Kultura

Krzyk na trwogę

Muzycy z grupy „Hańba!” uczą Polaków historii

„Ledwo słoneczko uderzy/W okno złocistym promykiem,/Budzę się hoży i świeży/Z antypaństwowym okrzykiem”. „Ledwo słoneczko uderzy/W okno złocistym promykiem,/Budzę się hoży i świeży/Z antypaństwowym okrzykiem”. Leszek Zych / Polityka
Podobno naród, który nie zna własnej historii, skazany jest na jej powtórkę. Warto więc słuchać krakowskiej grupy Hańba!, nawet jeśli nie są to słowicze trele.
Hańba! Od lewej: Ignacy Woland, Wiesław Król, Adam Sobolewski i Andrzej Zamenhof.Leszek Zych/Polityka Hańba! Od lewej: Ignacy Woland, Wiesław Król, Adam Sobolewski i Andrzej Zamenhof.

Rok 1937 w polskiej muzyce? W marcu umiera Karol Szymanowski, to niepowetowana strata. Do kin wchodzi „Sonata księżycowa”, brytyjski film z Ignacym Janem Paderewskim w roli głównej. W radiu coraz więcej jazzu, mieszkańcy Warszawy, Poznania i Lwowa tańczą, jak im big-bandy Henryka Warsa, Jerzego Petersburskiego i braci Goldów zagrają. O zbuntowanej orkiestrze podwórkowej Hańba! kroniki milczą, choć ich piosenki najlepiej oddają nastroje tamtych dni.

III RP

Ta historia zaczęła się w 2011 r., kiedy płytę „Gore – Pieśni buntu i niedoli XVI–XX wieku” supergrupy R.U.T.A., w której spotkali się m.in. muzycy Kapeli Ze Wsi Warszawa i punkowych legend: Dezertera, Moskwy i Post Regimentu, usłyszeli trzej koledzy aktywni w krakowskim muzycznym undergroundzie. Sami wcześniej próbowali niemal wszystkiego, od indie rocka, przez metal, po punk, by spotkać się w grupie Południca, penetrującej alternatywne obrzeża folku.

Wyćwiczeni w muzycznym eklektyzmie, zaprawieni w eksperymentach, przechwycili i rozwinęli pomysł łączący muzyczne i ideologiczne dziedzictwo punk rocka z konceptem historycznym. Wybrali dwudziestolecie międzywojenne, bo to czasy barwne i burzliwe, bo polityka, bo poezja. Andrzej Zagajewski chwycił za bandżo, Michał Radmacher zajął się akordeonem i klarnetem, Mateusz Nowicki wybrał bęben, a skład uzupełnił dmący w tubę Jakub Lewicki. Wymyślili sobie pseudonimy i fikcyjną biografię, przebrali się w ciuchy, które mogliby nosić w międzywojniu uliczni muzykanci, wymyślili nazwę – Hańba!, z wykrzyknikiem, jak okrzyk słyszany przed wojną z obu stron politycznego rozłamu – i zaczęli razem grać.

Nie od razu się spodobali. Ich występy na przeglądach zespołów rockowych budziły konsternację – nietypowe instrumentarium i wizerunek sprawiały, że w najlepszym razie traktowani byli jako formacja kabaretowa. Poznali się na nich dopiero wielbiciele muzyki źródeł – w 2014 r. na Konkursie Muzyki Folkowej Polskiego Radia „Nowa Tradycja” krakowski kwartet zdobył Nagrodę Specjalną im. Czesława Niemena. Grali coraz więcej koncertów, na których sprzedawali płyty-samoróbki – „Figę z makiem” (2013 r.), „Prosto w serce” (2014 r.) i „Gumę i gówno” (2014 r.). Kolejnym przełomem był występ na OFF Festivalu, w sierpniu 2015 r., który zaowocował wideosesją dla amerykańskiej radiostacji KEXP i podpisaniem kontraktu z zasłużoną dla polskiej sceny niezależnej wytwórnią Antena Krzyku. Dzięki kilku utworom zarejestrowanym przez KEXP na tle zabytkowych kamienic katowickiej dzielnicy Nikiszowiec o Hańbie! usłyszał daleki świat, co zaowocowało m.in. zaproszeniami na festiwale i trasą w Stanach Zjednoczonych. A za sprawą Anteny Krzyku ukazały się już dwa oficjalne albumy grupy – „Hańba!” (2016 r.) i „Będą bić!” (2017 r.).

II RP

Ta historia zaczęła się na jednym z obskurnych podwórek krakowskiej dzielnicy Podgórze w 1931 r. A właściwie zaczęła się niemal dekadę wcześniej, kiedy Eligiusz Niewiadomski zastrzelił prezydenta Gabriela Narutowicza – i skończył się sen o wspólnej Rzeczpospolitej, a kraj pękł na pół. „Mordercą jego jest nienawiść/Jaką go ten naród darzył/Upust znalazła w postaci szaleńca/Jego krew na waszych rękach!” – to pierwsza piosenka wykrzyczana przez Hańbę!, do której słowa napisał Adam Sobolewski (to pseudonim Nowickiego), a muzykę Andrzej Zamenhof (to Zagajewski). Od 1931 r. – w zaproponowanej przez siebie chronologii – Hańba! nie tylko koncertuje i nagrywa, ale również intensywnie… czyta polskich poetów. Szczególnie tych, co z daleko idącą rezerwą odnoszą się do rzeczywistości społeczno-politycznej II Rzeczpospolitej, przestrzegają przed konsekwencjami sanacyjnego tromtadractwa i rosnącego w siłę nacjonalizmu. Tych, co widzą krzywdę prostego człowieka, ale którym bolszewicy też nie są mili. Hańba! śpiewa te wiersze. Czasem je bezczelnie poprawia, coś dopisuje, coś wycina, ale czego innego spodziewać się po łobuzach z instrumentami? Nie czas żałować zwrotki, gdy płoną głowy.

„Co mam robić, dokąd iść?/Chyba z głodu kamień gryźć./Takie moje przeznaczenie:/Bezrobocie, głód, więzienie./Bracie, dokąd iść?” – pytają w ślad za Władysławem Broniewskim albo ironizują strofami Juliana Tuwima: „Ledwo słoneczko uderzy/W okno złocistym promykiem,/Budzę się hoży i świeży/Z antypaństwowym okrzykiem”.

Dostrzegają brutalizację życia społecznego („Kołtun pod rękę bierze kołtuna:/– Wódki na kredyt nie chce dać sklep!/– Żydokomuna! Żydokomuna!/Huzia, panowie! Kija! W łeb!” – to Jana Brzechwy), ale ostrzegają też przed rosnącym w siłę wrogiem zewnętrznym, jak tu, słowami Henryka Zbierzchowskiego: „Niemcy się zbroją... czuwajmy, na Boga!”.

Zresztą, może nie trzeba się bać? Nawet jeśli przyjdzie wojna, może nie będzie tak źle. „Wojna? Bardzo prosimy. Na to jak na lato./To już w nikim najmniejszej obawy nie budzi,/czołg będzie walczyć z czołgiem, armata z armatą – same, bez ludzi” – podsuwają nam wizję Jerzego Jurandota.

Na razie zatrzymali się na 1937 r., wiszący nad Polską i światem miecz Damoklesa jeszcze nie opadł. Ale będą kolejne rozdziały tej opowieści.

5 x Hańba!

Uświęcone mnożącymi się od ćwierćwiecza legendami dziedzictwo Jarocina wymaga od polskich muzyków, szczególnie tych, którzy wykazują społeczne czy polityczne zaangażowanie, szczerości i naturalności. Definiuje się je – nie tylko nad Wisłą, w muzyce rockowej w ogóle – między innymi przez pogardę dla formy. Abnegatom z gitarami wierzymy bardziej niż tym, którzy zamiast przygotowywać koktajle Mołotowa tracą czas na układanie fryzur i prasowanie kostiumów. A jednak Hańba! jest tu wyjątkiem, wręcz fenomenem, bo owa teatralność, umowność nie pozbawia ich wiarygodności.

Mamy do czynienia z zespołem – czy szerzej: konceptem artystycznym – który oddziałuje na co najmniej pięciu różnych płaszczyznach. Pierwsza to spójna i konsekwentna stylizacja. Gra z odbiorcą, która nie kończy się, gdy gasną światła sceny. O ile bowiem wielu artystów zakłada bardziej nawet wymyślne kostiumy na koncerty, o tyle Hańba! proponuje pełen pakiet: nowe nazwiska i życiorysy, spójną narrację przez lata budowaną wokół zespołu, dbałość o szczegóły, polegającą m.in. na tym, by teksty zapożyczone pochodziły z epoki, a własne nie zawierały słów, które wówczas nie były jeszcze w użyciu.

Właśnie słowo – to drugi z atutów Hańby! Od dobrej dekady w muzyce popularnej dominują postawy eskapistyczne, a tekściarze zajmują się raczej swoim bogatym życiem wewnętrznym niż problemami innych ludzi. Pojawienie się zespołu, który jest na coś wściekły, z czymś się nie zgadza, coś proponuje, jest odświeżające. Nie trzeba we wszystkim Hańbie! przyklaskiwać, by docenić to, że im zależy.

Kolejna mocna strona krakowskiej grupy to aktualny kontekst. Żadna w tym jednak zasługa zespołu, który powstawał, gdy Platforma Obywatelska zaczynała drugą kadencję swoich rządów, a Polska robiła za zieloną wyspę, która oparła się powodzi światowego kryzysu. Wspólnie z harmonijnie rozwijającą się Ukrainą przygotowywaliśmy się do organizacji mistrzostw Europy w piłce nożnej, brexitu nie wymyśliłby nawet krajowy zjazd pisarzy science fiction i wszyscy trzymaliśmy kciuki za arabską wiosnę, gotowi pomagać im na miejscu, ale też zaprosić do siebie, gdyby była taka potrzeba. Mówiąc krótko – Hańba! wtedy nie miała większego sensu.

Minęło raptem kilka lat, a rzeczywistość dogoniła artystyczną wizję. W Polsce zaostrzył się polityczny konflikt, odżyły uśpione przez co najmniej dwie dekady lęki i uprzedzenia, a świat za naszymi granicami zaczął trząść się w posadach. Wiatr historii zdmuchnął kurz z tekstów Hańby! i choć nie ma się z czego cieszyć, wypada im pogratulować wyczucia. Nawet sama nazwa grupy, wyrazista, ale przed paru laty pobrzmiewająca niewinnie archaicznością, dzisiaj brzmi znów obrzydliwie aktualnie. Okrzyk „hańba!” równie chętnie wznoszą posłowie w ławach sejmowych, gdy nie podoba im się przemówienie politycznego przeciwnika, jak i demonstranci na ulicznych wiecach, niezależnie od treści transparentów, pod którymi się gromadzą.

Skoro jednak teksty i ich kontekst są tak ważne, jak wytłumaczyć zagraniczne przewagi formacji? Otóż czwartym ich atutem jest energia, która nie potrzebuje tłumaczy i której nie da się zamarkować. Tu kończy się rekonstrukcja historyczna, przestaje działać magia teatru, a zaczyna kąsać punk rock. Czyli Hańby! as w rękawie. Nietypowe instrumentarium intryguje tych, co na punku zęby zjedli, ale też otwiera na autorów „Będą bić!” inną publiczność, taką, która uchyliłaby się pewnie przed głośnymi, przesterowanymi gitarami i karabinem maszynowym perkusji.

Po piąte, muzyka Hańby! nie jest szczególnie wyrafinowana, być może w oderwaniu od tych wszystkich znaczeń, jako czysta forma, nie robiłaby wielkiego wrażenia. Spełnia za to znakomicie swoje zadanie jako łączniki pomiędzy wymienionymi wcześniej elementami. Jest paliwem, które wprawia to wszystko w ruch.

Ratujmy, co się da

Hańby! nikt przed wojną nie słuchał, bo jeszcze wtedy nie istniała. A szkoda, bo ich piosenki może ostudziłyby kilka gorących głów, ostrzegłyby co uważniejszych słuchaczy przed nadciągającą katastrofą. Nie mogłyby zmienić biegu wydarzeń, odwrócić wartkiego nurtu historii, tak jak nie zmieniły niczego przypominane przez krakusów ówczesne wiersze. Ale niechby jednego i drugiego obudził ten alarmujący krzyk, niechby chociaż spróbowali ratować, co się da…

Paszporty POLITYKI w kategorii muzyka popularna za rok 2017, ale w roku stulecia odzyskania niepodległości i narodzin II RP – otrzymali zatem Wiesław Król, Andrzej Zamenhof, Adam Sobolewski (to Nowicki) i Ignacy Woland (to pseudonim Lewickiego). Należą im się, chociaż nie mamy pewności, czy z nich skorzystają. Ci młodzi ludzie nie wyglądają na takich, którzy mieliby uchodzić przez Kuty i Zaleszczyki, a gdy już nadejdzie to, przed czym mogliby uciekać, paszporty nie będą potrzebne.

Polityka 2.2018 (3143) z dnia 09.01.2018; Temat z okładki; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Krzyk na trwogę"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Uzależnieni od uzależnionych

Seks, hazard, komputer – z uzależnionym żyje się na krawędzi. Chciałoby się mieć gwarancję, że nałóg partnera nie powróci. Ale gwarancji nie ma i nie będzie.

Izabela O’Sullivan
17.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną