Leon Kruczkowski: wymazywany przez PiS, opisywany przez Jadwigę Kaczyńską

Kruczkowski wyklęty
Jadwiga Kaczyńska przez lata zajmowała się twórczością i postacią Leona Kruczkowskiego. A teraz PiS usuwa z nazw ulic bohatera jej prac.
Leon Kruczkowski
Dorys/Czesław Czapliński/Fotonova

Leon Kruczkowski

Jadwiga Kaczyńska była pracownikiem naukowym Instytutu Badań Literackich PAN. Fotografia z 2007 r.
Piotr Małecki/Forum

Jadwiga Kaczyńska była pracownikiem naukowym Instytutu Badań Literackich PAN. Fotografia z 2007 r.

audio

AudioPolityka Aleksandra Żelazińska - Kruczkowski wyklęty

Na hasło „ulica Leona Kruczkowskiego, Warszawa” przeglądarka jako pierwszą wyświetli nam mapę Powiśla – i zrzut na ulicę Zbigniewa Herberta. Nie jest to błąd. Kruczkowski ustąpił miejsca Herbertowi decyzją wojewody mazowieckiego Zdzisława Sipiery (PiS), który podpisał odpowiednie zarządzenia jeszcze w listopadzie ubiegłego roku. Ustąpili lub ustąpią też inni, w sumie 47 patronów w 16 stołecznych dzielnicach – prawie wszystkich, z wyłączeniem Wilanowa i Ochoty.

Sam Kruczkowski, XX-wieczny pisarz, dramaturg i publicysta, jest – albo był – patronem ulic i szkół jak Polska długa i szeroka. Dziś to patronat problematyczny i stopniowo wymazywany. Zniknął z tablic m.in. w Gdyni (wymieniony na Kruczkowskiego, ale Kazimierza), Gdańsku, Rudzie Śląskiej, Białymstoku i we Wrocławiu. W Lublinie – to chyba rekord – pod nowym adresem (przy ul. Herberta) mieszka 1359 osób. Do („systematycznie uzupełnianego”) spisu nazwisk, które podlegają wymianie, Instytut Pamięci Narodowej wciągnął Kruczkowskiego w połowie 2017 r. w myśl ustawy „o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej”. Odpowiedzialność za wdrożenie zmian jest cedowana na samorządy. Jeśli działają opieszale, są ponaglane przez wojewodów, rzadko uwzględniających sprzeciw radnych czy mieszkańców.

IPN – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu nie ma wątpliwości, że i Kruczkowski kwalifikuje się do tej dekomunizacyjnej operacji. „Chemik, pisarz i publicysta, powojenny działacz komunistyczny, członek centralnych organów PZPR, członek Rady Państwa PRL, członek komunistycznego FJN [Front Jedności Narodu – red.]” – wylicza IPN. Dodając, że po 1930 r. Kruczkowski „poświęcił się całkowicie twórczości literackiej i publicystycznej, silnie związanej z lewicowymi prądami politycznymi”, a po powrocie do kraju w 1945 r. pełnił rozmaite funkcje w rządach i strukturach stworzonych albo „zdominowanych przez komunistów”, propagujących politykę imperialną ZSRR albo przez ZSRR finansowanych. O samym dorobku literackim – a był autorem powieści, dramatów, scenariuszy i zbiorów eseistycznych – Instytut wspomina zdawkowo, wymieniając najgłośniejsze tytuły, w tym „Kordiana i chama”, „Niemców” i „Pierwszy dzień wolności”.

Diametralnie inaczej – ironia losu – przedstawiła pisarza Jadwiga Kaczyńska, matka Jarosława i Lecha, z wykształcenia polonistka, w przedmowie do dramatu „Niemcy” z 1983 r. Zanotowała: „W twórczości Leona Kruczkowskiego uderza konsekwencja, z jaką pisarz obraca się wokół zagadnień społecznych, politycznych, historycznych i wynikających z nich uwikłań moralnych”. Ponad trzy dekady później opis ten w dalszym ciągu się zgadza.

Uwikłania moralne

Kaczyńska zajmowała się Kruczkowskim ze służbowego obowiązku, na zlecenie Instytutu Badań Literackich PAN, z którym była związana od 1953 r. Jej kariera zawodowa – rzec można – zatoczyła koło. W pracowni dokumentalistycznej IBL Kaczyńska spędziła najpierw trzy lata, później była nauczycielką, a gdy zdrowie nie pozwalało jej już uczyć, ponownie znalazła się w instytucie. Przez chwilę zajmowała się literaturą XIX-wieczną w zespole prof. Edmunda Jankowskiego, by znów trafić pod skrzydła prof. Jadwigi Czachowskiej, do wyraźnie jej bliższej pracowni literatury współczesnej.

Kaczyńska niewątpliwie lubiła tę pracę. O IBL mówiła, że to „miejsce bardzo szczególne, bardzo godne”. Szła do niego z marzeniem, żeby pracować m.in. nad twórczością Marii Dąbrowskiej, wówczas jej ulubionej pisarki. Odwiodła ją od tego prof. Czachowska, proponując inne zajęcie – sporządzenie bibliografii czasopism emigracyjnych wydawanych w Londynie. Kaczyńska, nazywana Jagą albo Jadzią, tak ten epizod wspominała: „Stalinizm już tajał, ale jeszcze ciągle trwał. Robiłam to z wielkim zapałem i ogromną ciekawością, bo choć nadchodziła odwilż, lata były bardzo ciężkie, odcięcie od świata zupełne. A ja mogłam czytać coś, co było w jakimś sensie kontynuacją i wspomnieniem wolnej Polski, którą przecież pamiętałam”. Zaraz jednak dodała, że jej praca została zniszczona, „do dziś nie wiem, kiedy i czy na pewno”. We wspomnieniach nie ma za to wzmianki o pracy nad dorobkiem Kruczkowskiego, mimo że – nie licząc bibliografii Jana Józefa Lipskiego i wkładu w opracowanie „Słownika pseudonimów pisarzy polskich XV wieku” – to jedyne zachowane publikacje sygnowane jej nazwiskiem.

Ciąży ten Kruczkowski w życiorysie Kaczyńskiej, tak jak ciąży władzy w nazwach ulic. Pisarz, który żegnał Stalina słynnym wyznaniem „kochaliśmy go jak ojca i jak przyjaciela”, nie przystaje do mitu matki braci Kaczyńskich, budowanego konsekwentnie jako wzorzec nieugiętego bezkompromisowego antykomunisty. Stąd być może budowane już współcześnie wyjaśnienia, dlaczego akurat Kaczyńska musiała poświęcać czas Kruczkowskiemu.

Krąży na przykład teoria, że nie lubiły się z prof. Czachowską, więc Kaczyńskiej dostało się niewdzięczne zlecenie. Poświęcając się wychowaniu synów, biorąc liczne urlopy, Jadwiga nieco się odizolowała, nie zrobiła – jak przyjaciele z instytutu – doktoratu i nie mogła sprzeciwić się wymaganiom przełożonej. Kiedy się przegląda zdjęcia z ich imienin, wspólnie organizowanych (obie Jadwigi), trudno jakoś w antypatię uwierzyć. – To nie były chłodne relacje, to były po prostu dwie zupełnie różne osobowości – opowiada prof. Ewa Głębicka, dziś kierująca Pracownią Dokumentacji Literatury Współczesnej, dawniej siedząca biurko w biurko z Kaczyńską. – Jadzia [Kaczyńska] była delikatna, krucha, urocza i dowcipna gaduła. Prof. Czachowska – zdyscyplinowana, zorganizowana, szalenie energiczna, typ wizjonerskiego szefa. Miały też inne podejście do pracy. Jadzia była skromna i nieśmiała, czasami nieco roztargniona, a to jej fiszka spadła, a to coś jej zginęło... Prof. Czachowska przeciwnie. Wyznaczała zadania, dużo wymagała od zespołu i od siebie.

Prof. Michał Głowiński, przez lata związany z tą placówką, powiadał, że instytut chciał się przypodobać władzy, a Kruczkowski, choć wprawdzie żaden z niego grafoman, to jednak niepoprawny stalinowiec. Moment był szczególny, bo od 1984 r. instytutowi szefował Witold Nawrocki, historyk literatury z komunistycznym życiorysem. – To były trudne politycznie czasy – wspomina prof. Głębicka. – Na początku lat 80. w humanistyce pojawiały się tzw. problemy węzłowe, opracowanie monografii Kruczkowskiego było jednym z nich. Ktoś to musiał zrobić, z inicjatywy ówczesnej dyrekcji padło na Jadzię. Mniej asertywną niż kolega z IBL, który tę samą propozycję odrzucił. – To była robota narzucona, nie z wyboru. Kruczkowski Jadwigi w żaden sposób nie interesował, nie miała do tej pracy przekonania. Można powiedzieć, że była ofiarą polityki naukowej tamtego czasu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną