Kawiarnia literacka

Mrzyk i Gładysz
Przydałoby się milion drzew mojemu miastu, choćby akwarelowych.

Minus czternaście i smog, stojąc na ulicy, można bez żadnej osłony patrzeć w słońce. Chwilę później pojawia się skrawek smogowej tęczy, znak przymierza, ale strach pomyśleć, z kim tym razem. Świat się autoparodiuje, prezydenci tego świata dzielą się na błaznów i psychopatów, płynnie przechodząc z jednych w drugich. Ministrowie nieco bliżsi nam zdają się już zupełnie papierowi, wypompowano z nich krew i myśli, co zamiast wzbudzić żal, chęć pomocy, wywołało zazdrość. Osobliwie wśród liderów opozycji. Niektórzy udali się dokonać tej dziwacznej operacji do ciepłych krajów, pozostali postanowili załatwić sprawę na miejscu.

Słowem – najchętniej by się człowiek zaskorupił, nie rozglądał, przykrył kocem po czubek głowy, sam czubek zdaje się wystarczający, by brać udział w życiu społecznym. Przyjaciele, zauważyłem, wyszukują sobie coraz dziwaczniejsze hobby, sięgają po sprawdzoną metodę „na hopla”, by nie widzieć, nie brać udziału, nie ocierać się. Nigdy nie miałem się za kogoś wyjątkowego, lepszego od innych, postanowiłem więc pójść za ich przykładem. Postawiłem na śluzowce (Myxomycota), czemu trudno się dziwić, bo to fascynujące i piękne stworzenia.

Pisząc „stworzenia”, zawahałem się, bo śluzowce były już przypisywane do grzybów, potem do protisów grzybopodobnych, a są i tacy, którzy widzieliby je najchętniej w towarzystwie pierwotniaków, łatwo więc o pomyłkę. Czy też dokładniej: pomyłka wpisana jest w fascynację śluzowcami. To mi pasuje, wpisuje mi się to w ciąg mych wcześniejszych zainteresowań i nadziei. Taki na przykład Samotek Zmienny wygląda jak źle ugotowana pyza, za to Żałobnia jest już urokliwa, zdaje się kiwać na mnie dziesiątkami swoich wielokolorowych paluszków (które rzecz jasna żadnymi paluszkami nie są!). Smętosz po prostu pięknie się nazywa, podobnie jak Mrzyk. Z tym że ten ostatni frapuje też wyglądem. Na zdjęciach, które znalazłem w internecie, przypomina grupę zdezorientowanych żałobników. Pozwolę sobie na odrobinę fantazji: gdyby po śmierci nieboszczycy umierali jeszcze raz, w jakiś głębszy niebyt, to odprowadzając podwójnego umrzyka na ten dwakroćmentarz, wyglądaliby jak Mrzyk (Enerthenema elegans). A jest przecież jeszcze Gmatwianka, Strzępek i (zaiste piękny!) Gładysz.

Przypominam sobie, jak chyba w 1997 r., czytałem Johna Cage’a w „Literaturze na Świecie”. Cage fascynował się grzybami, a ja fascynowałem się nim, tym, co robi z prozą, jakie to pisanie jest zaskakujące i osobne. I gdy teraz o tym myślę, wspominam, puka mnie w ramię Maciej Sieńczyk z „Wśród przyjaciół”. Tu też mnożą się fascynacje na granicy manii i w książce polskiego rysownika też – tam gdzie oczekuje się pointy, zazwyczaj jest figa z makiem, pauza. Albo zgoła koniec. Też te zdania są pozornie proste, tak oznajmujące, jak się da, ale niepokój, mrowienie jakieś idzie pod nimi. To jest zrobione składnią, absurdem opisywanym bez żadnej emfazy, jakbyśmy kątem oka zobaczyli hipopotama przechodzącego pod oknem. Ale już znikł, znowu samochody i spirale szarych spalin, sąsiad skrobie szybę swojego citroëna z rozpaczą w oczach. Skąd to podobieństwo, czy raczej moje odczucie podobieństwa? Może stąd, że i Cage, i Sieńczyk panują nad inną materią artystyczną, inaczej widzą słowa i akapity: muzycznie, obrazem.

Co znów odsyła mnie, niestety, do tu i teraz, do tego tu, gdzie reformy edukacji są częstsze niż gradobicia, a nauczanie przedmiotów „artystycznych” niezmiennie zniechęca dzieci do muzyki i plastyki. Zwidują mi się moje nauczycielki, plastikowe flety, nieszczęsne cymbałki, koledzy pokazujący mi sprośne gesty, gdy na baczność przed całą klasą śpiewam hymn szkoły i milion drzew namalowanych akwarelami, w całej Polsce tak samo.

Przydałoby się milion drzew mojemu miastu, choćby akwarelowych. Pocieszam się i ja, śluzowcami, w nich się próbuję zapamiętać, może to wpłynie zbawczo na jakość tego, co tu pisuję. Nie mam jednak wielkiej nadziei, jest minus czternaście, smog schował budynki wyższe niż cztery piętra i nie wygląda na takiego, co odda, gdzieś Symphytocarpus, czyli Paździutek, przyjmuje formę mobilnego Pełzaka.

***

Paweł Sołtys (ur. 1978 r.) – lepiej znany jako Pablopavo – wokalista, kompozytor, autor tekstów. Laureat Paszportu POLITYKI w dziedzinie muzyki popularnej za 2014 r., typowany również w kategorii literackiej. Karierę muzyczną zaczął w zespole Saduba, był współzałożycielem Zjednoczenia Sound System, a od 2003 r. jest wokalistą Vavamuffin. W 2014 r. wydał „Polor”, kolejny już album nagrany z formacją Ludziki. Jesienią tego samego roku ukazała się też jego solowa płyta „Tylko”. W 2015 r. wyszedł album „Wir” – wspólne dzieło Pablopavo, Iwanek i Praczasa.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną