Kultura

Seksem w system

Reżyserka „Sztuki kochania” o swoim filmie: historia Wisłockiej jest wciąż aktualna

Magdalena Boczarska jako Michalina Wisłocka Magdalena Boczarska jako Michalina Wisłocka Jarosław Sosiński/Watch Out Production
Rozmowa z reżyserką Marią Sadowską przed premierą filmu „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, nie tylko o seksie.
Maria SadowskaJarosław Sosiński/Watch Out Production Maria Sadowska
Michalina Wisłocka, 1997 r.Grzegorz Rogiński/Reporter Michalina Wisłocka, 1997 r.

Artykuł w wersji audio

Aneta Kyzioł: – Film, który mógłby być historycznym obrazem na pikantny temat, w świetle ostatnich wydarzeń – prób zaostrzania ustawy antyaborcyjnej i Czarnego Protestu – stał się wypowiedzią polityczną. Z jaką myślą sięgali państwo po postać autorki „Sztuki kochania”?
Maria Sadowska: – Od dawna zajmuję się walką o prawa kobiet, więc dla mnie ten film od początku miał taki kontekst, tylko teraz on się oczywiście wzmocnił. Na aktualności zyskała nie tylko toczona w latach 60. i 70. przez Wisłocką walka o uznanie kobiecej seksualności, ale także walka z systemem, znów po latach reprezentowanym przez konserwatywnie myślących mężczyzn.

Uderzają w filmie sceny pokazujące, jak bardzo Wisłocka była lekceważona jako kobieta naukowiec w męskim środowisku seksuologów.
Wisłocka mówiła, że swój pierwszy orgazm przeżyła późno, już jako dojrzała, trzydziestoparoletnia kobieta, i stwierdziła, że musi ludziom uświadomić, co tracą przez nieświadomość, jak cudownym przeżyciem, także duchowym, może być seks, gdy jest odpowiednio uprawiany. Była społecznikiem: jeździła po wsiach, uświadamiała, rozdawała prezerwatywy, pacjentów przyjmowała w przychodni i w domu, sprzedała 7 mln książek. Była uwielbiana przez pacjentki, czytelniczki, zwykłych ludzi. A jednocześnie przez wiele lat odmawiano jej doktoratu, nie była zapraszana na sympozja.

„Sztuka kochania” była nazywana „porno dla kucharek”.
Kiedy pokazałam scenariusz Alicji Długołęckiej, doktor nauk humanistycznych i edukatorce seksualnej, powiedziała, że to się nie zmieniło do dzisiaj. Kobiecy punkt widzenia jest w seksuologii wciąż spychany na margines. Bardziej dogłębne badania nad łechtaczką nastąpiły dopiero pod koniec lat 90. Ten film jest chwilami przerażająco śmieszny, dużo scen, jak Wisłocka wykłócająca się w KC czy w cenzurze, ma bareiczny charakter. Ale mieliśmy wrażenie, że mogłyby się wydarzyć i dziś, może nawet już się wydarzają. Mam nadzieję, że ten film będzie ważnym głosem, także w sprawie solidarności kobiet, skłoni do dyskusji.

Miała pani wpływ na kształt scenariusza?
Tak, oczywiście. Jest dziełem Krzysztofa Raka, ale jest w nim sporo moich pomysłów. Tu harmonia współpracy między kobietą i mężczyzną, o którą walczyła i o której pisała w książkach i artykułach Wisłocka, się spełniła.

W życiu samej Wisłockiej z tą harmonią raczej bywało różnie?
No tak, dlatego ta postać jest tak ciekawa. Gdy Piotr Woźniak-Starak zaproponował mi reżyserowanie tego filmu, to pomyślałam sobie: niesamowite, że sama na to nie wpadłam! Ponieważ w tej historii jest wszystko, co kocham w kinie i o czym chciałabym opowiadać. Jest bohater, który walczy: ze schematami, z utartymi poglądami, z rozdanymi rolami, nie boi się być inny niż wszyscy i eksperymentować na sobie samym, na własnym życiu. Ale równocześnie jest to bohater tragiczny, pęknięty. Wszystkiego, o czym Michalina Wisłocka tak pięknie pisze w „Sztuce kochania” – o równowadze ciała i duszy, między pożądaniem i uczuciami, o budowaniu relacji międzyludzkich, czego ważną częścią jest seks – jej się tak do końca nie udało we własnym życiu zrealizować. Po rozwodzie miała wielu partnerów, ale w żaden dłuższy związek nie weszła. Na koniec pozostała samotna z wyboru. W filmie pokazujemy dwie drogi. Pierwsza, bardziej polityczna, to droga ciała – walka Wisłockiej o wydanie „Sztuki kochania”. Druga ścieżka – duszy – to retrospekcje pokazujące, jak stawała się tą Wisłocką, którą znamy z książki czy artykułów pisanych do prasy. Pierwsza kończy się sukcesem, druga – klęską. To bohater mi bliski, bo jednak zwycięża, a uważam, że w tych czasach bardzo potrzebujemy nadziei. Ale zwycięstwo zawsze jest czymś okupione.

Wisłocka jest duchową matką bohaterki pani poprzedniego filmu, „Dnia kobiet”, kasjerki, która wypowiada wojnę korporacji?
Trochę tak, obie je podziwiam, zrobiły w życiu to, czego ja nie robię – zaangażowały się bezpośrednio w zmianę świata. Różnica między nimi jest taka, że Halina z „Dnia kobiet” była everymanem, dziewczyną z sąsiedztwa, z którą każda z nas mogłaby się zidentyfikować. Z kolei siła Michaliny polegała na inności, oryginalności, podążaniu własną drogą.

Jej córka twierdzi, że miała niezdiagnozowany zespół Aspergera, który zresztą po niej odziedziczyła.
Na pewno była bardzo bezpośrednia, mówiła ludziom prosto w oczy, co myśli, nie tylko o seksie, nie było dla niej tematów tabu. Poza tym była barwną postacią, także w sensie dosłownym – najchętniej nosiła stroje uszyte z wzorzystych materiałów zasłonowych czy na obicia kanap. I słynne chustki. Raz chyba nawet okrzyknięto ją najgorzej ubraną kobietą PRL. Nic sobie z tego nie robiła. Wyprzedzała swoje czasy pod wieloma względami.

Słynne życie w trójkącie z mężem i przyjaciółką?
Sama nie przepadała za seksem, a jej mąż Staszek przeciwnie. Podsunęła mu więc swoją seksualnie rozbudzoną przyjaciółkę Wandę. Przez pewien czas ten układ się sprawdzał, potem przestał. Skończyło się dramatem i rozstaniem. Ale było to myślenie wbrew zastanym układom, wbrew schematom. Za co ją podziwiano, ale też się jej bano.

W filmie okrojony jest wątek dzieci z tego związku. To chyba one zapłaciły największą cenę za eksperyment życiowy zapracowanej, ambitnej Wisłockiej, jej skupionego na sobie męża i zranionej przyjaciółki. Dlaczego zrezygnowaliście z tego wątku?
O ile Krysia sobie świetnie poradziła, to Krzysia, któremu najpierw mówiono, że jest, tak jak jego siostra, dzieckiem Wisłockich, a potem wyjawiono, że jednak Wisłockiego i Wandy, eksperyment rodziców psychicznie zniszczył. Film nie jest zrobiony na kolanach, bohaterka nawet bez rozbudowanego, choć obecnego, wątku dzieci ma tu wiele skaz, pęknięć, szamocze się z losem. Pociągnięcie tematu dzieci musiałoby być kosztem tego, co było najbardziej interesujące w historii Wisłockiej – jej pracy, badań, spraw społecznych.

W filmie o Zbigniewie Relidze „Bogowie” jego dzieci się nie pojawiają, liczy się sprawa, walka bohatera. Na ile ekranizacja biografii Wisłockiej trzyma się faktów? Na przykład, czy to prawda, że do wydania jej książki doprowadziły żony wysoko postawionych oficjeli partyjnych i wojskowych?
To prawda, ta książka krążyła po KC i żony tych wszystkich dygnitarzy ją czytały, ponoć tam był taki strajk „islandzki”: nie będzie seksu, jeśli nie będzie książki. To piękny – choć niestety rzadki – akt kobiecej solidarności. Sam film jest skondensowanym i udramatyzowanym wyciągiem z biografii Wisłockiej. Nie trzeba było dużo kombinować, przecież to historia pani od seksu, która sama seksu nie lubiła. Jest tu wszystko, co kino kocha: sprzeczności i droga, którą bohater musi przejść, żeby je przezwyciężyć. Staraliśmy się być maksymalnie wierni faktom, córka Wisłockiej, Krystyna, była naszą stałą konsultantką, podobnie jak seksuolog prof. Zbigniew Izdebski.

Jak córka Wisłockiej zareagowała na kreację Magdaleny Boczarskiej?
Krystyna ma w sobie wiele z matki: sposób poruszania się, mówienia, to walenie prosto z mostu, też nie uznaje tematów tabu. Największym komplementem dla nas było to, że po obejrzeniu filmu się wzruszyła, a potem powiedziała, że miała wrażenie, jakby widziała mamę znów żywą.

Hasło „kino kobiece” jeszcze niedawno było etykietką kierującą do getta, teraz kobiece bohaterki sprzedają filmy, nie wyłączając blockbusterów. Za „Sztuką kochania” stoją producenci wielkiego hitu „Bogowie”. Coś się zmienia?
Robiłam filmy o kobietach i dalej będę je robić, bo uważam, że kino musi zwrócić kobiecym bohaterkom honor. Jeśli trafię do jakiejś szufladki, to trudno, bywałam już w tylu – piosenkarki dziecięcej z „Tęczowego Music Boxu”, córeczki tatusia [jazzowego muzyka i kompozytora Krzysztofa Sadowskiego – red.], pani z „Voice of Poland” – że kolejna nie zrobi mi różnicy. Dla mnie feminizm nie oznacza tylko walki o prawa kobiet, ale walkę o równość w ogóle, dla wszystkich, o harmonię. A na tej drodze, jak się okazuje, jeden krok do przodu, dwa do tyłu, ta walka nigdy się nie kończy. Jeszcze niedawno śpiewałam „Gdzie jest moja rewolucja?”, no to już wiem. Byłam przedstawicielką pokolenia bez wielkiej sprawy, to już sprawę mam. Ale fajne jest, że to sprawa ważna dla wielu osób.

W młodości czytała pani książkę czy – jak wielu – tylko oglądała obrazki?
Przeczytałam dopiero teraz i się zachwyciłam. To gotowe scenariusze lekcji z przystosowania do życia w rodzinie, z opisami, jak zaczynać życie erotyczne, i z akcentem na to, że seks łączy się z uczuciami, jest ważną częścią budowania relacji z drugim człowiekiem. W ogóle się nie zestarzała, świetnie się czyta, jest pełna anegdot, dowcipna, lekka. Przed świętami wyszło nowe wydanie i cały nakład, 20 tys. egzemplarzy, rozszedł się w trzy dni. Trzeba było zrobić dodruk.

Myśli pani już o kolejnym filmie, czy następna będzie raczej płyta i koncerty?
Zakładałam, że w moim życiu zawodowym będzie płodozmian. Po filmie nagram płytę, już zresztą mam na nią materiał i tytuł: „Drumm’n’jazz”. Będzie dla odmiany pozbawiona ciężaru politycznego i społecznego – taka czysta radość z płynących dźwięków. Jednak czasy są polityczne, trzeba walczyć, jednoczyć się. Polska polityka wygląda tak, jak wygląda, właśnie dlatego, że prawa strona była lepiej zorganizowana i zaangażowana w walkę o swoje wartości. Myśmy zaspali, myśleliśmy, że to, co mamy, jest na zawsze. Kobiety ze średnich klas się nie angażują, bo myślą, że pieniądze je obronią. Ważne jest to, żeby nie ograniczać się do własnego wygodnego życia, nie odcinać od rzeczywistości ludzi mniej zamożnych, których zmiana prawa najszybciej dotknie. Pracuję nad scenariuszem filmu o tym, że prawo do aborcji nie jest w Polsce respektowane nawet w ramach obowiązującej ustawy. Ale wcześniej chciałabym zrobić ekranizację „Cwaniar”, powieści Sylwii Chutnik o sprawach ważnych i aktualnych, o walce z czyścicielami kamienic i deweloperami niszczącymi miasto.

Potężne tematy.
Ale w lekkiej, rozrywkowej formie. Tak jak „Sztuka kochania”, która przecież jest też filmem o miłości, o seksie, jest w nim – policzyłam – 16 scen erotycznych. Starałam się przejść przez różne stadia sztuki kochania. I takim moim cichym marzeniem jest, żeby ludzie po tym filmie mieli ochotę wrócić do domu i się z kimś pokochać.

rozmawiała Aneta Kyzioł

***

Maria Sadowska (rocznik 1976) – piosenkarka, scenarzystka i reżyserka filmowa po łódzkiej PWSFTViT. Karierę muzyczną zaczęła we wczesnych latach 90. w dziecięcym zespole Tęcza, na przełomie wieków nagrywała płyty w Japonii, Stanach Zjednoczonych, kolejne regularnie wydaje w kraju. Jej 30-minutowa fabuła „Non stop kolor” stała się w 2009 r. częścią tryptyku „Demakijaż”, w 2012 r. wyreżyserowała dobrze przyjęty i nagradzany „Dzień kobiet”. Jej trzeci film, „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, będzie miał premierę 27 stycznia.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak nie skrzywdzić swoich dzieci

Anna Górska o tym, jak radzić sobie z przekonaniem o niesprawiedliwym traktowaniu w dzieciństwie.

Joanna Cieśla
13.11.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną