Kultura

Kompletny odlot

Jim Jarmusch o swoich muzycznych fascynacjach

Jim Jarmusch Jim Jarmusch Sara Driver
Rozmowa z amerykańskim reżyserem filmowym Jimem Jarmuschem o jego miłości do muzyki i przyjaźni z Iggym Popem.
Iggy Pop w dokumencie „Gimme Danger” o zespole The StoogesGutek Film Iggy Pop w dokumencie „Gimme Danger” o zespole The Stooges

Janusz Wróblewski: – Grupa The Stooges należy do klasyki rocka, ale nie jest zespołem rozpoznawalnym dla wszystkich. Dlaczego akurat jej poświęcił pan pełnometrażowy dokument „Gimme Danger”?
Jim Jarmusch: – Osiem lat temu poprosił mnie o to Iggy Pop, frontman zespołu. Udało mu się reaktywować Stooges w 2003 r. po rozpadzie w latach 70., gdy wydawało się, że grupa nie ma już przed sobą przyszłości. Odnieśli sukces. Nagrali nową płytę, zarobili na koncertach miliony dolarów. Nie byłem facetem z zewnątrz. Kochałem Stooges. Więc wahałem się ledwie kilka chwil.

Na czym polega ich fenomen?
Byli buntownikami absolutnymi, niektórzy mówią, że pionierami punk rocka, ale to uproszczenie. Wywrócili świat muzyki do góry nogami. Na koncertach półnagi Iggy skakał jak bokser przed walką. Prowokował, nie miał żadnych oporów. Gdy słuchacze obrzucili go butelkami, zachęcał, by robili to częściej. Członkowie zespołu – basista Dave Alexander i bracia Ashetonowie: Ron na gitarze i Scott na perkusji – żyli w prawdziwej komunie. Dzielili po równo zarobione pieniądze. Wszystkie piosenki podpisywali wspólnie. Fanami The Stooges, których w pierwszym okresie działalności zespołu było niewielu, zostawali wściekli, wypaleni outsiderzy albo awangardowi intelektualiści. Nic pomiędzy.

Jak pan odkrył ich muzykę?
W wieku 16 lat. Starszy brat mojego kumpla z klasy zbierał płyty. Trzymał je – tak jak ja – ukryte pod łóżkiem. Winyle Coltrane’a i książki Burroughsa wymieniłem u niego na debiutancką płytę „The Stooges”.

Co się w niej panu spodobało?
Słuchałem wtedy głównie brytyjskiej mieszanki rocka psychodelicznego i bluesa w wykonaniu Cream z Erikiem Claptonem. Lubiłem folkową grupę Buffalo Springfield z Neilem Youngiem, a także uwielbiany przez hipisów Jefferson Airplane z Zachodniego Wybrzeża z okresu współpracy z niesamowitą wokalistką Grace Slick. The Stooges to było coś zupełnie innego, znacznie bliżej postindustrialnych klimatów znanych mi z przedmieść Akron w Ohio, gdzie się wychowałem. Brzmienie zbliżone do hałasu z pobliskiej fabryki opon. Oczywiście większość moich znajomych nic nie wiedziała o istnieniu tego zespołu. Zachwycałem się ich dzikością, która wydawała mi się uosobieniem wolności. Dzięki nim uwierzyłem, że można się zachowywać niestandardowo, wyrażać siebie w sposób niepodobny do innych. Znaleźć formę właściwą tylko dla siebie, nikogo więcej.

Bywał pan na ich koncertach?
Nigdy nie widziałem na żywo występu The Stooges w tamtych latach. Pamiętam natomiast, że jako 15-latek pojechałem autostopem na koncert MC5 do Ann Arbor. Show został odwołany. Nocowałem w hipisowskiej komunie, gdzie poczęstowano mnie haszyszem. Pierwszy raz w życiu widziałem nagie kobiety swobodnie przechadzające się po domu. Nie miałem jeszcze żadnych doświadczeń seksualnych, więc zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Później bywałem już regularnie na solowych koncertach Iggy’ego Popa. Czułem, że na nich odlatuję. Dostawałem tak mocnego i pozytywnego kopa, że ten stan utrzymywał się przez kilka dni.

W jakich okolicznościach poznał pan Iggy’ego Popa?
W połowie lat 80. jako były klawiszowiec i wokalista postpunkowej formacji The Del-Byzanteens obracałem się w kręgu The Lounge Lizards, grupy Johna Luriego. Przyjaźniłem się z Dougiem Bownem, perkusistą, który grał również na bębnach u Iggy’ego. Oraz z Suchi Asano, Japonką, ówczesną (drugą) żoną Popa. Spędzaliśmy razem sporo czasu, wałęsając się po Nowym Jorku. Pewnego razu wszyscy razem wylądowaliśmy u mnie w domu i od tej pory widujemy się przy różnych okazjach. Iggy Pop wydał mi się mieszanką Bruce’a Lee, Niżyńskiego, Rambo i Harpo Marxa. Niedawno mu to powiedziałem. Nie był zaskoczony, dopytywał się jedynie o Harpo Marxa.

Graliście kiedykolwiek razem?
Nie, nigdy nie przyszło mi to do głowy. To tak jakbym zaproponował Neilowi Youngowi: wyciągnijmy gitary i sobie pograjmy. Nie jestem facetem, który wykorzystuje przyjaźń.

Na czym polegały przygotowania do „Gimme Danger”?
Miałem pomysł, by rozpocząć film od rozwiązania zespołu w 1973 r. Po wydaniu trzech przełomowych dla historii rocka płyt muzycy nie mieli za co żyć. Spotkali się – delikatnie mówiąc – z umiarkowanym zainteresowaniem. Ron wyrzucił instrumenty, Scott sprzedał perkusję, za ostatnie grosze kupili bilety, wsiedli do autobusu i wrócili do Ann Arbor do rodziców. To bardzo poruszający moment, potem jednak doszedłem do wniosku, że powinienem tę historię osadzić w szerszym kontekście. Opowiedzieć, skąd się wywodzą, jak się to wszystko zaczęło, kim byli, zanim spotkali Iggy’ego, który pomieszkiwał w przyczepie. I doprowadzić tę historię do momentu, w którym postanawiają się rozstać.

To byli pańscy idole, o takich ludziach opowiada się trudniej, brakuje dystansu?
Starałem się nie myśleć, kim byli dla mnie. Z Iggym znamy się przeszło 20 lat, dzwoni do mnie, składa życzenia urodzinowe, a ja nie mogę uwierzyć, że wciąż jest moim przyjacielem. Robiąc film o The Stooges, przyjąłem założenie, że nie będę ujawniał szczegółów życia prywatnego. Po prostu tego nie lubię. Uważam, że to obraźliwe, niegrzeczne i mało intersujące. Oglądałem niedawno dwuipółgodzinny dokument „Montage of Heck” poświęcony Kurtowi Cobainowi. Straszne gówno. Nie rozumiem, czemu ma służyć to wywlekanie intymności, sięganie do przeszłości, łącznie z eksploatowaniem niepowodzeń w liceum? Co z tego, że córka Cobaina wyraziła na to zgodę? Nienawidzę tego. Film o Amy Winehouse – to samo. Życie osobiste powinno być sprawą prywatną, zamkniętą dla obcych, a nie rozpamiętywaną i ocenianą przez media.

To jakie biografie podobają się panu w kinie?
„Don’t Look Back” D.A. Pennebakera o Bobie Dylanie. Może dlatego się udał, że piosenkarz współpracował z reżyserem, wyraził zgodę na filmowanie trasy koncertowej w Wielkiej Brytanii w 1965 r. Dalej: „Listen to Me, Marlon” Stevana Rileya. W dokumencie zmontowanym z archiwalnych wywiadów radiowych Marlon Brando mówi sporo o swoim życiu prywatnym, ale granica przyzwoitości nie została moim zdaniem przekroczona. Podobnie w „Burroughs: The Movie” Howarda Brooknera o życiu i twórczości autora „Nagiego lunchu”, do którego nagrałem ścieżkę dźwiękową. Generalnie jednak nie cierpię filmów biograficznych, zwłaszcza fabularnych. Wieje od nich nudą.

W „Gimme Danger” pojawia się wiele materiałów zdjęciowych z wczesnych występów The Stooges. Trudno było do nich dotrzeć?
Bardzo. Większość nie była nigdy wcześniej pokazywana publicznie. The Stooges, The Velvet Underground, MC5 – te zespoły nie cieszyły się w latach 60. popularnością. Mało kto rejestrował ich występy. Część udało się pozyskać z domowych archiwów przyjaciół muzyków. Okazało się, że sporym zbiorem dysponowała m.in. Leni Sinclair, żona jednego z menedżerów artystów.

Wydaje mi się, że w filmie nie pada informacja, dlaczego wiecznie brakowało im pieniędzy – albo coś przegapiłem…
Całą zarobioną kasę wydawali na narkotyki. Byli strasznie młodzi i naiwni. Mieli po 20 lat. Nic nie wiedzieli o prawie, czym grozi takie zachowanie. Oprócz Iggy’ego, któremu po zawieszeniu działalności zespołu pomógł David Bowie, żaden z nich nie przebił się w branży. Ale i tak Ron i Scott byli dla mnie bogami. Gdy prosili w czasie zdjęć do mojego filmu „Jim, przynieś nam piwo”, byłem szczęśliwy, że pamiętają, jak się nazywam. Szanuję Neila Younga, któremu poświęciłem dokument „Year of the Horse”, ale miłością mojego życia zawsze były chłopaki z The Stooges.

Realizacja pochłonęła aż siedem lat, dlaczego tak długo?
Startowaliśmy bez budżetu, a wszystkie koszty pokrywałem początkowo z własnej kieszeni. Po wydaniu ponad 40 tys. dol. musiałem pomyśleć o zarobieniu jakiejś większej sumy. Więc zatrzymaliśmy produkcję, robiąc przerwę na fabułę „Tylko kochankowie przeżyją”. Po znalezieniu sponsora sytuacja się powtórzyła, nakręciłem „Pattersona”. I znów część zarobionych pieniędzy zainwestowałem w dokument. Dzięki temu udało się wreszcie film skończyć.

„Gimme Danger” i „Patterson” wchodzą niemal równocześnie do kin. W sensie artystycznym coś je łączy?
Tak, są bardzo delikatne. Subtelnie budują nastrój, w podobny sposób operują szczegółami w warstwie dźwiękowej. „Gimme Danger” jest oczywiście wizualnie bogatszy, stylistycznie bardzo się różni, ale tematycznie wydają się zbliżone. Mówią o wyborze sposobu życia. O potrzebie albo umiejętności samowyrażania się, autoekspresji. Improwizując na scenie czy pisząc poezję, bohaterowie obu filmów robią to właściwie dla siebie. Prezentują tę samą introwertyczno-waleczną postawę.

Pan się z nimi identyfikuje?
Pod tym względem jesteśmy podobni. Najwięcej uczę się właśnie od takich ludzi, jak Iggy Pop, Neil Young, Tom Waits czy John Cassavetes.

Co pan poczuł, gdy się dowiedział, że The Stooges wznawiają w 2003 r. działalność – po 30 latach osobnego grania?
Byłem podekscytowany tak jak za pierwszym razem, gdy słuchałem ich nagrań. Poszedłem zobaczyć ich w nowym składzie. Trzy dni później spotykam w Nowym Jorku Richarda Hella, starego kompana, basistę i wokalistę The Voidoids: Jim, spytał, byłeś na Stooges? Wciąż jesteś tak napalony jak ja? Uuuuuu! Łał. Nie wiem, co powiedzieć, Richard, kompletny odlot. Wypruli z siebie flaki, Iggy się nie oszczędzał. Ta miłość nie przemija. Lubię różne style. Nawet ciężki metal, doom, death metal. Ale kiedy słyszę ich na żywo, czuję coś wyjątkowego – nie butę, zuchwałość czy odosobnienie w tłumie. Tylko wspólnotę, pozytywną energię, jasność.

Po proste, agresywne kompozycje Stooges sięgali różni twórcy: od Sex Pistols, przez Slayera, Red Hot Chili Peppers, po R.E.M., a Kurt Cobain twierdził, że „Raw Power” jest jego ulubioną płytą. Ten wpływ pana nie zaskakuje?
Dorzuciłbym jeszcze Nicka Cave’a. Na każdego ta udziwniona, ale na swój sposób głęboka muzyka The Stooges działa inaczej. Moim zdaniem destrukcja zawarta w ich utworach jest pozą, zasłoną umożliwiającą wykrzyczenie im niewiary w plastikowy, sztuczny świat, który nas otacza. Niewątpliwie to, co grali, było, wciąż jest, próbą dojścia i przekroczenia jakiejś granicy. Naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, co jeszcze należałoby zrobić na scenie, by przebić poświęcenie Iggy’ego Popa.

Wybierając ścieżki dźwiękowe do swoich filmów fabularnych, rzadko wraca pan do tych samych wykonawców. Pojawiają się na nich inne nagrania, poszukuje pan nowych brzmień, zmienia swoje upodobania. Z czego to wynika?
Nie mam określonego gustu muzycznego. Na kolejnych etapach rozwoju słucham po prostu czegoś innego. Historia muzyki stanowi dla mnie nieskończony, piękny, tajemniczy zbiór dzieł, które wymagają odkrycia. Żeby przesłuchać wszystko, co zostało stworzone w ciągu wieków, nie starczy jednego życia. Jeśli kogoś interesuje XV-wieczna klasyka angielska albo undergroundowa odmiana hip-hopu z 1995 r., może to studiować latami. Nie należę do ludzi słuchających w kółko 10 płyt. Nawet znajomość 20 tys. tytułów mnie nie satysfakcjonuje.

Wrócił pan do uprawiania muzyki. Niedawno nagrał pan płytę z holenderskim lutnistą Jozefem van Wissemem. Dlaczego?
Wszystko zaczęło się od teledysku The White Stripes, który wtedy kręciłem. Jack White, kompozytor, gitarzysta i wokalista zespołu, zaprosił mnie do siebie do domu, w którym, jak się okazało, miał zgromadzoną kolekcję najrozmaitszych instrumentów. Pozwolił mi ich używać bez żadnych ograniczeń. Zaciekawiła mnie stara, bluesowa, akustyczna gitara Gibson z 1905 r. Wziąłem ją do ręki, pograłem chwilę. Tydzień później, kiedy wracałem do Nashville, by zmontować nasz klip, Jack podarował mi ją w prezencie: Wiem, że to zabytek, mówił, ale spokojnie, mam dwie takie gitary, gdybym miał jedną, nigdy bym ci jej nie dał. Uśmiechnął się, poklepując mnie po plecach. I tak się zaczęło. Zacząłem grać, wróciłem do gitary elektrycznej. Dołączył do mnie na perkusji Carter Logan, kompozytor i współproducent, z którym napisaliśmy ścieżkę dźwiękową do „The Limits of Control”, „Tylko kochankowie przeżyją” i „Pattersona”. Razem założyliśmy postpunkową kapelę Sqürl. W międzyczasie Jack White poprosił mnie o zrobienie remiksu piosenki „Blue Orchid” The White Stripes. Wynajął studio. Nie było wyjścia. To wszystko jego wina.

rozmawiał Janusz Wróblewski

***

Jim Jarmusch (ur. 1953 r.) – muzyk, reżyser, jeden z najwybitniejszych twórców kina. Na 16. urodziny otrzymał od swojej babci komplet dzieł Prousta, po przeczytaniu których podjął decyzję o zostaniu poetą. Rok później opuścił rodzinny dom w Akron i rozpoczął studia dziennikarskie. Był asystentem Nicholasa Raya, legendarnego twórcy „Buntownika bez powodu”, którym interesował się również Wim Wenders. Kręcąc biograficzny film o Rayu, Wenders podarował Jarmuschowi 40 minut czarno-białego negatywu, namawiając go do reżyserowania. Tak powstała pierwsza wersja „Inaczej niż w raju”. Swoje filmy Jarmusch sam montuje, wybiera do nich muzykę, pisze scenariusze, reżyseruje i sam je produkuje, stanowczo broniąc przy tym wolności twórczej innych filmowców.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Współczesny

Po co właściwie żyjemy? Jaki jest sens życia?

Cóż bardziej jałowego niż pytanie o sens życia? Brzmi patetycznie, a nawet infantylnie. Dorośli unikają takiej frazeologii, jedynie młodzież czasami na nią się jeszcze nabiera. Tylko właściwie dlaczego pytanie o sens życia wzbudza zażenowanie?

Jan Hartman
25.09.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną