Kawiarnia literacka

Widok z okna
Do teraz nie jestem pewien, co wtedy zobaczyłem.

Dziś rano odwiozłem dzieci do przedszkola, wróciłem do domu i usiadłem przy biurku. Wtedy usłyszałem krzyk kobiety: – Zostaw go! Zostaw go, słyszysz! Bo dzwonię na policję!

Szybko poszedłem do okna w kuchni, z którego widać róg ulicy. Zresztą nawet gdyby krzyczała coś innego, na przykład „Dobrego dnia, kochanie!” albo „Proszę nie opierać się o mój samochód!”, pewnie i tak bym podszedł. Bo każdy pretekst jest dla mnie dobry, żeby nie pisać.

Do teraz nie jestem pewien, co wtedy zobaczyłem. Co właściwie zdarzyło się na rogu mojej zwykle spokojnej ulicy. Pięć nieostrych męskich sylwetek kłębiło się. Dwóch facetów kopało trzech leżących na jezdni. Tak przynajmniej mi się wydawało. Ale już dawno powinienem zmienić okulary na mocniejsze. A może to przez smog nie da się już nic w tym mieście zobaczyć?

Zmrużyłem oczy. Coś jeszcze mi się nie zgadzało. W co oni kopią tych na ziemi? Na pewno nie w głowy, nie w plecy i nie w brzuchy. Dlaczego kopią precyzyjnie w jedno miejsce, jakby tam była piłka, którą chcą wykopać?

Kiedy udało im się to coś wykopać, pomogli wstać dwóm kolegom, którzy rozglądając się na boki i trzymając za zakrwawione ręce, uciekli chodnikiem. Widziałem ślady krwi na ich białych dresach. Na jezdni został już tylko jeden, leżał bez ruchu na plecach. Kiedy zobaczył, że reszta uciekła, powoli wstał. Obejrzał ranę na ręce i wytarł w spodnie. Prawie upadł, podnosząc z ziemi kurtkę i okulary słoneczne. Założył je od razu na nos, jakby myślał, że teraz nikt go nie rozpozna. Bo po co mu słoneczne okulary w szary zimowy poranek? Kurtkę niedbale przewiesił przez ramię i, zataczając się, zaczął odchodzić środkiem ulicy. Ile mógł mieć lat? Najwyżej 20.

Teraz pojawili się przechodnie. Dwóch starszych robotników w niebieskich kombinezonach podeszło do niego. Pokazał im zakrwawioną rękę. Zaprowadzili go na chodnik, pewnie zaproponowali, że wezwą karetkę, bo chłopak kręcił głową, że się nie zgadza. Kiedy jeden uspokajająco położył mu rękę na ramieniu, wyrwał się agresywnie i niezatrzymywany więcej przez nikogo odszedł.

Dziesięć minut później na sygnał radiowozu znowu byłem przy oknie. Policyjna kia zaparkowała na samym środku ulicy i jak na filmach wyskoczyli z niej równocześnie z obu stron gotowi do akcji partnerzy: policjantka i policjant. Byli mniej więcej w moim wieku, a w każdym razie wyglądali, jakby w dzieciństwie oglądali w telewizji te same seriale co ja: „Dempsey i Makepeace na tropie”, „Miami Vice” i „Żar tropików”. Pamiętam, jak moja koleżanka udawała Makepeace i z dłońmi splecionymi w uniesiony pistolet wyskakiwała zza rogu: Nie ruszać się! Policja! Wyskoczyła tak raz przed jadący samochód, przejechała się kawałek na jego masce i więcej w to nie graliśmy.

Teraz na ulicy zrobił się korek i jadący do pracy kierowcy (skąd mieli wiedzieć, co tu się przed chwilą wydarzyło?) trąbili na radiowóz. Policjanci grzecznie więc wrócili do środka, żeby go przepisowo zaparkować. Potem obejrzeli ślad krwi i porozmawiali z dwoma robotnikami, którzy przed chwilą mieli bezpośredni kontakt z jednym z uczestników bójki.

Oczywiście niczego nie słyszałem.

Kiedy miałem już wrócić do biurka, pani w niebieskim fartuchu wychyliła się z okna na pierwszym piętrze. Od razu poznałem ten głos – to ona krzyczała, że wezwie policję. I pewnie właśnie ona to zrobiła. Ale teraz coś nie zgadzało jej się w tym, co robotnicy zeznawali policjantom.

Nie! – krzyczała. – To ten, co leżał na dole, zaczął. To on miał nóż. Tak mówi mój mąż, który wszystko widział od początku.

Policjanci spisali dane z dowodów osobistych i zaprosili świadków do radiowozu. Ulica wróciła do normalnego rytmu, jeździły samochody, ludzie biegli do autobusu, brud przykrył ślady krwi.

Spojrzałem na zegarek: 9:02. Najwyższy czas wrócić do biurka. Szkoda, że nie piszę kryminałów – pomyślałem. Na myśl o nożu coś zakłuło mnie w brzuchu. Może to stres związany z pisaniem? Albo pierwszy objaw mojej rodzinnej choroby? Dziadek cierpiał na nią latami i z jej powodu co drugi dzień chodził do lekarza. A ja jestem przecież do niego (tylko z wyglądu – jak podkreślają moi rodzice) najbardziej podobny. Poza tym słyszałem, że po dziadkach dziedziczy się geny i choroby. Więc może mam już pierwsze objawy hipochondrii?

To, niestety, zaczyna się układać w logiczną całość. Bo dlaczego wczoraj na zakupach starszy pan przy kasie niespodziewanie opowiedział mi dowcip, którego początkowo nie zrozumiałem? Musiał coś już u mnie wyczuć. – Siostra przychodzi do lekarza i mówi: panie doktorze, ten symulant spod siódemki umarł.

Teraz już go dobrze rozumiem, ale wczoraj umknął mi pewnie dlatego, że starszy pan zaraz opowiedział następny, bardziej zrozumiały. – Panie Mikołaju, ostatnie stadium choroby wenerycznej? Nie wiem. – Wykwity na nagrobku.

Więc wszystko się zgadza. Nie mówiąc o tym, że właśnie w tym miejscu, na rogu ulicy, na który patrzę od rana z okna w kuchni, 30 lat temu umarł na zawał mój dziadek.

Po południu jak codziennie wsiadłem do samochodu i pojechałem po dzieci do przedszkola. Na chwilę zapomniałem o moim bólu brzucha. Ale kiedy wracaliśmy do domu, mój pięcioletni syn zapytał: – Tato, czy jak umarniesz, to chcesz być posmarowany kremem, czy zamknięty w pudełku?

***

Mikołaj Łoziński – pisarz i fotografik. Socjolog z wykształcenia. Był tłumaczem telewizji francusko-niemieckiej, zarabiał jako malarz pokojowy i asystent niewidomej psychoterapeutki. Debiutował powieścią „Reisefieber” (Znak 2006), za którą otrzymał w 2007 r. Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Laureat Paszportu POLITYKI w 2011 r. za powieść „Książka”. Ojciec bliźniaków. Mieszka w Warszawie.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną