Dlaczego w Polsce brakuje dobrych kolekcji sztuki współczesnej

Nie mamy Momy
Zwlekając z dofinansowaniem publicznych kolekcji sztuki współczesnej, minister kultury dobija słabeusza, który dopiero niedawno jako tako stanął na nogi.
Wystawa „Kolekcja sztuki polskiej II połowy XX i XXI wieku” w nowo otwartej galerii sztuki współczesnej w słynnym Pawilonie Czterech Kopuł we Wrocławiu.
Maciej Kulczyński/PAP

Wystawa „Kolekcja sztuki polskiej II połowy XX i XXI wieku” w nowo otwartej galerii sztuki współczesnej w słynnym Pawilonie Czterech Kopuł we Wrocławiu.

Ekspozycja „Rzeźby, obrazy, filmy” autorstwa Juliana Opiego w Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK w Krakowie.
Jacek Bednarczyk/PAP

Ekspozycja „Rzeźby, obrazy, filmy” autorstwa Juliana Opiego w Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK w Krakowie.

Otwarcie Muzeum Sztuki ms2 w Łodzi.
Maksymilian Rigamonti/Reporter

Otwarcie Muzeum Sztuki ms2 w Łodzi.

Minister Gliński nie tylko ograniczył dotacje, ale też przeznaczył je na projekty wręcz kuriozalne, jak zakup biżuterii z bursztynu czy płaskorzeźb artysty znanego z tego, że stworzył kopię „Bitwy pod Grunwaldem”.
Westend61 GmbH/Alamy Stock Photo/BEW

Minister Gliński nie tylko ograniczył dotacje, ale też przeznaczył je na projekty wręcz kuriozalne, jak zakup biżuterii z bursztynu czy płaskorzeźb artysty znanego z tego, że stworzył kopię „Bitwy pod Grunwaldem”.

audio

AudioPolityka Piotr Sarzyński - Nie ma Momy

Może dzisiejsza polityka ministerialna to efekt uboczny programowego dystansowania się obecnej władzy wobec „komuchów”? Bo, trzeba przyznać, w PRL władza szczodrze łożyła na zakupy dzieł sztuki. Wprawdzie artystom płacono dość haniebnie i kupowano wiele artystycznych knotów, choć o słusznym zabarwieniu ideologicznym, do publicznych zbiorów trafiało także sporo dobrej sztuki, ważnych świadectw epoki.

Po 1989 r. nastąpiła totalna zapaść w publicznym finansowaniu kolekcji sztuki współczesnej i trzeba było czekać aż do 2004 r., kiedy to ówczesny minister kultury Waldemar Dąbrowski wymyślił program „Znaki czasu”, w ramach którego utworzono we wszystkich województwach Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Miały budować własne kolekcje, hojnie wspierane przez resort. Projekt udał się połowicznie. Powstało wprawdzie kilka ciekawych regionalnych zbiorów, ale kolejna zmiana władzy sprawiła, że dynamika „Znaków” słabła, aż zamarła niemal całkowicie.

Kolejną próbą systemowego uporządkowania zakupów było stworzenie w 2011 r. przez ministra Bogdana Zdrojewskiego programu resortowego „Narodowe Kolekcje Sztuki Współczesnej”, który objął cztery skoncentrowane na nowoczesności placówki: Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Współczesne we Wrocławiu, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie i MOCAK w Krakowie. W latach 2011–15 za jego pośrednictwem przekazano na muzealne zakupy ok. 30 mln zł, co podzielone przez pięć lat między czterech beneficjentów może nie oszałamia, ale pozwalało na w miarę sensowne wzbogacanie kolekcji. I to właśnie te pieniądze przystopował minister Gliński, nie proponując – przynajmniej na razie – nic w zamian. Przy okazji całkowicie skompromitował też drugi resortowy program, z którego finansowano pozostałe, regionalne kolekcje sztuki współczesnej w Polsce. Nie tylko radykalnie ograniczył i te dotacje, ale też przeznaczył je na projekty wręcz kuriozalne, jak zakup biżuterii z bursztynu czy płaskorzeźb artysty znanego z tego, że stworzył kopię „Bitwy pod Grunwaldem”. Powiało grozą.

Deficyty są widoczne

W nowej sytuacji większość placówek kolekcjonujących sztukę współczesną po prostu przyczaiła się, czekając, co będzie dalej. Nikt nie protestuje, by nie podpaść. Niektóre pozyskują dodatkowe fundusze od władz samorządowych, wszystkie weryfikują plany zakupowe lub wprost oświadczają: poszerzania kolekcji nie będzie. Na tle tego powszechnego paraliżu warto zwrócić uwagę na czerwcową akcję crowdfundingową, przeprowadzoną pod hasłem „Buduj z nami kolekcję Zachęty”. Stołeczna galeria zwróciła się z apelem otwartym o wpłaty, które pozwolą na zakup kolejnych dzieł. Odpowiedziało nań 4,5 tys. osób, które wpłaciły łącznie blisko 90 tys. Nie jest to wielka kwota, ale gest o symbolicznym znaczeniu, który władzę powinien zawstydzić.

Dostęp do reprezentacyjnych kolekcji sztuki współczesnej w Polsce i bez tego jest mocno ograniczony. Gdyby – załóżmy – odwiedzający nasz kraj po raz pierwszy znajomy z zagranicy poprosił nas o zarekomendowanie mu tych najlepszych, najbogatszych, najpełniej odzwierciedlających rodzimy dorobek artystyczny, mielibyśmy z tym spory kłopot. Gdzie się znajduje nasz odpowiednik londyńskiej Tate Modern, nowojorskiego MoMA czy paryskiego Centre Pompidou?

Na pewno nie możemy się pochwalić żadną ekspozycją, która odzwierciedlałaby to, co się dzieje w światowej sztuce współczesnej. Mamy oczywiście Muzeum Sztuki w Łodzi, przedmiot dumy, z rzeczywiście niezłą kolekcją przedwojennej awangardy. Ale już powojenne międzynarodowe publiczne zbiory są mikroskopijne. Ominęło nas wszystko. Najpierw za sprawą żelaznej kurtyny. Później zaś z powodu ubogich funduszy, zarówno publicznych, jak i prywatnych. Skoro muzeów nie było stać na zakup prac artystów polskich, to cóż dopiero mówić o zagranicznych. Nasz zagraniczny gość musi więc mieć świadomość, że nie może liczyć u nas na jakiekolwiek spotkanie z dziełami klasyków, np. Picassa, Pollocka, Warhola, Bacona, czy współczesnych gwiazd, takich jak Koons, Murakami, Hirst.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną