Teatr popularny otwiera sie na nową publiczność

Zobaczyć widza
Polski teatr zaczyna szukać sojusznika w widzu. Pojawia się na nowo rzucona idea „teatru popularnego” i nieśmiałe próby jej urzeczywistnienia.
Spektakl Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina „Każdy dostanie to, w co wierzy”, w którym udział biorą siedzący za stołem widzowie.
Magda Hueckel

Spektakl Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina „Każdy dostanie to, w co wierzy”, w którym udział biorą siedzący za stołem widzowie.

Kadr z serialu „Artyści” Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, rozgrywającego się w nieistniejącym Teatrze Popularnym
TVP

Kadr z serialu „Artyści” Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, rozgrywającego się w nieistniejącym Teatrze Popularnym

Do kogo mają się odwołać ludzie teatru w razie konfliktu z lokalną władzą, jak ostatnio we Wrocławiu, a niedawno w Toruniu czy w Białymstoku? Gdy władze nie słuchają środowiskowych stowarzyszeń, a Ministerstwo Kultury wyznaje jedną wizję teatru – konserwatywną i narodową? We wrocławskim Teatrze Polskim poparło dolnośląskich samorządowców (z PO i PSL) w wyborze Cezarego Morawskiego na nowego dyrektora. Tym samym szefem jednej z najlepszych scen w kraju, z wybitnym zespołem i nagradzanymi spektaklami, został aktor w ostatnich dekadach telenowelowy i farsowy, z epizodem skarbnika w ZASP zakończonym dużą stratą finansową i procesem, współorganizator festiwalu szkół teatralnych w warszawskiej Akademii Teatralnej, którego pomysł na repertuar ograniczał się do celebrowania rocznic i czczenia tradycji. Na gościnne występy do Polskiego zaprosił amatorski Teatr Nie Teraz z Tarnowa, określający się jako katolicko-narodowy.

Kto więc pozostaje ludziom teatru? Suweren. Środowisko teatralne zaczyna zauważać, że na władze – od centralnych po lokalne – działa tylko sprzeciw grup zwykłych obywateli. Publiczność, dotąd często traktowana przez teatry publiczne po macoszemu albo jak mieszczuch do bicia, dziś staje się ich ważnym partnerem. Przykładem Wrocław, gdzie grupy widzów regularnie manifestują solidarność z aktorami Teatru Polskiego protestującymi przeciw zaprzepaszczaniu dorobku sceny i obniżaniu jej prestiżu, stojąc podczas ukłonów z zaklejonymi czarną taśmą ustami. Na spektakle Teatru Nie Teraz przyszło 50 osób. A urzędnicy dolnośląscy, którzy nie chcieli rozmawiać z zespołem Polskiego, przyszli na debatę zorganizowaną przez grupę Publiczność Teatru Polskiego we Wrocławiu. „Publiczności zazdrości dziś Polskiemu każdy teatr w kraju” – komentował we wrocławskiej „Wyborczej” Paweł Sztarbowski, wicedyrektor Teatru Powszechnego w Warszawie.

Popularne ruszenie

Krytyk teatralny Jerzy Koenig rzucił kiedyś przewrotną myśl: żeby się przekonać, czy teatr jest naprawdę potrzebny, trzeba by zamknąć wszystkie sceny, a potem na nowo otworzyć tylko te, pod które ludzie przyjdą protestować. Podobne myślenie przyświecało Pawłowi Demirskiemu i Monice Strzępce, twórcom serialu „Artyści”, nadawanego niedawno przez TVP2, a zrealizowanego z okazji 250-lecia teatru publicznego w Polsce. Akcja toczyła się w stołecznym teatrze walczącym z lokalnymi, skorumpowanymi władzami o przetrwanie. Zdesperowani artyści o pomoc zwrócili się także do tych, od których coraz więcej w Polsce zależy, czyli do kiboli. W finałowej, metaforycznej scenie, bardziej jednak przerażającej niż napawającej nadzieją, pospolite ruszenie złożone z hipsterów, starszej inteligencji i kiboli z żylety na Legii szło na kordon policji otaczający budynek teatru. Szli w zwolnionym tempie, a w tle brzmiał hit Proletaryatu „Sól ziemi” z refrenem: „Hej, my nie damy nigdy się/Hej, nie złapiecie nas za łeb/Hej, nie zniszczycie marzeń, nie/Hej, chcemy żyć, jak nam się chce”. W przebitce starsza pani, przepuszczona przez zdziwionych policjantów, pytała w kasie, czy jest bilet na jutrzejszy spektakl.

Akcja „Artystów” toczy się w Pałacu Kultury i Nauki, ale nie w żadnej z realnie działających tu scen, w Studio czy Dramatycznym. „Artyści” rozgrywają się w Teatrze Popularnym. Takiej nazwy nie ma żaden z istniejących w kraju teatrów i raczej to nie jest przypadek. Teatr publiczny, utożsamiany z artystycznym, przez dziesięciolecia kształtował się w opozycji do popularności, często postrzeganej jako synonim komercji.

Teraz „popularność” w kontekście teatralnym zaczyna być odczarowywana. Idei teatru popularnego swój manifest, opublikowany w czerwcowym „Dialogu”, poświęcił Maciej Nowak. Nowak, jedna z ważnych postaci polskiego teatru po 1989 r. – publicysta, współzałożyciel Instytutu Teatralnego i dyrektor teatrów – odnosi się w nim do swojego tekstu sprzed 12 lat „My, czyli nowy teatr”, w którym opisywał zmianę pokoleniową, estetyczną i tematyczną na rodzimych scenach. Nowy teatr – pisał – nie chce być azylem dla starego mieszczaństwa, chce być agorą dla „ludzi, których spotyka się w klubach, kinie, dziewczyn i chłopaków z klubów motocyklowych, młodych intelektualistów, robotników-fachowców, bywalców koncertów”.

12 lat później za największą klęskę nowego teatru uważa właśnie to, że: „Zadania ustanowienia nowej widowni nie odrobiliśmy. Potknęliśmy się, skupiając przede wszystkim na modelu teatru reżyserskiego, po części wręcz artystowskiego, niedbającego o sojusz z publicznością”. Konstatuje to w tekście, którego ton momentami przypomina słynne „Byliśmy głupi” z wywiadu z „Gazety Wyborczej”, w którym prof. Marcin Król m.in. przyznawał się do braku empatii i solidaryzmu społecznego elit III RP, czego efekty widzi po latach. Dlaczego się nie udało? „Wspólnotowość jest wartością ważną dla klasy ludowej, natomiast dla klas wyższych, do których z definicji zaliczają się artyści i znawcy teatru – liczy się indywidualizm, styl życia, wolność i realizacja osobistych aspiracji”.

Wspólny temat

Manifest Nowaka dał nowy impuls trwającej od jakiegoś czasu w polskim teatrze dyskusji o wyczerpaniu się języka teatru politycznego, zaangażowanego czy krytycznego, o zmęczeniu tematyką i estetyką teatru stworzonego przez „ojcobójców”, na czele z Grzegorzem Jarzyną i Krzysztofem Warlikowskim, o przesycie elitarnością i poczuciu bezsilności. Swoje znaczenie ma tu także doświadczenie prezentacji spektakli na festiwalu Open’er – masowej imprezie, gdzie aktorzy i reżyserzy spotkali odbiorców niewidywanych w teatrach, w liczbie także w teatrze niewidywanej, i reagujących na ich sztukę z rzadko spotykanym w teatrach entuzjazmem. Popularność stała się wartością pożądaną.

Nowak swój teatr popularny widzi – na wzór koncertów – ogromny: „Przede wszystkim byłby to teatr, który przyciąga duże grupy ludzi i staje się miejscem spotkania dużych grup na dużych scenach – mówił w wywiadzie dla portalu Dwutygodnik.com. – Duże formy inscenizacyjne. Teatr, który nie będzie niszowy, będzie uniwersalny. Nie będzie tylko rozważał jakichś tematów partykularnych, ważnych dla niewielkich grup społecznych. Będzie społecznotwórczy, będzie wokół siebie wytwarzał społeczności”. Ma być tworzony w sojuszu z widownią, ale bez podlizywania się jej – to ma go odróżniać od teatru środka i teatrów komercyjnych.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną