Kawiarnia literacka

Upał, Haupt, porwanie
Jest za gorąco na sens – powiedział mężczyzna przy stoliku obok.

Oczywiście, sztubackie ucho usłyszało, co chciało, ale facet powtórzył, wypuszczając powietrze: – Jest za gorąco na sens. Spojrzałem, koszulę miał błękitną, a granatową tam, gdzie spocił się bardziej. Mówił raczej do siebie, chyba że na niewidocznym z miejsca, gdzie siedziałem, uchu miał słuchawkę komórki. Siedział w każdym razie sam, jadł czy raczej patrzył w chłodnik koloru utlenionej krwi. Od miesięcy mógłbym tę linijkę powtarzać codziennie, oglądając telewizyjne wiadomości, przeglądając internet, słuchając różnych mi nienawistnych, a co gorsza – słuchając przyjaciół. Mógłbym powtarzać: Jest za gorąco na sens. W takie upalne dni jak dziś i w te, kiedy mróz przytyka oddech. Przyglądam się więc temu mężczyźnie z wdzięcznością. Znosi skwar gorzej ode mnie, bo jest z ogromnej bryły. Siedzi daleko od stolika, by zmieścił mu się brzuch, palce dłoni ma tak grube, że jego obrączka musiała kosztować trzykrotność mojej, nawet jeśli jest z tego samego metalu.

I nagle ta przemożna chęć, by być tym człowiekiem, czuć jego ciężar – zupełnie inny niż mój, ciężar otyłej, rozlewistej niemal, ręki, patrzeć jego oczami o innych dioptriach i subtelnościach widzianych kolorów, czuć jego strach, podobny, a jednak o ułamek westchnięcia inny. A potem to już leci: być fioletowym kwiatem w wazonie na jego stoliku, martwym już przecież, bo ściętym, ale ciągle kwitnącym, chłepczącym wodę. Jak to jest brać światło słońca w siebie, jak to jest trawić światło? Zrozumieć nieruchomość, trwanie bez wpływu: jestem krzesłem, ktoś przypadkiem odłupuje mi drzazgę, co to jest, jeśli nie znam bólu?

Piszę to zamarynowany w upale, pocie, zapachu kuchni, słowem – gotowy, by wyjść na patelnię warszawskich ulic i tam już doskwierczeć. Być może państwo czytają to w zgoła innych warunkach pogodowych, ale jest na to lekarstwo. Zalecam monumentalne (siedemset stron!) wznowienie „Baskijskiego diabła” Zygmunta Haupta. Wydanie poprawione, uzupełnione i opracowane przez Aleksandra Madydę. Kiedy Haupt pisze o lecie, lato nie nadchodzi, jest nagle od dawna, jest bardziej niż naprawdę, opędzam się bezwiednie od meszek i os, choć są z przecinków i znaków diakrytycznych. Tak samo jest z wiosną, zimą i jesienią. Nieznane mi łąki, parowy, lasy stają się niezauważalnie moimi i co ciekawsze, ja też trochę staję się ich. Działa ta niby prosta, odwieczna literacka sztuczka, która udaje się tylko największym. Chciałoby się napisać: „zapomina się o bożym świecie”, a tu na odwrót, zaczyna się pamiętać nie swoje wspomnienia, świat, który nawet jeśli nie zniknął, to skarłowaciał i „boży” jest coraz mniej. I w dodatku nie chodzi tu o żadną religię.

Zawsze byłem zdania, że literatura piękna przede wszystkim powinna być piękna. I ta jest. Słyszę niemal to prychnięcie: opisy przyrody?! Tak, również opisy przyrody, trzymające w napięciu lepiej niż większość promowanych dziś kryminałów, opisy, które „się dzieją”, porywają gdzieś na południowy wschód, parędziesiąt lat wstecz i trzymają za gardło. To oczywiście nie wszystko, bo gdy Haupt pokazuje człowieka, to czuć jego zapach, czuć mrowienie na karku, jakby ten mężczyzna, ta kobieta, to dziecko wpatrywali się w to miejsce dziwacznym zawijasem wzroku. Gęstość tego języka jest onieśmielająca. Andrzej Stasiuk w przedmowie pisze, że być może tylko Schulz mógłby być punktem odniesienia dla tego pisarstwa. I o ile trudno znaleźć „podobieństwo” we frazowaniu, melodii, metaforach, to tak samo jak u genialnego drohobyczanina, u Haupta nigdy nie wiadomo, jakie słowo pojawi się następne. To nie jest literatura utartych ścieżek, zwrotów przyspieszających lekturę, znajomych zbitek skojarzeń. To literatura niepodobna do niczego, prócz siebie. Muszę się przyznać do brzydkiego uczucia, najzwyczajniej zazdroszczę tym, którzy tego pisania nie znają i wpadną w sam środek tej gęstości po raz pierwszy. Zazdroszczę tego, że nie ma się czego złapać, jak zdystansować, szukam słowa na określenie tego stanu i najbliższe wydaje mi się: porwanie.

Zygmunt Haupt to pisarz, niestety, mocno zapomniany, a może i nigdy nie dość odkryty, gdzieś na obrzeżach głównego nurtu czytelniczego w Polsce. Z racji swej biografii, historii naszego kraju, a pewnie i „ciężaru” tej literatury niewystępujący w popularnych zestawieniach XX-wiecznych geniuszy. I to wydaje mi się okropne. Zamiast zabrać na wakacje kolejną książkę, o której zapomni się już w drodze powrotnej, warto wziąć ze sobą tę „cegłę” i dać się jej uwieść. Czyta się to powoli, przerywając, by obrazy, zdarzenia, przedmioty i słowa osiadły na swoich miejscach w głowie. Zapewniam, że jest tam na nie przestrzeń. Czyta się to niemal mozolnie (o ile zachwyt ma tempo), często wracając parę stron wstecz, żeby jeszcze raz dać się dotknąć, dać się owiać i wzruszyć. I bardzo dobrze – w ten sposób radość trwa dłużej.

***

Paweł Sołtys (ur. 1978 r.) – lepiej znany jako Pablopavo – wokalista, kompozytor, autor tekstów. Laureat Paszportu POLITYKI w dziedzinie muzyki popularnej za 2014 r., typowany również w kategorii literackiej. Karierę muzyczną zaczął w zespole Saduba, był współzałożycielem Zjednoczenia Sound System, a od 2003 r. jest wokalistą Vavamuffin. W 2014 r. wydał „Polor”, kolejny już album nagrany z formacją Ludziki. Jesienią tego samego roku ukazała się też jego solowa płyta „Tylko”. W 2015 r. wyszedł album „Wir” –wspólne dzieło Pablopavo, Iwanek i Praczasa.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną