Kultura

Złe, gorsze, kultowe

Filmy klasy B mają swoich fanów

Kadr z imprezowego przeboju „Rekinado” Kadr z imprezowego przeboju „Rekinado” materiały prasowe
Kiedyś złe filmy przypadkiem zyskiwały kultową sławę. Teraz historie o ośmiorekinach albo nazistach z Księżyca to już oddzielna gałąź kinowego przemysłu.
„Kung Fury”materiały prasowe „Kung Fury”
Polska „Klątwa doliny węży”EAST NEWS Polska „Klątwa doliny węży”
„Zły smak”, reżyserski debiut Petera Jacksona opowiadający o kosmitachAnchor Bay/Everett Collection/EAST NEWS „Zły smak”, reżyserski debiut Petera Jacksona opowiadający o kosmitach

Łatwo się domyślić, że na wieczorach połączonych szyldem „Najlepsze z najgorszych” nie spotykają się w lubelskim Centrum Kultury koneserzy francuskiej Nowej Fali, ale raczej ci, co chcą zobaczyć, jak meksykański zapaśnik powstrzymuje inwazję Marsjan. – Filmy klasy B są źródłem znakomitej rozrywki, ale stanowią też pełnoprawną część kinematografii i popkultury, tego faktu nie można ignorować. Wielu obecnie uznanych reżyserów, o światowej sławie, zaczynało od kina klasy B, które sami tworzyli lub się nim inspirowali – tłumaczy Monika Stolat, odpowiedzialna za prezentowanie lublinianom filmów tak złych, że aż dobrych. – Perfekcyjnie złe filmy mają swoją jakość i specyficzny urok. O dziwo, im gorzej film jest zrobiony, tym większą ma wartość. Dotychczas największym zainteresowaniem cieszyła się letnia projekcja filmu „Tureckie gwiezdne wojny”. Niemały wirydarz Centrum Kultury wypchany był po brzegi, a gdy zabrakło miejsc siedzących, spora liczba widzów oglądała cały film na stojąco, nie mogąc oderwać oczu od ekranu.

Wiele się zmieniło od 2002 r., gdy wiadomość o organizacji jednego z pierwszych w Polsce przeglądów najgorszych filmów Jądro Ciemności Andrzej Wajda skomentował słowami: „Źle się, dzieci, bawicie”.

Tak zły, że aż dobry

Czym jest zły film, wie każdy, kto choć raz wyszedł z kina w trakcie seansu albo zasnął z nudów przed telewizorem. Ale film tak zły, że aż dobry, to zupełnie inna historia, wdzięczny obiekt badań naukowych i uwielbienia fanów.

Filmy stają się kultowymi klasykami na różne sposoby i nie muszą być złe, choć często takie są. Zawsze jednak decyduje publiczność. Kultowy klasyk to film, który nie osiągnął masowego sukcesu, ale ma oddanych fanów, którzy nie pozwalają mu umrzeć – mówi Hal C F Astell, krytyk filmowy, założyciel bloga Apocalypse Later i autor książki „Huh?: An A–Z of Why Classic American Bad Movies Were Made (Cinematic Hell)” – w wolnym tłumaczeniu: „Co?: Dlaczego powstały klasyczne amerykańskie filmy od A do Z (kinowe piekło)”. Jego ulubionym filmem jest „Zły smak”, reżyserski debiut Petera Jacksona, kręcony przez trzy lata w weekendy, z grupką przyjaciół, z których żaden nie był zawodowcem. Tego samego Jacksona, którego świat wielbi dzisiaj za „Władcę Pierścieni”. A zaczynał od opowieści o kosmitach, którzy przerabiali mieszkańców nowozelandzkiego miasteczka na burgery… – Wielu nazwałoby ten film złym ze względu na niski budżet i kiepską grę aktorów, ale jest zabawny, niegłupi i przegięty. Jackson i jego ekipa uczyli się tego, jak działa film, podczas kręcenia i ich entuzjazm jest zaraźliwy.

A jednak entuzjazm to uczucie rzadko towarzyszące seansom kina klasy B. Bardziej powszechna jest mieszanka zażenowania z rozbawieniem czy wręcz swoista Schadenfreude. – Jesteśmy przyzwyczajeni do oglądania filmów nienagannie wyprodukowanych, które wcale nie są takie dobre. Już lepiej bawimy się więc na filmie całkowicie nieudanym, z dziurami w scenariuszu, okropnymi dialogami, drewnianym aktorstwem i żałosną scenografią. I najczęściej nie oznacza to wcale szyderstwa z twórców filmu. Publiczności naprawdę podoba się ich dzieło, choć niekoniecznie w sposób, który autorzy sobie założyli – mówi Ed Scimia, autor książki „So Bad, It’s Good: More Than 50 Great Films for Your Bad Movie Night” („Tak złe, że aż dobre. Ponad 50 wspaniałych filmów na twoją noc ze złym kinem”). Znalazło się w niej oczywiście miejsce dla klasyków – choćby „Planu dziewięć z kosmosu” legendarnego Eda Wooda z 1959 r. Ale najgorszy film w opinii Scimii to „After Last Season”, niskobudżetowa SF z 2009 r. – Scenariusz, reżyseria, aktorstwo, produkcja – to wszystko jest tak dziwaczne, że trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć, choć pewnie nie będzie łatwo zdobyć kopię tego filmu. Najlepszym złym filmem, jaki widziałem, pozostaje jednak „Pokój”, który jest cudownym przykładem na to, jak nie robić filmu, ale dostarczającym przy tym sporo ubawu.

Nakręcony w 2003 r. „Pokój” jest już dziełem kultowym, choć mogłoby się wydawać, że ta prosta historia nie ma szans w zestawieniu z hektolitrami sztucznej krwi z horrorów i śmiertelnym zagrożeniem, które czyha na nas w kosmosie. Ot, zakochany bankowiec, człek dobry, choć naiwny, tuż przed planowanym ślubem dowiaduje się, że narzeczona zdradza go z jego najlepszym przyjacielem. Historia opowiedziana przez Tommy’ego Wiseau, który napisał scenariusz, rzecz wyreżyserował i jeszcze obsadził się w głównej roli, jest jednak nieistotna. Punkty przysługują wyłącznie za styl. Oraz intencje.

Filmy tak złe, że aż dobre, muszą być szczere. Ich twórcy muszą wierzyć, że robią coś ważnego i dobrej jakości, nawet jeśli rezultatem jest kompletny gniot – tłumaczy Hal C F Astell. – Podobnie jak Peter Jackson, Tommy Wiseau nie miał pojęcia, jak się robi filmy, ale o ile Jackson nauczył się, jak dobrze wykorzystać swój skromny budżet, o tyle Wiseau udało się popełnić chyba wszystkie błędy, które były możliwe.

„Pokój” jest zdaniem Astella jak podręcznik „Czego nie robić w filmie”. Ale właśnie z tego względu ów film jest niezamierzenie zabawny i zyskał status kultowego, na światową skalę. – Haczyk tkwi w tym, że Wiseau zrozumiał, dlaczego ludzie oglądają jego film, i nie potrafi się już zdobyć na podobną szczerość. Filmy, które od tamtej pory nakręcił, są słabe, bo ich reżyser śmieje się z tego samego dowcipu co my.

Za najgorszy polski film uchodzi od lat „Klątwa doliny węży” w reżyserii Marka Piestraka. Miało być efektowne kino przygodowe, bez kompleksów rzucające wyzwanie ówczesnym hitom z Hollywood, a wyszła karykatura, strasząca prowizorką i tandetą. Ot, taki późny – premiera miała miejsce w 1987 r. – przykład na to, czym różni się gospodarka od gospodarki socjalistycznej. Zresztą właśnie na warunki ekonomiczne i nieudolność współpracowników zwalał winę za artystyczne niepowodzenie filmu jego autor: „Robiliśmy to z Rosjanami, w czasach schyłku ZSRR. Wszystko się sypało. Zrobili nam dekorację groty z grobowcami kosmitów, które nas nie zadowalały, woda niby się tam lała, ale nie tak, jak trzeba. W grocie miał być potwór – ruchliwy i oślizgły. Okazał się sztywną makietą, która się w ogóle nie ruszała” – tłumaczył po latach Piestrak w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”. „Teoretycznie jest pan w Wietnamie, teoretycznie ma pan helikopter, teoretycznie ma pan dżunglę. A praktycznie nie ma pan nawet dżungli, tylko jakieś chaszcze. Żeby udawać dżunglę, trzeba było przed kamerę Ryszarda Lenczewskiego wetknąć kawałek liścia, żeby wyglądało, że jest tu gęsto od roślinności”.

Trudno z tym polemizować, ale z drugiej strony umiejętność mierzenia sił na zamiary to dla filmowca rzecz równie ważna jak wiedza, gdzie postawić kamerę. Zresztą zasługi Piestraka dla polskiego kina klasy B na wyzwaniu rzuconym Indiana Jonesowi się nie kończą – dwie części „Wilczycy” to przecież brawurowa próba połączenia „Drakuli” z „Trędowatą”.

Swoją drogą warto sobie uświadomić, że nasze dzisiejsze gusta kształtowały się jeszcze w PRL i wielką rolę odgrywał tu przypadek. Wygłodniali dalekiego, kolorowego świata rzucaliśmy się na wszystko, co było. A bywało różnie. – W krajach byłego bloku wschodniego niektóre zachodnie filmy kochamy dlatego, że w jakiś sposób, najczęściej nielegalnie, docierały do nas na kasetach VHS w latach 80. Tomasz Knapik opowiadał mi, że często przemycały je stewardesy. Kupowały film za kilka dolarów w Bangkoku, sprzedawały za 10 razy tyle w Polsce – mówi dziennikarz Bartek Przybyszewski, na Facebooku prowadzący popularny fanpage „Bardzo złe filmy”. Realny wpływ na to, jakie filmy oglądali Polacy, mieli nie popularni recenzenci magazynów filmowych, ale anonimowi działacze podziemia wideo. – Poznałem kiedyś faceta, który jeszcze przed transformacją handlował w Radomiu kasetami. Opowiadał, że ludzie brali wszystko, co się tylko dało, z Chuckiem Norrisem, Arnoldem Schwarzeneggerem czy Sylvestrem Stallone, a także erotyczne komedie z cyklu „Lody na patyku”. Z perspektywy czasu możemy stwierdzić, że nie było to kino najwyższych lotów, ale ówcześni widzowie doceniali fakt, że w ogóle... było.

Dziś internet nie tylko nie pozwala zapomnieć o najbardziej osobliwych wytworach ludzkiej wyobraźni, ale w dodatku gromadzi wokół nich nową publiczność. – Kino klasy B najlepiej oglądać w większym gronie, które wzajemnie zaraża się entuzjazmem. Po większości projekcji rozlegają się brawa, czasem widzowie dzielą się swoimi pozytywnymi wrażeniami – opowiada Monika Stolat z Centrum Kultury w Lublinie. Ale możliwość obejrzenia kultowych klasyków na dużym ekranie to niezmiennie rzadkość, więc wymianę zdań po seansie zastąpiły niekończące się dyskusje w internecie. A te z kolei przekładają się na prawdziwe spotkania zwolenników danego gatunku filmowego, reżysera czy wręcz konkretnego filmu.

Fani coraz częściej przejmują inicjatywę i jeśli bardzo chcą coś obejrzeć, to sobie to nakręcą albo przynajmniej sfinansują. Ile może być warta historia detektywa z Miami, który po uderzeniu błyskawicy i ukąszeniu kobry zyskał moce wystarczająco duże, by stawić czoła podróżującemu w czasie mistrzowi wszystkich sztuk walk Adolfowi Hitlerowi? Szwed David Sandberg, scenarzysta, reżyser i zarazem odtwórca tytułowej roli w filmie „Kung Fury”, zebrał w serwisie Kickstarter ponad 630 tys. dol. O wsparcie fanów kontrowersyjnych pomysłów skutecznie zabiegali też – i wciąż to robią, z myślą o kolejnych częściach – twórcy „Iron Sky”, czyli fińsko-niemiecko-australijskiej opowieści o nazistach, którzy po drugiej wojnie światowej ukryli się na ciemnej stronie Księżyca, by przygotować inwazję na swą macierzystą planetę. Duzi gracze to widzą i też chcą skorzystać. 20th Century Fox i Disney nie bez powodu wypuszczają do kin po kilka ekranizacji kultowych komiksów Marvela rocznie, a Warner Bros próbuje dotrzymać tempa z adaptacjami zeszytów DC Comics. Komiksy mają oddanych wyznawców, a prawdziwi fani wszystko kupią. Zarówno ci, którzy traktują superbohaterów śmiertelnie poważnie, jak i ci, co podchodzą do sprawy z postmodernistyczną ironią – dla nich ruszyła seria „Strażników Galaktyki”.

Dawniej nikt nie próbował kręcić filmów kultowych. Wszyscy próbowali robić filmy, które odniosą sukces, finansowy bądź artystyczny – mówi Hal C F Astell. Wspomniana na wstępie kategoria szczerości najwyraźniej przestała obowiązywać. Zdaniem wielu krytyków ze szkodą dla filmów.

Mockbustery na fali

Dzisiaj wielu filmowców planuje nakręcenie filmu kultowego, bo to już właściwie osobny gatunek. Większość z nich – jak twierdzi Astell – spotyka jednak niepowodzenie: jeśli nawet odnoszą sukces, to zwykle z innych powodów, niż się spodziewali. – Współczesne hołdy dla tego kina, takie jak „Kung Fury” czy „Turbo Kid”, nie mają już tego ciężaru gatunkowego, bo są kopiami, wersjami karaoke oryginałów. Oczekiwania przerosło tylko „Rekinado”, które stało się mainstreamowym przebojem w pełnym tego słowa znaczeniu i puszczają je sobie na imprezach ludzie, którzy nawet nie wiedzą, co to znaczy, że film jest tak zły, że aż dobry.

Wspomniane przez Astella „Rekinado” rzeczywiście jest fenomenem. Wizja burzy tak potężnej, że wyrywa krwiożercze rekiny z oceanu i zrzuca je na miasto, wydaje się zabawna, głupia i… jednorazowa – tymczasem mamy już do czynienia z czwartą częścią coraz bardziej popularnej sagi, o jej licznych mutacjach nie wspominając. Publiczność znajdują też, o dziwo, tzw. mockbustery, czyli kiepskie i tanie wariacje na temat hollywoodzkich hitów. Specjalizuje się w nich firma producencka The Asylum, mająca w dorobku m.in. „Transmorphers”, „Piratów z wyspy skarbów”, a nawet „Titanic II”.

Ludzie czasem robią złe filmy, żeby wyciągnąć trochę pieniędzy z widowni filmów kultowych. To najczęściej kończy się porażką, bo brakuje autentyczności prawdziwych klasyków. Można kręcić filmy celowo kiczowate, które będą udane, ale filmy celowo złe nie działają, publiczność od razu się na nich poznaje – uważa Scimia.

A jednak się kręci. Wiele z filmów grających z konwencją kina kultowego powstaje na zamówienie kanału telewizyjnego SyFy (w polskich kablówkach znaleźć go można pod nazwą SciFi), będącego częścią koncernu NBCUniversal: nie ma więc tu mowy o amatorszczyźnie, braku sił i środków. Ośmiorekiny, ludzie-komary, wilkowieloryby i krwiożercze węże o gabarytach podmiejskiego pociągu to po prostu dobrze sformatowana odpowiedź na bardzo konkretne zapotrzebowanie. A z gustami telewidzów się nie dyskutuje – im się schlebia. Co gorsza, duże studia idą tą samą drogą, nie tyle kształtując oczekiwania, ile wychodząc im naprzeciw. Często na skróty.

Większość współczesnych hollywoodzkich hitów to przecież nic innego jak filmy klasy B z oszałamiającymi budżetami – zauważa reżyser Jim Wynorski, jeden z ważniejszych twórców kultowych, tanich klasyków, który w ciągu ostatnich trzech dekad nakręcił ponad 75 filmów, w tym takie dzieła jak „Zjadacz kości”, „Masakra cheerleaderek” i „Powrót potwora z bagien”. – Dobry film klasy B tworzy się dzięki wyobraźni i talentowi do zabawiania ludzi. Tego nie da się kupić za największe pieniądze.

Polityka 32.2016 (3071) z dnia 02.08.2016; Kultura; s. 74
Oryginalny tytuł tekstu: "Złe, gorsze, kultowe"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną