Ken Loach o swoim najnowszym filmie „Ja, Daniel Blake”

Kino wyraża gniew
Rozmowa z brytyjskim reżyserem Kenem Loachem, autorem dramatu społecznego „Ja, Daniel Blake” nagrodzonego Złotą Palmą w Cannes.
Kadr z filmu „Ja, Daniel Blake”
M2 Films

Kadr z filmu „Ja, Daniel Blake”

Ken Loach, jeden z najbardziej upolitycznionych, radykalnie lewicowych filmowców na świecie.
Alexandra Wey/Keystone/AP/Fotolink/EAST NEWS

Ken Loach, jeden z najbardziej upolitycznionych, radykalnie lewicowych filmowców na świecie.

Janusz Wróblewski: – „Ja, Daniel Blake” to film o bankructwie europejskiej idei opiekuńczego państwa. Pan zawsze bronił w swojej twórczości uniwersalnych wartości, którym Brexit zadał potężny cios, przyznając rację ksenofobom i nacjonalistycznym populistom.
Ken Loach: – Jestem tym przerażony. Mam nadzieję, że brytyjska lewica jakoś się po tej klęsce pozbiera. Problem polega na tym, że Europa stała się zakładnikiem wielkiego kapitału, który jawnie dąży do ograniczenia socjalnych przywilejów i prywatyzacji państwowego majątku. Chce podporządkowania regulacji prawnych własnym interesom. Przeciwstawiające się temu koalicje, takie jak grecka Syriza, są konsekwentnie niszczone.

Z mojego punktu widzenia lepszym wyborem było oczywiście pozostanie Wielkiej Brytanii w UE i szukanie wewnątrz niej równowagi poprzez tworzenie jednolitego frontu przeciwko neoliberalnej ekonomii. O wyniku referendum zadecydowała jednak prawa strona sceny politycznej. Ludzie lewicy poza nielicznymi wyjątkami nie wiedzieli, jak mają głosować. Klasa robotnicza czuła się zagubiona, opuszczona przez swoich liderów.

Partia Pracy nie ponosi winy za Brexit?
Nie. To prawica i jej sprytnie manipulujący opinią publiczną przywódcy doprowadzili do katastrofy. Odpowiedzialnością za Brexit należałoby też obarczyć konserwatywne media, które nasiliły antyimigrancką retorykę. Kozłem ofiarnym tej kampanii stali się Polacy i inni przybysze z Europy Wschodniej, których obwiniono o rosnące bezrobocie obejmujące już prawie 2 mln mieszkańców Wysp, o obniżanie poziomu stopy życiowej, zabieranie miejsc pracy, a przede wszystkim o cyniczne wykorzystywanie opieki socjalnej. Przed referendum 23 czerwca telewizja co tydzień emitowała reportaże o Polakach obchodzących system, pobierających nienależne im świadczenia, m.in. na dzieci pozostawione w kraju, czy z powodu ich rzekomo fatalnej sytuacji materialnej.

Kilka lat temu w dramacie „Polak potrzebny od zaraz” pokazywał pan naiwnych polskich emigrantów zarobkowych wykorzystywanych przez brytyjskich oszustów. Sytuacja się odwróciła i dziś już nie nakręciłby pan takiego filmu?
Trudno powiedzieć. Głosowanie za Brexitem było też żądaniem, by nowa fala obcokrajowców wróciła tam, skąd przybyła. To bardzo niebezpieczna tendencja. Nasilenie rasistowskich ekscesów tylko to potwierdza. Mam nadzieję, że większość Polaków jednak się nie przestraszy i zostanie.

W „Ja, Daniel Blake” opisuje pan nieludzko-kafkowską biurokrację, która wpędza poważnie chorego człowieka w jeszcze większe tarapaty. Ten brak empatii i obojętność urzędników pomocy społecznej to reakcja na łamanie prawa przez imigrantów?
Nie, to celowe okrucieństwo, skutek prywatyzacji agencji zatrudnienia. Popularną metodą zarządzania – zamiast troskliwości i zaufania – stało się w nich karanie petentów. Na przykład za spóźnienie na wyznaczone spotkanie, za źle wypełniony formularz czy za cokolwiek innego – do obcięcia zapomogi każdy pretekst wydaje się dobry. Bohater filmu Daniel Blake wchodzi w wiek emerytalny. Odbywa rehabilitację po zawale, pobiera zasiłek. Wynajęte przez ośrodki pomocy społecznej korporacje robią jednak wszystko, by pozbawić go należnych mu praw. Ich zdaniem jego dolegliwości są niewystarczające. Nie przekonują urzędników, którzy po dokonaniu weryfikacji odmawiają mu prawa do zasiłku. Żeby przetrwać i opłacić rachunki, musi więc – wbrew zaleceniom swojego lekarza – starać się wszelkimi sposobami znaleźć pracę, co w jego sytuacji oznacza działanie na własną szkodę.

Dlaczego państwowy system opieki społecznej zleca weryfikację prywatnym instytucjom, skoro nie służy to ludziom?
To efekt błędnej polityki oszczędnościowej państwa i promowania na siłę ideologii aktywizowania społeczeństwa. Proszę sobie wyobrazić niedożywionego 19-latka zmuszonego przez urząd pracy do wykonywania ciężkich robót polowych. Poznałem takich wielu. Szybko stawali się współczesnymi niewolnikami bez szans na poprawę swojej sytuacji. Jeden z nich, żeby zarobić dniówkę w magazynie portowym, musiał wstawać codziennie o piątej rano i jechać na drugi koniec miasta, gdzie często słyszał, że nie ma dla niego zajęcia. Życie w nieustannym poniżeniu, brak poczucia bezpieczeństwa – to są emocje, które skłoniły mnie do nakręcenia tego filmu.

Zasłaniając się przepisami, urzędnicy wymagają od Daniela Blake’a płacenia podatków, wysyłają go na kursy szkoleniowe, które niczego nie uczą. Koszmarna biurokracja nakręca spiralę destrukcji i wykluczenia. To sytuacje wzięte z życia?
W rzeczywistości wygląda to jeszcze bardziej ponuro niż na filmie. Nie zajmowaliśmy się skrajnymi przypadkami. Nie dalej niż tydzień temu głośno było o pewnym diabetyku, którego też ukarano. Z powodu niewłaściwego odżywiania rozwinęła mu się gangrena i konieczna była amputacja nogi. Młodzi, których determinację pokazałem niegdyś w „Słodkiej szesnastce”, znoszą ten absurd lepiej niż generacja ich ojców. Los pokolenia 50–60-latków jest nie do pozazdroszczenia. Starsi nie mają zbyt wiele energii, by się zbuntować, szukać jakiegoś rozwiązania. Są przyzwyczajeni do względnej stabilizacji, do tradycyjnych struktur. Nie znają nowoczesnych technologii, wielu – jak Daniel Blake – nie potrafi nawet obsługiwać komputera. Są schorowani, wymagają opieki. Rynek konfrontuje ich z twardymi realiami. Muszą dokumentować każdą próbę zatrudnienia i działać wedle ściśle określonego planu, który ma ich zaprowadzić nie do odzyskania godności i powrotu na zawodową ścieżkę, tylko do ubezwłasnowolnienia i korzystania z banków żywności.

Co w tym złego, że otrzymują bony uprawniające do pobierania darmowych produktów z banków żywności?
Na tym polega perfidia systemu. Państwo przeznacza miliony na utrzymanie dziesiątków takich banków (w każdym mieście jest ich kilka). W istocie nie służą biednym, tylko cwaniakom żerującym na ich bezradności. Najnowszym wynalazkiem władzy są posady menedżerów w bankach żywności, co dodatkowo legitymizuje działalność tych instytucji. W sensownie zorganizowanym społeczeństwie takich banków w ogóle być nie powinno. Jak można coś takiego tolerować? Wspomagając ten mechanizm, tylko sankcjonuje się stan ubóstwa i nędzy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną