Kultura

Najpiękniejsze jest to, czego się nie zrobiło

Wajda: „Najpiękniejsze jest to, czego się nie zrobiło”

„Jeśli „dobra zmiana” ma polegać na tym, że wczoraj byliście wy, a dziś my – nie ma to sensu”. „Jeśli „dobra zmiana” ma polegać na tym, że wczoraj byliście wy, a dziś my – nie ma to sensu”. Łukasz Dejnarowicz / Forum
Rozmowa ze świętującym 90. urodziny Andrzejem Wajdą o „Powidokach”, stalinizmie, Polsce i „dobrej zmianie”.
„Sztuka jest patriotyczna nie wtedy, kiedy podejmuje patriotyczny temat, tylko kiedy widownia przyjmuje to jako rozmowę na temat patriotyzmu”.Przemysław Świderski/EAST NEWS „Sztuka jest patriotyczna nie wtedy, kiedy podejmuje patriotyczny temat, tylko kiedy widownia przyjmuje to jako rozmowę na temat patriotyzmu”.
materiały prasowe

Artykuł w wersji audio

Janusz Wróblewski: – 6 marca kończy pan 90 lat. Czuje się pan szczęśliwy, spełniony?
Andrzej Wajda: – Wie pan, że chyba mogę tak powiedzieć. Nigdy nie przypuszczałem, że przeżyję wojnę. Potem znalazłem dla siebie miejsce w Akademii Sztuk Pięknych, szkole filmowej, kinematografii. Trafiając w odpowiedni czas, mogłem nakręcić pewne filmy. Co prawda na „Człowieka z marmuru” czekałem 13 lat, lecz wciąż byłem młody. Nie sądziłem tylko, że dożyję dziewięćdziesiątki. Gdybym to wiedział, może bym się tak nie spieszył.

Bał się pan, że nie zdąży?
W Polsce życie biegło bardzo energicznie. Sytuacja nie była pewna. Każdego dnia zastanawiałem się, czy uda mi się skończyć film, czy zdołam wyjechać ze spektaklem za granicę. A teraz życie starego człowieka jeszcze przyspieszyło. Dzień staje się krótszy, lekko licząc, o połowę. Niby wygląda tak samo, a wszystko mija błyskawicznie. To, co zapisałem w kalendarzu, że powinienem zrobić jutro, robię pojutrze.

Jakie ma pan marzenia?
Z Jerzym Janickim nakręciłem kiedyś dokument „Marzenia są piękniejsze” o filmach niezrealizowanych. Wciąż uważam, że rzeczy, których się nie zrobiło, są najpiękniejsze. A nie zrealizowało się to, że mogłem zostać amerykańskim reżyserem. Gdyby „Popiół i diament” miał prawo wstępu na zagraniczne festiwale, gdyby władza zezwoliła mi z nim jeździć po świecie, pracowałbym w Hollywood.

Chciał pan?
Nie, i nie żałuję. Zawsze chciałem mieszkać i pracować tu. Z tej prostej przyczyny, że o innych krajach nie miałem nic do powiedzenia. A w polskich sprawach jako tako się orientowałem, bo czytałem POLITYKĘ (śmiech).

A jak się pan odnajduje w Polsce po „dobrej zmianie”?
Źle. Polska należy do Europy Zachodniej. Dopóki się z nią komunikujemy, dopóty możemy się czuć bezpiecznie. A teraz chcemy się od niej odgrodzić i zostać tylko we własnym gronie. Sami siebie oceniać, z góry patrzeć na innych.

Rozumiem, że zwycięstwo prawicy bardzo pana zaskoczyło.
Zdziwiła mnie nieudolność, całkowite lekceważenie rzeczywistości przez Platformę Obywatelską, z którą sympatyzuję. Być może na tym polega skaza ugrupowań inteligenckich.

Na oderwaniu od korzeni i bujaniu w obłokach?
Robiąc filmy, muszę wiedzieć, w jakim świecie żyją moi widzowie. Inaczej się z nimi nie porozumiem. Tym bardziej partia polityczna musi wiedzieć, co myślą jej wyborcy.

Przewaga PiS polega na tym, że ono wiedziało, a PO nie?
Jeśli ktoś obiecuje 500 zł na dziecko, a inny niczego nie daje, to czego można się spodziewać? Po 1989 r. wiele regionów, grup społecznych zostało wykluczonych. PiS to wykorzystało.

Co w tej sytuacji mogą artyści?
Nie może być tak, że sławi się zwycięstwa, gdyż w większości są one martwe. W moim przekonaniu najlepiej swój obowiązek wobec społeczeństwa spełniają ci, którzy przedstawiają niezabliźnione rany i błędy, jakie popełniamy po raz kolejny.

Pan te rany po 1989 r. otwierał?
Nie będę się wykręcał i nie powiem, że od zwycięstwa Solidarności zrobiłem wiele, żeby upomnieć się o ludzi, którzy najboleśniej odczuli skutki transformacji. Nie nakręciłem „Człowieka z marmuru” III RP. Zmyliło mnie, że Polska zaczęła się rozwijać gospodarczo i wróciła do Europy.

Nie potrzebujemy filmów o Dywizjonie 303 i Monte Cassino?
Dzisiaj mamy przed sobą sporo kłopotów do pokonania i dobrze by się było dowiedzieć, jak sytuacja naprawdę wygląda, co z tego wynika, jakie mogą być konsekwencje? Owszem, można się cieszyć, że wygraliśmy bitwę pod Grunwaldem, tylko po co? Co nam to da?

Zaspokojenie dumy, dowartościowanie, wzmocnienie poczucia jedności…
Żeby nabrać pewności siebie i rzucić się na Niemców? Albo będziemy się sprzeczać z Rosją? Takie patriotyczne kino nie zainteresuje nikogo oprócz starszego pokolenia, które to jeszcze przeżywa. Młodych to nie obchodzi. Oni nie wiedzą nawet, kim był marszałek Rydz-Śmigły.

Czy to, co się teraz dzieje w Polsce – wymiana kadr, powrót do śledztwa smoleńskiego, zmiany w mediach – stanowi zagrożenie demokracji?
Wydaje mi się, że tak. W normalnym kraju trzeba mieć dyplomy, udowodnić, że się posiada odpowiednie kwalifikacje, aby sprawować kierownicze funkcje. Tymczasem liczy się głos jednego człowieka, który wedle własnego uznania wskazuje np. kandydata na prezydenta kraju. To mnie niepokoi.

Nowa władza nie powinna obsadzać swoimi ludźmi kluczowych stanowisk?
Jeśli „dobra zmiana” ma polegać na tym, że wczoraj byliście wy, a dziś my – nie ma to sensu. Chodzi o to, żeby nastąpiła rzeczywista zmiana, która da Polsce szanse rozwoju ekonomicznego, twórczego, naukowego i zostanie to zauważone na świecie. A nie żeby realizować partyjny model, odwołując się do tych, co mają wpływy i władzę.

Najbardziej obawia się pan zamknięcia w polskim piekle?
Tak. Cóż z tego, że na „Krzyżaków” Aleksandra Forda poszło 30 mln, czyli cała Polska. Ten film nie zaistniał poza granicami. Był lokalnym wydarzeniem. Moim obowiązkiem jako reżysera filmowego jest mówić – nie rezygnując z polskiego języka – tak żeby zainteresować naszymi sprawami świat. To my mamy rozmawiać o naszych sprawach, a nie wynajmować jakiegoś fachowca z Hollywood. Rzecz w tym, żeby szła za tym jakaś poważniejsza treść i prawda, w wyrażeniu których nikt nas nie wyręczy, a nie filmowa klęska wiedeńska, chociaż była to wiedeńska wiktoria!

Sztuka ma być uniwersalna i narodowa, czy wystarczy, że będzie tylko narodowa?
Przed wojną, kiedy chodziłem do szkoły powszechnej, najważniejszy był naród. Dla generała Moczara też liczył się patriotyzm i naród. Powstawały utwory w tym duchu, ale nie przypominam sobie, żeby to były arcydzieła. Sztuka jest patriotyczna nie wtedy, kiedy podejmuje patriotyczny temat, tylko kiedy widownia przyjmuje to jako rozmowę na temat patriotyzmu.

Jak przy „Popiołach”?
Na zarzuty, że „Popioły” nie są patriotyczne, odpowiadałem, że zrobiłem je według Żeromskiego, a nie Sienkiewicza. Autor miał krytyczny stosunek, opisywał skomplikowane tło wydarzeń, w których Polacy brali udział z nadzieją na odzyskanie ojczyzny.

Ten krytycyzm zadecydował, że zawsze bliżej było panu do lewicowej opozycji?
Naturalnie. Bardzo ważny jest jeszcze jeden aspekt. Mojego pokolenia nie należy obwiniać za to, że po wojnie komuniści zniewolili kraj. Robiliśmy wszystko, co do nas należało. Jako piętnastolatek składałem przysięgę Armii Krajowej. Rzeczywistość polityczna nie wzięła naszych interesów pod uwagę. Nie mogliśmy liczyć na nikogo prócz siebie. Działania KOR, strajki robotnicze budziły się powoli. Umowa była taka, że każdy robi swoje. Przykładowo: ode mnie nikt nie oczekiwał, że się podpiszę pod listem protestacyjnym, gdy kręcę film, ponieważ natychmiast tę produkcję by zatrzymano.

Mając wsparcie ze strony Kościoła, nie zaciągał pan zobowiązania wobec biskupów?
Gdy Kościół pokazywał moje filmy, nie robił tego dla mnie, tylko dla wiernych. Udostępniał przestrzeń, którą mogliśmy wykorzystać do naszych działań, i w tym sensie odegrał wspaniałą rolę. Nie musiałem się za to odwdzięczać, bo to, że ja razem ze swoimi filmami wchodziłem do Kościoła, też miało jakąś wartość. Ale było, minęło. Dziś Kościół jest w innym miejscu, wspiera kogo innego.

Powiedział pan, że artysta ma zawsze stać po stronie społeczeństwa. Powstaje pytanie, po stronie jakiego społeczeństwa ma stać teraz?
Dawniej wiedzieliśmy, jakie jest społeczeństwo. Uważaliśmy, że stanowią je ludzie, którzy chcą zmian. Intelektualiści, robotnicy, ateiści, wierzący – wszyscy sprzeciwialiśmy się komunie. Nowa rzeczywistość polityczna nie utrzęsła się na tyle, by ją dobrze rozpoznać. Na razie zobaczyliśmy tylko, jak dalece konsekwentnie PiS realizuje swój program. Z drugiej strony – w dojrzałej demokracji przegrana partia pakuje się i odchodzi, zastanawiając się, jaki popełniła błąd. W PO nie widzę żadnej potrzeby autorefleksji. Jeśli nie potrafią się sami ocenić, to znaczy, że nas zawodzą. Czy zrobi to za nich spontanicznie powstający ruch oddolny? Wierzę, że tak.

Dlatego udzielił pan poparcia KOD?
Oczywiście. Widzę, że wśród protestujących budzi się świadomość, w jakim żyją kraju, z czym się nie zgadzają. Ich poglądy dojrzeją, wykrystalizują się, będą tworzyć ważny punkt odniesienia.

Zabolało pana, że politycy prawicy sprzeciwiali się przyznaniu panu tytułu honorowego obywatela Gdańska?
Nie. W PRL też takie manifestacje się odbywały. Dopóki moje filmy będą fragmentem rzeczywistości, to się nie zmieni. Gdy przestaną kogokolwiek obchodzić, protesty znikną.

Gdyby Lech Wałęsa nie odwołał debaty w IPN i gdyby nie było afery z szafą Kiszczaka, „Człowiek z nadziei” wymagałby poprawek?
Niczego bym nie zmieniał. Nie może być tak, że sfabrykowano dokumenty i tylko szuka się pretekstu, by człowieka skompromitować. Przecież ubecja żyła z tych raportów, więc produkowała ich tyle, żeby z tego wyżyć. Wałęsa popełnił szereg błędów jako prezydent. Natomiast w odzyskiwaniu naszej wolności odegrał taką rolę, jakiej nikt inny nie mógł za niego odegrać. Władza robotnicza nie mogła rozmawiać z prof. Geremkiem tak jak z nim. I nie wzięła pod uwagę, że w tych rozmowach robotnik Wałęsa będzie skuteczniejszy dla powstania Solidarności. Bo on poznał tę władzę na własnej skórze.

Cofnijmy się do lat 50. Wtedy dowiedział się pan o śmierci swojego ojca Jakuba. Gdyby poznał pan prawdę dużo wcześniej, dokonałby pan tych samych wyborów?
Przed rozstrzelaniem w piwnicach NKWD w Charkowie mój ojciec zaraz jesienią 1939 r. napisał list, który dostarczył nam żołnierz zwolniony ze Starobielska. Wynikało z niego, że znajduje się w radzieckiej niewoli. Nic więcej. Po ujawnieniu przez Niemców zbrodni katyńskiej w 1943 r. w gazecie „Dziennik Radomski” opublikowano listę zamordowanych, na której widniało nazwisko kapitana Karola Wajdy. Nie zgadzało się imię, więc matka aż do swojej śmierci w 1950 r. łudziła się, że udało mu się przeżyć.

Pyta pan, czy podejmowałbym inne wybory. Jak by się to miało wyrażać? Sprawa śmierci mojego ojca zapadła mi głęboko w serce. Wiedziałem, że rzeczywistość jest taka, jaka jest. Nie ja ją stworzyłem. Nie ja byłem przyczyną, że Polska wojnę przegrała. Miałem się zachowywać, jakbym o tym nie wiedział? Proszę tylko nie myśleć, że porzuciłem ojca, żeby zrobić „Popiół i diament”. To nieprawda. Zrobiłem film, który pokazywał rzeczywistość tamtego czasu.

W „Powidokach”, nad którymi pan aktualnie pracuje, powraca cień lat 50. Bohater filmu, twórca unizmu Władysław Strzemiński, to taka sama ofiara systemu jak Mateusz Birkut czy Maciek Chełmicki?
Być odsuniętym za to, że się inaczej maluje, a ponieść konsekwencje za poglądy polityczne – to duża różnica. Strzemiński nie był szaleńcem politycznym, wręcz odwrotnie. Fascynowała go rewolucja październikowa, ukształtował się w kręgu Malewicza, Chagalla, Kandinsky’ego w Petersburgu. Nie chciał się tylko pogodzić z tym, że w powojennej Polsce taka sztuka całkowicie przestała istnieć. Jego wykłady zebrane w książce „Teoria widzenia” też były sprzeczne z marksizmem, bo ukazywały inny aspekt rozwoju świadomości wzrokowej w malarstwie.

Myślałem, że prędzej zainteresuje pana biografia Andrzeja Wróblewskiego. Był pan pod jego wpływem.
Musiałby powstać dramat psychologiczny. Życie Wróblewskiego polegało na rozliczeniach z samym sobą. Jego problemem była choroba, która go niszczyła. Natomiast film o Strzemińskim mówi o walce samotnego artysty z systemem. On nie miał nikogo, kto by mu pomógł. Zamknięto mu salę wykładową, wyrzucono z ASP, odebrano możliwości zarobkowe. Umierał w biedzie, opuszczony przez wszystkich.

Zobaczył pan w nim trochę siebie?
Nie, ja nigdy nie mierzyłem tak wysoko i nie spotkały mnie tak potworne szykany. Zrobiłem „Powidoki”, żeby przypomnieć cenę trwania przy swoim w najmroczniejszym, najbardziej służalczym okresie stalinizmu. Później taka sytuacja już się nie powtórzyła. Jeśli chodzi o samo malarstwo, to oczywiście bliższy był mi realizm Wróblewskiego.

Pytania o tożsamość (Strzemiński podawał się za Polaka i Rosjanina), problem kalectwa, nieudanego związku z Kobro też pan podejmuje?
Małżeństwo Strzemińskiego z Kobro to temat dla Dostojewskiego. Nie da się go w prosty sposób opowiedzieć. Zdałem sobie z tego sprawę 20 lat temu, kiedy po raz pierwszy przymierzałem się do filmu o nich. W „Powidokach” związek z Kobro zostawiamy na boku. Śladowo powraca w wątku poświęconym ich córce.

Kiedy film będzie gotowy?
Żeby wykonać wszystkie retusze, potrzebujemy jeszcze trzech, czterech miesięcy. Prawdopodobnie zdążymy dopiero na festiwal w Gdyni.

Kilkanaście lat temu otrzymał pan honorowego Oscara za całokształt twórczości. Pierwszym Polakiem, któremu udało się zdobyć Oscara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny, został jednak Paweł Pawlikowski. „Ida” wypełniła w polskim kinie istotną lukę w rozliczeniach ze stalinizmem?
Czy można w „Idzie” dostrzec dopełnienie szkoły polskiej? Czy jest najbardziej przenikliwym filmem o tamtych latach? Nie chciałbym tego tak oceniać, bo co powiedzieć o twórczości Andrzeja Munka? Nie uważam też, że nie potrafiliśmy pewnych rzeczy przedstawić albo ukazywaliśmy te czasy z krzywdą dla Żydów. Trzeba pamiętać, że są to filmy zrealizowane w dwóch różnych systemach politycznych. Porównywać można, ale pod kątem tego, co pozwalano mówić wtedy i dziś. Pawlikowski przyjechał z Londynu i jako wolny człowiek nie musiał się liczyć z żadnymi ograniczeniami. A nasze działania były cenzurowane.

Skandal z nazywaniem „Idy” dziełem antysemickim i antypolskim nie jest odosobnionym przypadkiem. Panu również stawiano takie zarzuty nie raz.
„Korczak” z dobrze napisanym scenariuszem Agnieszki Holland, wspaniałą kreacją Wojciecha Pszoniaka wydawał się bardzo wyrazistym dramatem. Z powodu ostatniej sceny zarzucono nam kłamstwo. A ona tylko przenosi bohatera z rzeczywistości w świat literacki i mitu. Pamiętam, że podczas wojny krążyły opowieści o wędrówce Korczaka, że był widziany, jak wędruje z dziećmi gdzieś przez Polskę. Widocznie chciano, żeby uratował dzieci, którymi się do ostatniej chwili opiekował. No, ale odrzucono tę metaforę. Na festiwalu w Cannes przyjęto film owacjami na stojąco, w „Le Monde” ukazała się jednak druzgocząca recenzja. Nie zdawałem sobie sprawy, że padam ofiarą wewnętrznej rozgrywki. Potem się dowiedziałem, że próbowano w ten sposób wyciszyć fakt, że w miejscowości Carpentras nieznani sprawcy zniszczyli cmentarz żydowski.

Na „Ziemię obiecaną” też padały gromy.
Przed pierwszym publicznym pokazem w Stanach na konferencji prasowej zabrał głos dziennikarz z Izraela. On nie musiał oglądać filmu, by stwierdzić, że jest antysemicki. Wystarczyło, że „Ziemię obiecaną” zrobili Polacy. Film miał jednak amerykańskiego dystrybutora. Dwa czy trzy lata później pytam, dlaczego nie wpuszczono go jeszcze na ekrany. Jakie „antysemickie” sceny się nie podobają – to je wytnę. Strasznie mi zależało, żeby amerykańska publiczność się przekonała, że umiem nakręcić hollywoodzki film. Wie pan, krzywi się dystrybutor, taki jeden gość w papuciach chodzi tam po pałacu, nie wypada, żeby po Holocauście opowiadano w ten sposób o Żydach. Na nic się zdały moje wyjaśnienia, że to nie Żyd chodzi, tylko Niemiec. Zrozumiałem, że ugruntowanej opinii nic nie zmieni.

Za to u nas „Ziemia obiecana” wciąż robi furorę. Poza maestrią reżyserską i fenomenalną stroną wizualną, z czego wynika ta nieustanna popularność?
To zasługa Reymonta i aktorów. W powieści o Łodzi fabrycznej, w której Polacy nie mogą odegrać żadnej roli, bo wszystko jest w obcych rękach, nie ideologia okazuje się najważniejsza. Reymont miał fotograficzną pamięć. Historię przyjaźni Polaka, Niemca i Żyda, którzy łączą się w sprawach wspólnego interesu, oddał z drobiazgowym realizmem. Fantastyczne dialogi są napisane jakby z myślą o filmie. A fabuła, wsparta wybitnymi kreacjami Pszoniaka, Olbrychskiego i Seweryna, potwierdza tylko moją tezę, że trzeba szukać czegoś, co mówi do świata, a nie tylko do siebie i dla siebie.

Kiedy pan odczuł największą presję ze strony władzy?
Filmem, który posunął się najdalej w oskarżeniu systemu, był „Człowiek z marmuru”. Po dojściu do władzy Gierka scenariusz zdjął z półki Józef Tejchma – w latach 50. redaktor „Notatnika Agitatora” w Nowej Hucie. Nie mógł przypuszczać, że na ekranie będzie to wyglądało groźnie. Z filmu nie dało się wiele wyciąć, bo zrobiony był konsekwentnie. Wyrazistość, z jaką grali Janda i Radziwiłowicz, jeszcze bardziej posuwała ten film w stronę widza. Najtrudniej było „Człowieka z marmuru” wprowadzić na ekrany. Wyświetlano go jedynie w warszawskim kinie Wars, gdzie pewnego dnia doszło do interwencji milicji, ponieważ widzowie tłoczyli się po bilety. Potem zwiększono liczbę kopii, lecz żeby nie denerwować cenzorów, w repertuarze zamiast tytułu podawano „Wszystkie seanse zarezerwowane”. Czego się bano? Bardzo proste. Że robotnik upomni się o swoje od robotniczego rządu.

A czego pan się najbardziej bał?
Że mi zabronią robić filmy. Ubezpieczałem się w ten sposób, że równolegle przygotowywałem trzy, cztery projekty. Jeden czekał, drugi składałem, na trzeci miałem pomysł, a czwarty dojrzewał w głowie. Gdy dochodziłem do ściany, wiedząc, że nikt mnie nie obroni, próbowałem czegoś innego. Po co ekranizowałem „Brzezinę” dla telewizji? Uważałem reżyserię za swój zawód, chciałem to robić. Nie jestem fanatykiem filmów politycznych.

Nie martwił się pan, że władza może to wykorzystać przeciwko panu?
Nie, bo w moich niepolitycznych filmach nie było niczego, o co widownia mogłaby mieć do mnie pretensję.

Czy „Wszystko na sprzedaż” jest pana najbardziej osobistą wypowiedzią?
Tak. Scenariusz liczył zaledwie 30 stron. Resztę zawdzięczam aktorom. Wszystko, co mówi Elżbieta Czyżewska, to są jej dialogi. Tylko ona wiedziała, w jakie sytuacje wchodzi. Łapicki gra mnie, chociaż był pomysł, żebym to ja wystąpił. Przestraszyłem się obnażenia prywatności w scenach z kobietami.

„Katyń” oczywiście też bezpośrednio mnie dotyczy. Fantazjować, tworzyć pozory świadomości, poruszać widownię, dlatego że jest to historia mojego ojca, jednak nie chciałem. Zrobiłem film o historii kraju. O tym, co się tu wydarzyło.

Gdyby miał pan mniej lat, więcej energii i nieograniczone środki, jaką książkę chciałby pan sfilmować, żeby opowiedzieć o tym, co się teraz dzieje z Polską i Polakami?
Lektury, które tak dobrze harmonizowały z rzeczywistością PRL, zostały napisane w niewoli. Mówiły o trwaniu i wyczekiwaniu na zmianę. To nie są dobre tematy na dziś. Jesteśmy na swoim. 25 lat wolności wypełniliśmy według własnego rozumu. Sytuacja tak dalece się zmieniła w stosunku do tego, co przechodziłem w życiu, że trudno mi powiedzieć. Gdybym wiedział, już bym kręcił.

Pożegnał się pan z teatrem, co z rysowaniem?
Czasem jeszcze szkicuję. Staram się ogarnąć materiał. Szykuję katalog moich prac ze zbiorów ofiarowanych dla muzeum Manggha. Pozbywam się tego, co nagromadziłem w domu. Nie chciałbym jednak, żeby to było moje główne zajęcie. Rozglądam się. Wrócić do starych tematów, szukać nowych? Jeszcze się waham.

Czego panu życzyć?
Jedno jest tylko potrzebne naprawdę – zdrowie. Muszę sobie jakoś dawać radę, poruszać się, być fizycznie obecny, tak żeby narzucić swoją wolę ekipie i aktorom.

rozmawiał Janusz Wróblewski

Polityka 10.2016 (3049) z dnia 01.03.2016; Kultura; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Najpiękniejsze jest to, czego się nie zrobiło"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

UKRAINA: Wołodymyr i jego drużyna

Prezydent Wołodymyr Zełenski wystartował z najbardziej ambitnym programem reform w historii kraju. Krytycy twierdzą, że ta niecierpliwość zgubi albo jego, albo Ukrainę.

Oleksandra Iwaniuk
18.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną