Po co kupiliśmy kolekcję Czartoryskich

Damy nie oddamy
Dotychczasowe decyzje rządu PiS niemal zawsze budziły jednoznaczne reakcje; zachwyt i aplauz jednych oraz wściekłość i krytykę innych. Zakup kolekcji Czartoryskich wywołał stan dezorientacji. O co właściwie chodzi?
Obraz Leonarda da Vinci „Dama z gronostajem”, przez wielu uważany za wspanialszy od słynnej „Giocondy”
Jakub Porzycki/Forum

Obraz Leonarda da Vinci „Dama z gronostajem”, przez wielu uważany za wspanialszy od słynnej „Giocondy”

Kolekcję książąt Czartoryskich pokazywało Muzeum Narodowe w Krakowie do 2011 r.
Wojciech Matusik/Gazeta Krakowska/Forum

Kolekcję książąt Czartoryskich pokazywało Muzeum Narodowe w Krakowie do 2011 r.

Książę Adam Czartoryski z żoną Josette Calil i córką Tamarą Laurą
Wojciech Matusik/Gazeta Krakowska/Forum

Książę Adam Czartoryski z żoną Josette Calil i córką Tamarą Laurą

Stare powiedzenie głosi, że gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Od nich więc zacznijmy. Powszechnie już wiadomo, że Skarb Państwa zapłacił za kolekcję 100 mln euro, co wraz z VAT daje okrągłą sumkę 500 mln zł. Dużo to czy mało? Zwolennicy transakcji zapewniają, że bardzo mało i najczęściej przywołują kwotę 2 mld euro jako najbliższą realnej wartości przejętego skarbu. To oczywiście tylko szacunek, albowiem dopiero sprzedaż na rynku antykwarycznym ujawniłaby faktyczny przelicznik na pieniądze. I czy ta kwota byłaby niższa czy wyższa, nie ulega wątpliwości, że z finansowego punktu widzenia dla rządu transakcja okazała się udana. Trzeba jednak pamiętać, że w skład tej kolekcji, poza spektakularnymi obrazami Leonarda da Vinci, Rembrandta czy Cranacha, wchodzi też ogromny zbiór pamiątek, głównie bibliofilskich, związany z historią narodu i państwa polskiego. Z punktu widzenia międzynarodowego rynku zapewne umiarkowanie ciekawy, ale z naszego punktu widzenia absolutnie wyjątkowy i właściwie bezcenny.

Kolekcja w magazynach

Historia muzealnictwa obfituje w przypadki, gdy duże zbiory prywatne przechodziły na własność państwa, nierzadko dając początek wielkim kolekcjom. Niekiedy odbywało się to na drodze darowizny, niekiedy jednak i gwałtownych, przymusowych przejęć. Wszak początek muzeum Luwru dały skonfiskowane w czasie rewolucji dobra kościelne i królewskie. Z kolei królewskie madryckie Prado, choć udostępnione publiczności już w 1819 r., dopiero pół wieku później, po obaleniu Isabelli II, zostało upaństwowione. A wówczas w jego zasobach znajdowało się m.in. 2300 obrazów. Dla odmiany w 1824 r. Izba Gmin zgodziła się zapłacić 57 tys. funtów za 38 obrazów należących do bankiera Johna Juliusa Angersteina, co legło u podstaw stworzenia słynnej londyńskiej National Gallery. Podobna historia wydarzyła się na Węgrzech, gdzie przedmiotem transakcji (1870 r.) była kolekcja Esterházych. W ostatnich latach na świecie było głośno o zakupie przez Muzeum Picassa w Paryżu zbiorów rodziny Kostrowickich (spuścizny Guillaume’a Apollinaire’a). A w Polsce taką spektakularną transakcję stanowił wykup w 2006 r. kolekcji Tarnowskich z Suchej dla Muzeum Narodowego w Warszawie. To wyśmienity, liczący blisko 10 tys. obiektów, zbiór rysunków i grafik, z dziełami Grottgera, Canaletta, Gersona czy Michałowskiego.

Nie brakuje jednak głosów krytyki. Pozornie najbardziej racjonalny wydaje się ten, który głosi, że był to wydatek bezsensowny, bo zbiory i tak pozostawały w kraju, a zapisy statutu Fundacji Czartoryskich gwarantowały ich niepodzielność i publiczne udostępnianie. Rzecz w tym, że zapisy sobie, a życie sobie. Do myślenia daje fakt, że od sześciu lat Muzeum Czartoryskich było zamknięte, a kolekcja, zamiast w salach muzealnych, zalegała w magazynach. Mecenas Andrzej Drozd, który przez kilka lat był członkiem zarządu Fundacji Czartoryskich, nie ma wątpliwości: „Dotychczasowe konstrukcje, na których opierało się funkcjonowanie Muzeum i Biblioteki Czartoryskich, dawały jedynie iluzoryczne poczucie nienaruszalności i bezpieczeństwa zbiorów. Polski system prawny jest w tym zakresie nieskuteczny i niedopracowany, nie zabezpiecza przed zmienną wolą i decyzjami prywatnego dysponenta zabytków. W rezultacie ani nie daje definitywnej gwarancji, że zbiory Czartoryskich nie mogłyby opuścić Polski, ani że byłyby zawsze dostępne dla społeczeństwa”.

Środowisko muzealników dość zgodnie chwali więc decyzję o zakupie, a oficjalnie poparł ją m.in. Polski Komitet Narodowy ICOM, czyli największej światowej organizacji skupiającej muzealników. Jego prezydent prof. Dorota Folga-Januszewska wskazuje trzy – jej zdaniem kluczowe – zalety takiego rozwiązania. Po pierwsze, scalenie kolekcji w jednym ręku (Muzeum Narodowe w Krakowie). Po drugie, ostateczne zabezpieczenie jej przed ewentualnymi roszczeniami, przed rozproszeniem i stratami wynikającymi z niewłaściwego konserwowania. Ale podkreśla też aspekt ekonomiczny: dobrze i kompleksowo eksponowana kolekcja może stać się wielkim atutem turystycznym Krakowa, magnesem, który przyciągnie turystów ze świata, na których zarobią wszyscy: muzeum, hotelarze, restauratorzy. A przede wszystkim przysporzy miastu prestiżu. Wskazuje na to fakt, że światowe media masowo odnotowały i szeroko komentowały podpisanie umowy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną