają koncerty, a pracownicy mają do wyboru atrakcyjne odczyty i koła zainteresowań. Tyle że lista rankingowa ich popularności i uznania w firmie nakręca wyścig szczurów. Nie trzeba żadnej klatki z głodnym szczurem jak u Orwella. 24-letnia Mae Holland, otrzymując dzięki koleżance ze studiów pracę w The Circle, sądzi, że chwyciła Pana Boga za nogi, szybko jednak się przekonuje, że trafiła do globalnej klatki, która według Margaret Atwood przypomina pałac andersenowskiej Królowej Śniegu. Włada nim Trzech Mędrców – wybitnych informatyków (jeden z nich jest pochodzenia rosyjskiego) nazywanych w firmie „bandą 40-latków”.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną