Kultura

Seriale na serio

Przemysław Witkowski o tym, dlaczego warto oglądać seriale

Przedstawiciel starego systemu, czyli Leon Niemczyk w serialu telewizyjnym „W labiryncie” , 1988–1990 r. Przedstawiciel starego systemu, czyli Leon Niemczyk w serialu telewizyjnym „W labiryncie” , 1988–1990 r. EAST NEWS
Kto uważa, że nie ma nic bardziej niewinnego niż popularny serial telewizyjny, powinien temat przemyśleć – choćby po lekturze nowej książki Przemysława Witkowskiego.
„Seks w wielkim mieście” – świat butów za tysiące dolarów, 2008 r.EAST NEWS „Seks w wielkim mieście” – świat butów za tysiące dolarów, 2008 r.
Bohaterowie „Beverly Hills 90210” żyją w oderwaniu od realiów ekonomicznych, 1992 r.EAST NEWS Bohaterowie „Beverly Hills 90210” żyją w oderwaniu od realiów ekonomicznych, 1992 r.

Pożyczmy nieśmiertelną frazę ze starego „Twin Peaks” Davida Lyncha i powiedzmy to wprost: „Seriale nie są tym, czym się wydają”. Nie są i nigdy nie były tylko czystym relaksem w wygodnym fotelu po ciężkim dniu pracy. Zwłaszcza dziś, gdy serial stał się już właściwie pełnoprawnym ekwiwalentem ambitnego kina albo dobrej literatury. Coraz wyższy ciężar gatunkowy serialu niesie ze sobą nieuchronne pytanie o ideologię. Można oczywiście upierać się, że seriale nie sączą nam do głowy żadnej wizji świata, stosunków politycznych czy ładu społecznego. Ale trochę na zasadzie „zbij pan termometr, nie będziesz pan miał gorączki”.

Na szczęście z pomocą przychodzi nam Przemysław Witkowski ze swoją nową książką „Chwała supermanom” (Książka i Prasa, 2017 r.). Ten dziennikarz, publicysta i poeta związany w przeszłości z wrocławską „Odrą” oraz „Krytyką Polityczną” nie zamierza nas do seriali zniechęcać. Przeciwnie. On jest nimi – jak na przedstawiciela swojego pokolenia (rocznik 1982) przystało – szczerze zafascynowany. Witkowski nie ma więc najmniejszego kłopotu, by zagłębić się w świat hitów telewizyjnej kultury popularnej minionego ćwierćwiecza. Robi to jednak nie tylko jako fan, lecz przede wszystkim jako krytyczny i uważny obserwator. Zdeterminowany, by zidentyfikować nurty ideologii płynące tuż pod powierzchnią popkultury. Nawet jeśli zjawisko stara się być jak najbardziej przezroczyste i pozostawać sferą rozrywki.

Oderwani od rzeczywistości

Ciekawie jest już właściwie od razu, gdy Witkowski cofa się do szalonych lat 90. i do seriali doby wczesnej polskiej transformacji. „Cały kraj jest pełen takich Stopczyków” – mówi do żony, kładąc się spać, doktor Jan Duraj, czyli grany przez Piotra Skargę główny bohater serialu „W Labiryncie” (1988–91). Ta emitowana w czasach późnego PRL pierwsza polska telenowela opowiada o losach grupy warszawskich naukowców z instytutu badawczego, pracujących nad innowacyjnym środkiem przeciwbólowym Adoloranem. Wokół wieje już wiatr zmian zapoczątkowany reformami ministra Wilczka, a kontynuowany terapią szokową Balcerowicza. Widz „Labiryntu” ani przez moment nie może mieć wątpliwości, że oto dobro wygrywa ze złem. A stara, skostniała biurokracja reprezentowana przez docenta Stopczyka (w tej roli Leon Niemczyk, który wygląda jak półtora komunistycznego aparatczyka) musi przegrać z nowym, dynamicznym i prorynkowym pokoleniem doktorów Duraja i Hanisza (Jan Jankowski).

Apoteoza wolnego rynku swój szczyt osiąga w komediowym serialu „Bank nie z tej ziemi” emitowanym w latach 1993–94. To dość odjechana opowieść o duchu przedwojennego bankiera-samobójcy Henryka, który może zmazać swoje grzechy i osiągnąć zbawienie tylko pod warunkiem… osiągnięcia sukcesu ekonomicznego. System kapitalistyczny w dosłowny sposób splata się tu z katolicką hierarchią bytów. Bóg nazywany jest Szefem, św. Piotr Prezesem, a święci to Rada Nadzorcza. I odwrotnie: piekło to poprzedni ustrój komunistyczny, a wszyscy, którzy kwestionują nowy liberalny ład, są przedstawieni w serialu jako szatańska anomalia. Wódka rozdawana przez diabły za dopłatą nie dość, że powoduje inflację, to jeszcze wywołuje wśród mieszkańców Warszawy „lustracyjną gorączkę”. Okazuje się, że nawet „Partia antyreformatorska” jest w serialu założona i sterowana przez… same diabły.

Te wszystkie przerysowania można by jeszcze od biedy zrzucić na karb komediowej konwencji. Ale to nie żaden wyjątek. Inny serial, „Pierwszy milion” (1999–2000), jest już przecież na poważnie, tymczasem poziom prorynkowej agitacji poraża w nim równie mocno. W filmie trzech młodych bohaterów – Frik, Piki i Kurtz (trochę nawiązanie do Borowieckiego, Bauma i Welta z „Ziemi obiecanej”) – zajmują się robieniem pieniędzy, co wychodzi im świetnie. Ale reszta obrazka przeraża. Pracownicy? To grupa pozbawiona nadludzkiego przedsiębiorczego ducha, a więc (ze swej winy) łatwa do oszukania i naiwna. Mają „postawę roszczeniową” i można ich za marne pieniądze wynająć do „drobnych szwindli” (kolejny dowód na wyższość i spryt kapitalistów). Kobiety? Mają ładnie pachnieć i siedzieć z bohaterami w basenie w czasie orgii po dopięciu kolejnego udanego interesu. Etyka? „Powyżej 100 mln dol. majątku nie można złamać prawa, bo wtedy się przecież samemu prawo ustanawia” – klaruje jeden z drugoplanowych bohaterów, zresztą były partyjny funkcjonariusz, który dorobił się w końcowej fazie PRL.

Oczywiście naszych wyobrażeń o transformacji nie organizują tylko seriale rodzime. Również, a może nawet przede wszystkim, te importowane. Wśród nich zwłaszcza popularny „Beverly Hills 90210”, emitowany w Polsce w latach 1994–2003, „Słoneczny patrol” (1994–2001) albo „Przyjaciele” (1994–2004). Każdy z nich na swój własny sposób opowiada o przygodach młodych ludzi, którzy żyją sobie w kompletnym oderwaniu od społecznych, ekonomicznych czy politycznych problemów swoich czasów.

Prymusik z „Beverly” Brandon Walsh, popracowawszy dorywczo w wakacje, kupuje sobie zadbanego mustanga kabriolet, rocznik 1965. A paczka z „Przyjaciół” mieszka wygodnie w sercu Manhattanu, choć biorąc pod uwagę wykonywane przez nich zawody (baristka, kucharka na pół etatu, masażystka i bezrobotny aktor), w rzeczywistości absolutnie nie byłoby ich na to stać. Wszystkie te obrazki może by i nie miały takiej siły rażenia, gdyby nie fakt, że w oczach mieszkańców demoludów stawały się wizją zachodniej wolnorynkowej normalności, do której już zaraz dotrzemy. Przetrzymajmy jeszcze tylko te parę lat transformacyjnej zawieruchy, a wszelkie niedogodności ustaną i będziemy żyli jak Brandon i Brenda.

Twory popkultury

Niedogodności nie ustały. Ale powszechną świadomością zdążył zawładnąć serial nowego typu. Powiedzieć, że „Seks w wielkim mieście” (1998–2004) był kultowy, to nie powiedzieć nic. Przemysław Witkowski stawia nawet tezę, że opowieść o seksualnych i sklepowych podbojach czterech nowojorskich przyjaciółek zrobił dla emancypacji (zwłaszcza seksualnej) Polek więcej niż cały nadwiślański feminizm. Przy czym jest jedno wielkie „ale”: ta wizja emancypacji była specyficzna. Żeby z niej skorzystać, trzeba się było wykazać bardzo wysokim dochodem, który gwarantował dostęp do drogich marek, prestiżowych apartamentów i imprez, na których można było spotkać zamożnych mężczyzn.

Nawet najbardziej podatna na prekaryzację pracy gazetowa felietonistka Carrie ma kłopoty finansowe może ze dwa razy. A to i tak tylko dlatego, że wcześniej wydała 40 tys. dol. na buty. Koniec końców i tak zostaje utrzymanką Mr. Biga, który kupuje jej luksusowe mieszkanie. Skąd właściwie bierze pieniądze Big? Wiadomo, że z jakichś tam spekulacji giełdowych. Serial nie dociera niestety do 2008 r., gdy krach na Wall Street postawił otwarcie pytanie: „skąd właściwie pochodziły pieniądze Mr. Bigów tego świata?”.

Szok kryzysu 2008 r. rzecz jasna musiał w końcu dotrzeć również do świata seriali. Zastępując cukierkowe opowieści o słodkiej konsumpcji coraz bardziej wyraźnym poczuciem, że coś wisi w powietrzu. Katalog lęków doskonale otwiera „Breaking Bad” (2008–13). Czyli opowieść o nieudaczniku Walterze, który pracuje jako nauczyciel chemii w prowincjonalnym amerykańskim liceum. A że w sektorze publicznym światowego supermocarstwa początków XXI w. nie da się związać końca z końcem, to musi jeszcze dorabiać jako kasjer w myjni. Na domiar złego w dniu swoich 50. urodzin bohater dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory. Wiedziony chęcią zabezpieczenia rodziny, zaczyna produkować metamfetaminę (w końcu po coś tę chemię studiował). W krótkim czasie staje się bezwzględnym narkobiznesmenem. Wymuszona przedsiębiorczość prowadzi nieudacznika do wewnętrznego przełomu. Ale przekonanie, że oto zawiedli wszyscy wokół (państwo opiekuńcze, rynek pracy, system ochrony zdrowia) i przedstawiciel klasy średniej musiał zejść na drogę bezprawia, wisi przez cały czas w powietrzu. Świat po 30 latach neoliberalizmu to nie jest miejsce dla słabeuszy.

Jeszcze inaczej lęki przed socjalną rewolucją pokazali twórcy najnowszych filmów przywracających kulturze popularnej postać Sherlocka Holmesa. Mowa tu zarówno o filmach Guya Ritchiego (2011 r.), jak i serialu BBC (start w 2010 r.). I w jednym, i w drugim przypadku dochodzi do ciekawego odwrócenia ról. Jako protagonista Holmes powinien przecież stać po stronie dobra. Tymczasem on broni nie dobra, lecz raczej ancient régime’u. W jednym przypadku da się to jeszcze wytłumaczyć faktem, że próbuje zapobiec zamachowi anarchistów na radzących w Szwajcarii w przededniu pierwszej wojny światowej polityków wielkich mocarstw (choć każdy odrobinę znający historię wie, że akurat anarchiści byli wśród tych, którzy się pierwszej wojnie światowej przeciwstawiali). Z kolei w odcinku specjalnym „Sherlocka” (2016 r.) genialny detektyw, działając w interesie brytyjskiej korony, uświadamia sobie smutną prawdę: wypełnienie przez niego misji będzie równoznaczne ze stłumieniem spisku walczących o emancypację oraz godność sufrażystek. Również w „Grze o tron” (rozpoczęty w 2011 r., kolejne sezony powstają do dziś) przebija drapieżna myśl, że może idące z południa wojska Daenerys Targaryen to nie koniec świata, lecz zapowiedź nowego bardziej sprawiedliwego ładu.

Seriali jest u Witkowskiego oczywiście dużo więcej. Nie wspomnieliśmy tu choćby o nieco bardziej ironicznym (choć też akceptującym) spojrzeniu na polską transformację autorstwa Jerzego Gruzy: seriale „Czterdziestolatek. Dwadzieścia lat później” z 1993 i „Tygrysy Europy” z 1999 r. Ani o nowych i dość topornych produkcjach patriotycznych w stylu „Czas honoru” (2008–14). Czy wreszcie o polskim kinie kolonialnym „Misja Afganistan” (2013–?). Analiza fantazji i ideologicznej zawartości tworów popkultury to w końcu niemal niewyczerpane źródło sporów. Które mają na dodatek tę przyjemną cechę, że można je toczyć nawet wówczas, gdy wszystkie odcinki ulubionego serialu mamy już zaliczone.

***

Przemysław Witkowski, Chwała Supermanom. Ideologia a popkultura, Książka i Prasa, Warszawa 2017, s. 319

Polityka 23.2017 (3113) z dnia 06.06.2017; Kultura; s. 72
Oryginalny tytuł tekstu: "Seriale na serio"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Kobiety na froncie

Rozmowa ze Swiatłaną Aleksijewicz, autorką bestsellera „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, o żołnierkach Armii Czerwonej

Paweł Sulik
15.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną