Kultura

Grillowanie na chłodno

Roast: śmieszy czy oburza

Odcinek specjalny programu Kuby Wojewódzkiego Odcinek specjalny programu Kuby Wojewódzkiego TVN
Mocne i wulgarne żarty w specjalnym programie Kuby Wojewódzkiego komentowano jako upadek branży rozrywkowej. Ale jeśli się przyjrzeć tradycji roastu, to Ameryka upada tak już od ponad stu lat.
Roast Justina BieberaKevin Hart/PLANET PHOTOS/Forum Roast Justina Biebera

Spróbujmy wyobrazić sobie następującą sytuację. Scena, kamery, kolorowe światła. Publika o czerwonych twarzach, rozgrzanych od emocji. Na scenie skórzany tron, kanapy i mównica, a przy niej jakiś znany polski raper. Na tronie kandydat na prezydenta – tę rolę obsadźmy wedle własnych preferencji, pamiętając jedynie, że rzecz powinna się dziać przed oficjalnym rozpoczęciem kampanii wyborczej. Na kanapach znane postaci świata mediów, aktorzy, celebryci, sportowcy. Teraz możemy przejść do części zasadniczej, czyli grillowania, zwanego z angielska roastem.

Na czym to polega? Otóż nasz wyimaginowany bohater stojący przy mównicy zaczyna wulgarnie wyśmiewać pozostałych gości, by na końcu posłać soczystą wiązankę w stronę kandydata na prezydenta, w której nie szczędzi obraźliwych i zupełnie nieprzystojnych uwag pod adresem małżonki i nastoletnich córek, a publiczność zanosi się niemal histerycznym śmiechem. Dominujące tematy – rozwiązłość seksualna (skuteczna w grillowaniu kobiet), homoseksualizm (zdaje egzamin w wypadku mężczyzn), starość, choroby, Żydzi, niepełnosprawni, narkotyki, uchodźcy. Kończąc swój występ, raper nieoczekiwanie zmienia ton i składa serdeczne życzenia pomyślności i powodzenia w nadchodzących wyborach. Po czym jego miejsce przy mikrofonie zajmuje kolejny gość, i tak aż do ostatniego monologu, czyli utrzymanego w tym samym tonie przemówienia „solenizanta”.

Brzmi prawdopodobnie? Nie bardzo. Jednak gdybyśmy postanowili przenieść nasz program do USA, w roli bohaterów obsadzając tamtejsze gwiazdy, okaże się, że taka sytuacja jest nie tyle możliwa, co zdążyła się już wydarzyć. Mowa o zrealizowanym przez stację Comedy Central roaście (przyjęliśmy spolszczoną odmianę) Donalda Trumpa, już po ogłoszonej w 2011 r. decyzji o starcie kontrowersyjnego miliardera w następnych wyborach prezydenckich. Niewątpliwej przyjemności bezlitosnego wyśmiania ikonicznej fryzury, niemieckich korzeni i odziedziczonego majątku dostąpili m.in. raper Snoop Dogg czy legenda amerykańskiej telewizji Larry King. „Jaka jest różnica między mokrym szopem a fryzurą Donalda Trumpa? – pytał sam biznesmen. – Mokry szop nie ma w banku siedmiu cholernych miliardów dolarów”. Jak wskazują wyniki ostatnich prawyborów, publiczny lincz mu nie zaszkodził.

Historia amerykańskiego roastu sięga samych początków XX w., ściślej – założonego w 1904 r. w Nowym Jorku Friars Club, związanego z Broadwayem ekskluzywnego klubu dla utalentowanych dżentelmenów. Inicjatywa wyszła ze środowiska teatralnych agentów prasowych, które okazało się zaskakująco atrakcyjne dla zaprzyjaźnionych elit pobliskiego Broadwayu.

Klub Braci w krótkim czasie stał się jedną z najpopularniejszych i najbardziej kreatywnych zbiorowości w Nowym Jorku. To tam, na tak zwanych bachanalskich obiadach, krystalizowała się idea grillowania – czyli bezkompromisowego i niecenzuralnego oddania hołdu powszechnie szanowanym i docenianym kolegom. Pierwszym, który dostąpił tego zaszczytu, był w 1906 r. popularny dramaturg Clyde Fitch, autor pięciu sztuk wystawianych na Broadwayu w tym samym czasie. Członkowie Friars Club, mimo swojej bezkompromisowości, przestrzegali jednak kilku reguł. Najważniejsza z nich, a zarazem obowiązujące do dziś motto klubu, brzmi: „we only roast the ones we love” – grillujemy jedynie tych, których kochamy. Milton Berle, popularny w latach 50. aktor i prezenter telewizyjny, określił roast jako „szalony sposób na okazanie miłości”. Był to więc rodzaj specyficznego hołdu składanego przyjaciołom znajdującym się u szczytu kariery, dopiero przez widzów z zewnątrz traktowanych jako zbieranina gwiazd.

Dowcipni nowojorscy dżentelmeni nie bali się przekraczania granic etycznych i estetycznych, jednak w jednym nie pozwalali sobie na żarty: w klubie nie było miejsca dla kobiet. Nie oznacza to, że tej reguły nie można było obejść. Lauren Bacall, urażona brakiem zaproszenia na roast jej męża Humphreya Bogarta, nagrała kasetę odtworzoną podczas wydarzenia, na której w mocnych słowach komentowała decyzję członków klubu, tytułując ich „zdradzieckimi sukinsynami”. Satyryczka Phyllis Diller, dostając się w końcu na widownię w męskim przebraniu, mogła się czuć w 1983 r. duchową spadkobierczynią XIX-wiecznych emancypantek. Trzeba jednak przyznać, że chociaż pierwszą oficjalną członkinią klubu została w 1988 r. Liza Minnelli, to i wcześniej zdarzało się, że kobiety występowały gościnnie jako uczestniczki roastów. Traktowano je wtedy z należnymi honorami, czyli bez taryfy ulgowej.

Roasty w formie telewizyjnego show pojawiły się w amerykańskiej telewizji pod koniec lat 60. – początkowo w programach Kraft Music Hall i Dean Martin Celebrity Roast na antenie NBC. Wiele fragmentów nagrań z epoki jest dziś udostępnianych w sieci – jeśli ktoś zniechęcony obecnym poziomem humoru chciałby z nadzieją powrócić do klasyki gatunku, cóż, może się rozczarować, słuchając opowieści Fostera Brooksa o tym, jak będąc kapitanem drużyny futbolowej, „strzelił gola” siedzącej obok Lucille Ball, czy zwracania się do Muhammada Alego per „ten czarny klaun”. Zmieniła się liczba wulgaryzmów. Jak wspomina Larry King, „dzisiaj słowo fuck nie robi na nikim wrażenia. Ale kiedy w wieku 30 lat byłem na pierwszym roaście w Nowym Jorku i usłyszałem Maurice Chevaliera mówiącego »Fuck!«, myślałem, że umrę!”.

Najpopularniejszym dziś producentem telewizyjnych show z udziałem obrażających się wzajemnie gwiazd jest stacja Comedy Central, która od 1998 r. stara się wypuszczać przynajmniej jeden duży roast rocznie. Bohaterem ostatniego był Justin Bieber, który miał okazję się dowiedzieć, że posiada wszystko – oprócz szacunku, miłości, przyjaciół, dobrych rodziców i nagrody Grammy – a woskowy odlew jego podobizny w muzeum Madame Tussauds ma twarz między udami innego gwiazdora muzyki, Ushera. W wieku 21 lat dołączył tym samym do grona takich osobistości, jak Frank Sinatra, Truman Capote, Kirk Douglas, Ronald Reagan, ale i Pamela Anderson czy David Hasselhoff. Równolegle z Comedy Central tradycję roastów kontynuuje Friars Club, starając się podtrzymać własną legendę rozsądniejszym, nie tak komercyjnie zorientowanym wyborem gości.

Do Polski moda na roasty nadciąga więc z bez mała stuletnim poślizgiem. Chociaż „nadciąga” wydaje się określeniem nieadekwatnym – na razie raczej pełznie, kluczy między niezrozumieniem widzów a kulawym warsztatem wykonawców. Głównymi propagatorami bezkrwawej rzezi w wydaniu krajowym są komicy z grupy Stand-up Polska, którzy wprowadzili tradycję corocznych występów z okazji urodzin formacji, z takimi gwiazdami wieczoru jak Szymon Majewski czy Czesław Mozil. Jednak dopiero niedawny, szumnie zapowiadany roast Kuby Wojewódzkiego przedarł się do świadomości masowej widowni (ok. 2 mln widzów TVN), wywołując spodziewane kontrowersje.

Widowisko pod wieloma względami spełniało kryteria wyznaczane przez amerykańskie pierwowzory: były i żarty z domniemanego homoseksualizmu gospodarza, i z rozwiązłości seksualnej jedynej zaproszonej kobiety – Anny Dereszowskiej, śmiechy z pochodzenia Abelarda Gizy, wyrazy brzydkie i przynajmniej jeden dowcip przekraczający granicę dobrego smaku (z wylewu Michała Figurskiego). Krytyka benefisu Wojewódzkiego ze strony celebrytów i portali plotkarskich wynika głównie z całkowitego niezrozumienia przyjętej konwencji, o czym świadczy używanie epitetów „chamski”, „seksistowski” czy „wulgarny”, będących przecież definicją dobrego roastu! Dyskutować można nad jakością samych dowcipów, wśród których przeważały gagi uniwersalne w rodzaju „Kędzior zamawia tyle prostytutek (…), że jak przyjeżdżają, to muszą stać w kolejce”, niedostatkiem tradycyjnych, celnie spuentowanych anegdot czy doborem zaproszonych gości, wśród których właściwie jedyną prawdziwą gwiazdą był Dawid Podsiadło. Ten zresztą jako jedyny potrafił zaprezentować się jako osobowość, proponując występ niewulgarny, którego siłą była udana gra własnym wizerunkiem flegmatycznego wiecznego chłopca. Jak zauważył Giza – „umie rzeź”.

Sam Wojewódzki już zapowiedział kontynuację, która zapewne spotka się z jeszcze większym odzewem, a na obrzeżach zainteresowania medialnego zaczyna się wysyp pomniejszych wydarzeń utrzymanych w tej konwencji. Roastują się youtuberzy, satyrycy i niezależni muzycy, roastują dawno zapomniani celebryci i gwiazdki przeżywające pięć sekund sławy. Wszystko wskazuje na to, że podobnie jak stand-up, z którym zdążyła się już oswoić publiczność polskich kabaretów, tak i roast ma szansę przyjąć się na polskiej scenie rozrywkowej jako autonomiczny gatunek. Pytanie tylko, czy nie kosztem kompromisu i złagodzenia języka lub skręcenia w stronę najprostszych i najbardziej prymitywnych gagów, na które jedyną reakcją jest rechot lub zmiana kanału. W końcu – jak mawia sam „Roastmaster General” Jeff Ross, najpopularniejszy amerykański specjalista od roastu i autor książki o tajnikach udanych występów – nie sztuką jest być wulgarnym. Sztuką jest sprawić, by publiczność po zakończeniu widowiska żałowała, że to nie ona była na miejscu roastowanego.

Polityka 10.2016 (3049) z dnia 01.03.2016; Kultura; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Grillowanie na chłodno"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną