Kawiarnia literacka

Zło – ta polska jesień
Jesienią chodzą z nami inni zmarli, ci mniej oczywiści, dalsi od tych, którzy chodzą z nami latem czy wiosną.

Trzydziesta dziewiąta jesień. Zawsze to lepiej niż jesień trzydziestego dziewiątego roku. Tym niemniej ciężko – jakby mokre liście nie przyczepiały się tylko do kurtek i czapek, jakby nie tylko szaliki, buty i spodnie nasiąkały wodą – iść ciężko, a i stać jakoś beznadziejnie.

Lubiło się przecież jesienie, najpierw po dziecinnemu, ludziki z kasztanów i żołędzi, skoki w kaloszach, tak że odbicie chmur w kałuży pękało, by po chwili wrócić okręgami, jakby ktoś z góry wyostrzył wzrok i znowu wszystko wróciło do jesiennego porządku. Potem młodzieżowo: można było czytać jesienne wiersze, użalać się trochę nad sobą, cytować te wiersze dziewczynom, zakładać im swoje kurtki na ramiona i starać się nie drżeć od zimna, od ich spojrzeń. A teraz – szkoda gadać, coraz więcej myśli o metaforach banalnych, które nagle kłują, okazuje się, w boku, generują zadyszki, wkładają do portfeli wyniki badań i do kieszeni opakowania jakichś proszków. Wiosna życia, lato też już przeszło, ech, cholera (użyłem tego przekleństwa, bo to jednak kulturalne pismo, w rzeczywistości są bardziej jesienne brzydkie wyrazy). Dziś na Kępie widziałem martwego szczura, podbutwiałe liście przykryły mu ogon i tyłek, na resztę nie starczyło naturze litości i tak leżał omijany ocieplanymi butami, wrony na łysawych już gałęziach patrzyły na niego wzrokiem profesora Szyszki, zło – ta polska jesień.

Co 39-letni człowiek powinien czytać jesienią? Oczywiście „Dół” Płatonowa, oczywiście „Psalm 44” Danilo Kiša i na dobitkę „Ostatnią gospodę” Kertésza. Bo jeśli nie da się z jesienią wygrać, trzeba się w niej nurzać, udawać, że się jest z jesieni, jak jakiś październikowy facet albo dziewczyna-listopad, tak trzeba.

Jesienią chodzą z nami inni zmarli, ci mniej oczywiści, dalsi od tych, którzy chodzą z nami latem czy wiosną. To oczywisty wpływ zbliżającego się święta, odwiedzania grobów dalszej rodziny (o tu jeszcze leży Bazyli, gdzieś tu, nigdy nie pamiętam… – a jak się do niego mówiło? – normalnie, Wasia…), jeśli po coś jest ta pora roku, to chyba właśnie po to, by niczyi już zmarli mieli z kim chodzić po świecie. Bazylego bliskiej rodziny już nie ma, jakoś wszyscy pomarli, więc idzie dziś ze mną, choć nie pamiętam, jak wyglądał, nie pamiętam nawet, czy go kiedyś widziałem. Ale opowiadano mi o nim sporo. Opowiadała mi mama i ci, którzy leżą z nim na wolskim cmentarzu: dziadek, babcia. Nie umiem teraz przypomnieć sobie stopnia pokrewieństwa, pamiętam za to, że do pewnego momentu, w dzieciństwie, wydawało mi się, że jest tylko jeden Bazyli na świecie, ten, który leży na granicy prawosławnego i katolickiego cmentarza na Woli, tego cmentarza, gdzie 1 listopada spotykają się procesje obu konfesji i staro-cerkiewno-słowiański śpiew chóru przeplata się z polskimi katolickimi śpiewami i jest w tym jakaś nadzieja – taka, jaka może być jesienią – nadzieja w towarzystwie zmarłych.

Idziemy więc z Bazylim, który urodził się w Pińsku, a umarł w Warszawie, po drodze zwiedzając pół świata, tak jak się go zwiedzało w XX w., nie po dobrej woli i nie tam, gdzie by się chciało. Idzie i przepowiada mi do ucha te historie, których nie chciałbym zapomnieć, bo jeśli zapomnę, to już nikt nie będzie ich pamiętał. O sobie, o moich zmarłych, o jeszcze dalszej rodzinie, której odnogi giną gdzieś w szarościach nieistniejących od dawna województw i guberni. Puszczam mu na słuchawkach (to znaczy puszczam sobie, ale zmarli słyszą lepiej, niż nam się zdaje) Miłość z Lesterem Bowiem – „Fukan Zazen-gi”, ten tytuł i wykonawca powinni go konfundować, ale niełatwo skonfundować kogoś, kto umarł w 82 r. Zwłaszcza że Lester Bowie też już przechadza się od 18 lat z kimś jako cień po Nowym Jorku. Podobnie jak genialnie grający na tej płycie na perkusji Jacek Olter, po Trójmieście. Fukan zazengi to właściwie „Zasady uprawiania zalecanej wszystkim siedzącej medytacji” – tekst japońskiego mistrza zen Dgena. Nie znam się na tym nic a nic, mogę tylko dodać, że jeden z najpiękniejszych bezwiednych wierszy na świecie to opis życia mistrza (innej szkoły zresztą) Kakuy w polskiej Wikipedii: „…Po jego powrocie do Japonii usiłował propagować zen, ale spotkał się z bardzo niewielkim zainteresowaniem. Usłyszał o nim cesarz i poprosił o mowę zen w celu moralnego podbudowania jego i podwładnych. Kakua stanął w milczeniu przed cesarzem, następnie zrobił piszczałkę z zakładki swojej szaty, zagwizdał jedną krótką nutę, grzecznie się ukłonił i wyszedł. Udał się na górę Hiei, gdzie słuch o nim zaginął”.

***

Paweł Sołtys (ur. 1978 r.) – lepiej znany jako Pablopavo – wokalista, kompozytor, autor tekstów. Laureat Paszportu POLITYKI w dziedzinie muzyki popularnej za 2014 r. Karierę muzyczną zaczął w zespole Saduba, był współzałożycielem Zjednoczenia Sound System, a od 2003 r. jest wokalistą Vavamuffin. Stale nagrywa też z grupą Ludziki. Pablopavo jest też bohaterem stworzonego przez Marcina Podolca i Marcina „Flinta” Węcławka biograficznego komiksu „Dym”. Właśnie ukazał się jego debiut literacki, zbiór opowiadań „Mikrotyki”.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną