Kawiarnia literacka

Radykalna potrzeba przynależności
Pierwszy raz zwróciłem na to uwagę cztery lata temu, kiedy przyjrzałem się bliżej umięśnionej łydce kibica Legii. Co robi na niej Mały Powstaniec?

Zaciekawiło mnie to, ale początkowo nie rozumiałem. Może dlatego, że kojarzyłem tego chłopaka z dzielnicy i wcześniej nie zauważyłem, żeby prowadził jakąś działalność powstańczo-niepodległościową. Tak się złożyło, że tego samego dnia zaczepił mnie autentyczny powstaniec warszawski, sympatyczny skulony starszy pan, którego też często widywałem na ulicy. Szedłem na spacer z wózkiem z bliźniakami. Zatrzymał mnie, żeby zajrzeć do środka.

– Gratuluję panu – powiedział prawdziwie wzruszony.

– Dziękuję.

– Dobra robota – uśmiechnął się, ale już smutniej – bo jest nas coraz mniej.

– Nas? – nie zrozumiałem.

– Prawdziwych Polaków.

Mniej więcej w tym czasie na murach obok graffiti i wulgarnych napisów zaczęły pojawiać się symbole Polski Walczącej. Zastanowiło mnie, kto i dlaczego je maluje, co dzisiaj znaczą i o co walczą? Niedługo potem na samochodach zobaczyłem pierwsze naklejki „44 Pamiętamy”. A po nich na ulicach T-shirty i bluzy z orłem białym i Polską Walczącą.

Jeszcze 10 lat temu prawie nikt by ich nie założył. Jak to się stało, że „patriotyczna odzież” wypiera dresy Nike’a? Biało-czerwone opaski zastępują trzy paski Adidasa. I że dzisiaj nawet samochody pamiętają o powstaniu warszawskim. A symbol Polski Walczącej stał się rodzajem patriotycznej metki. I nie chodzi tylko o kibiców i dresiarzy. Dwa lata temu podeszło do mnie trzech szczerbatych harcerzy. Mieli nie więcej niż 8 lat.

– Proszę pana – pokazali plastikową puszkę oklejoną czarno-białymi wojennymi zdjęciami – Zbieramy na ekshumację ciał żołnierzy wyklętych.

Jak powiedzieli, prócz kwestowania, po lekcjach z własnej woli tworzą grupy rekonstrukcyjne, czyli przebierają się w mundury powstańców i żołnierzy wyklętych. Pewnie czują się w nich jak superbohaterowie, a jeszcze kilka lat temu chętniej przebraliby się za Supermana, Batmana i Hulka. Ich starsi koledzy idą krok dalej, tatuując sobie patriotyczne symbole i bohaterów. Skąd to patriotyczne wzmożenie? Jak to się stało, że ci młodzi ludzie tak nagle pokochali ojczyznę?

Wcześniej chyba często mogli mieć poczucie, że przynależą co najwyżej do własnego podwórka, dzielnicy czy klubu sportowego, któremu kibicują. To widocznie nie wystarczyło. Tak samo jak niewystarczające okazały się markowe buty, stuningowane bmw czy nowy smartfon. Szkoła ani rodzina też nie potrafiły wypełnić silnej wewnętrznej potrzeby przynależności do większej wspólnoty ani zapewnić ideologii nadającej życiu sens i dumę z własnej tożsamości.

Te autentyczne potrzeby zostały więc zagospodarowane gdzie indziej i przez kogo innego.

Wydaje mi się, że coś podobnego zdarzyło się we Francji. Część potomków emigrantów z krajów Maghrebu, mimo że urodziła się i wychowała we Francji, od lat czuła się tam obco. Żyjący w podmiejskich gettach-blokowiskach, gdzie płoną samochody, a młodzi walczą z policją jak bohaterowie z filmu „Nienawiść” Mathieu Kassovitza. Z powodu ciemnej karnacji częściej zatrzymywani przez policję, przyzwyczajeni, że sprzedawcy w sklepach patrzą im na ręce, i pewni, że raczej nie znajdą dobrej pracy, a już na pewno nie w centrum Paryża.

Można ich było tam spotkać w weekendy. Ubrani w czapeczki z daszkiem, dresy Lacoste, buty Nike albo Adidasa. Głośni, pozornie pewni siebie, zaczepiali przechodniów.

– W ten sposób odreagowują swoje poczucie niższości – tłumaczył mi Rachid, z którym studiowałem. Na naszym roku na Sorbonie z czterystu studentów prawie połowa była pochodzenia arabskiego. Ale do pierwszych egzaminów na pierwszym roku podeszło tylko 50 z nich. Reszta sama się wykluczyła, bo nie przyszła. Mieli poczucie, że są gorsi i że nie mają szans zdać. Cztery lata później studia magisterskie skończył tylko jeden z nich, właśnie Rachid. Może wytrwał dlatego, że z powodu choroby nóg, które stawiał do wewnątrz, i tak miał w życiu pod górkę?

Dziś chłopcy z przedmieść są już inni i podobnie jak ci w Polsce (i mniej więcej w tym samym czasie) zostali zagospodarowani ideologicznie, znaleźli nowy rodzaj wspólnoty i też zmienili swoją garderobę. Z dnia na dzień schowali sportowe dresy do szaf. Odstawili używki. Niektórzy marzą, żeby pojechać na wojnę do Syrii. Zapuścili budzące strach brody à la bin Laden i zaczęli chodzić do meczetów. Czytają Koran (to jedna z częściej wypożyczanych książek we francuskich szkolnych bibliotekach). Dziewczyny zasłaniają się chustami.

Nową wspólnotę i dającą dumę tożsamość znaleźli w fałszywie rozumianej religii i tradycji przodków, z którą często dotąd mieli niewiele wspólnego i o której najczęściej nie mają pojęcia. I jak przystało na neofitów poszli od razu w radykalizm. Brzmi znajomo?

PS Swoją drogą, dres Lacoste ma jeszcze szansę dogadać się z dresem Adidasa. Ale tatuaż Małego Powstańca nie dogada się już raczej z brodą bin Ladena.

***

Mikołaj Łoziński – pisarz i fotografik. Socjolog z wykształcenia. Był tłumaczem telewizji francusko-niemieckiej, zarabiał jako malarz pokojowy i asystent niewidomej psychoterapeutki. Debiutował powieścią „Reisefieber” (Znak), za którą otrzymał w 2007 r. Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Laureat Paszportu POLITYKI w 2011 r. za powieść „Książka”. Ojciec bliźniaków. Mieszka w Warszawie.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną