Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Między kotem a Bogiem

Do tej pory było nas troje: ja, konkubent i kot, przy czym kot w tym układzie odgrywał rolę kluczową.

Całą trójką byliśmy zgodni, że kot jest wyjątkowej urody i klasy. Pochylaliśmy się nad nim, kontemplując, jakie szlachetne i refleksyjne to zwierzę. W ciągu ostatniego roku kot okazał się stworzeniem tak wyrafinowanym i rozumnym, że niepostrzeżenie, bez specjalnych zakulisowych rozgrywek i intryg, zdobył w domu pozycję absolutną.

A nie zanosiło się na to. Wydawało nam się, że po prostu sprowadzamy do domu zwierzę, i niczego nie podejrzewając, nazwaliśmy owo zwierzę Kiti. Jacy naiwni byliśmy. Gdzieś w głębi serca czułam, że jest to imię nieadekwatne, trochę wulgarne i sztampowe. Podejrzewałam, że prędzej czy później kot objawi się przed nami swoim prawdziwym imieniem. Ale wołałam Kiti i Kiti, podświadomie umniejszając kota. Z perspektywy czasu wiem już, że kota nie da się umniejszyć nawet najbardziej niegodnym imieniem. Niepostrzeżenie, gdzieś z niebytu i z potrzeby, wyłoniło się nowe imię kota – Kristo Konstandin, w skrócie Kiczo Koczo.

Żyliśmy spokojnie, pełni wzajemnej sympatii i zrozumienia, o ile oczywiście nie próbowaliśmy irytować kota. Wtedy czekały nas srogie kary, z kocimi ucieczkami i spędzaniem nocy na tarasie włącznie. Ja wiedziałam, że Kiczo Koczo chce nas przetrzymać, że kot i nadzoruje, i karze, i że jego zniknięcie nie jest przypadkowe, lecz cynicznie zaplanowane. Natomiast mój konkubent od razu zakładał, że kot ma nas dość i opuścił nas na zawsze. Gdy przebudzony odnotowywał brak w łóżku kota, zrywał się i ruszał na obchód tarasu, domagając się zaangażowania z mojej strony. Zdarzało się, że wdrapywał się nawet na dach domu, gdzie – jak można się spodziewać – kota nie było najbardziej. Gdyż czekał on na nas tymczasem na wycieraczce, rozwalony jak pasza, i uśmiechał się złośliwie. Uszczęśliwieni jego widokiem, przepraszaliśmy go za wszystko, a on wybaczał nam wspaniałomyślnie – w końcu byliśmy tylko ludźmi – aż do następnego razu.

Polityka 30.2016 (3069) z dnia 19.07.2016; Kultura; s. 81
Reklama