Kultura

Ponad wszystko

Nowa opowieść o Herbercie

Herbert jest postacią, o którą toczono w ostatnich kilkudziesięciu latach największe boje, poetą, którego wyrywały sobie obozy, którego używano do politycznych celów, redukowano do wygodnych cytatów. Herbert jest postacią, o którą toczono w ostatnich kilkudziesięciu latach największe boje, poetą, którego wyrywały sobie obozy, którego używano do politycznych celów, redukowano do wygodnych cytatów. Wacław Kapusto / Forum
Nowa, monumentalna biografia Zbigniewa Herberta pokazuje skomplikowaną postać, a poprzez nią najważniejsze polskie powojenne spory, które są żywe i dzisiaj. Wydane jednocześnie żartobliwe listy Szymborskiej i Herberta są tej książki kapitalnym dopełnieniem.
mat.pr./mat. pr.
mat.pr./mat. pr.
Okładka książki „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”mat. pr. Okładka książki „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”

Artykuł w wersji audio

Opowieść o życiu Zbigniewa Herberta można czytać jak historię o polskich sporach, o Polsce, w której przeciwnicy polityczni wyzywają się jak Herbert i Miłosz – od „endeków” i od „lewaków”, kłócą się o patriotyzm, AK i dwudziestolecie międzywojenne. To wszystko jest żywe, jakby był 1968 r. i trwała słynna kolacja u Carpenterów, po której drogi poetów się rozeszły. W kolejnych pokoleniach podobne kłótnie dzieliły i dzielą najbliższych przyjaciół.

Herbert jest postacią, o którą toczono w ostatnich kilkudziesięciu latach największe boje, poetą, którego wyrywały sobie obozy, którego używano do politycznych celów, redukowano do wygodnych cytatów. Stawiano mu pomniki, ale i powoływano „Komitet obrony poezji przed Herbertem” (Tadeusz Komendant). Po latach – a minie w tym roku 20 lat od jego śmierci – warto pokazać tę postać w całej jej złożoności, we wszystkich wymiarach. I to się udało Andrzejowi Franaszkowi. Dostajemy dwa tomy („Niepokój” i „Pan Cogito”) i prawie 2 tys. stron szczegółowej opowieści o jego życiu. Czasami ta szczegółowość przytłacza, zwłaszcza na początku, czasem obecność komentarza biografa wydaje się niekonieczna, a liczba mott do każdego rozdziału nadmierna, ale im dalej, tym ta opowieść staje się coraz bardziej wciągająca i dramatyczna. Zapomina się o wątpliwościach. Drugi tom czyta się wręcz w napięciu, a całość jest imponująca.

Franaszek, inaczej niż Siedlecka, poprzednia biografka Herberta, nie próbuje swojego bohatera przyłapać na kłamstwie, jak jego przeciwnicy, ani wybielać, jak jego wyznawcy. Pokazuje postać, która ma wiele twarzy i pisze o niej z empatią. Jest to bohater heroiczny, ale w innym sensie, niż można by się spodziewać. Widzimy kogoś, kto heroicznie walczy o każdą linijkę, kiedy choroba i materia ściągają go w dół. Widzimy kogoś, kto pokonuje swoje ograniczenia, żeby zobaczyć jeden obraz Velázqueza w Madrycie. Nie mają z żoną pieniędzy na hotel, więc nocują w szpitalu. Obraz Velázqueza Herbert oglądał już na wózku inwalidzkim i wrócił z tej wyprawy ciężko chory.

Pragnienie męstwa

Ta opowieść długo nabiera rozpędu, podobnie jak jego życie. Nie był poetą, który wcześnie dojrzewa i od razu jest wybitny. Długo trwało, zanim wiedział, w jakim kierunku będzie szedł. Z odtwarzaniem młodości Herberta problem był też taki, że nic się nie zgadzało. Zwłaszcza w opowieściach dotyczących czasu wojny. „W jakim stopniu życiorys, którego elementy Zbigniew Herbert z rzadka przedstawiał swoim czytelnikom, jest oddaniem faktów, w jakim zaś – jego własną kreacją?” – zastanawia się Franaszek.

Chodzi przede wszystkim o udział w partyzantce AK. Nie ma po tym żadnego śladu. Był za młody, żeby we Lwowie brać udział w walkach. Tylko półsłówka i mity opowiadane różnym osobom, czasem przeradzające się w scenariusze hollywoodzkie, jak opowieść na użytek pewnego Amerykanina o tym, jak to poeta prowadził raz w życiu samochód, wypchnąwszy trupa zza kierownicy. Kulał, ale nie dlatego, że został postrzelony, tylko przez uraz sprzed wojny. Czuł za to wielką presję, żeby dzielić z innymi wojenne doświadczenie, chciał być mężny. W ostatnich latach przywołuje w wierszach obraz chłopca ze Lwowa, który modlił się nie o sławę czy talent, ale właśnie o męstwo. „Bo ja uważam – mówił Renacie Gorczyńskiej – że człowiek nie jest tym, czym jest w istocie (…), tylko tym, czym chciałby być (…), to dążenie, próba przeskoczenia siebie, to jest właśnie literatura. To tęsknota do lepszego »ja«, które sobie wymyśliłem i które potem się na mnie mści”.

Po wojnie kłębiły się w nim rozmaite możliwości – świetnie rysował, miał zdolności aktorskie (realizował je jako dusza towarzystwa), interesował się filozofią (wielki wpływ miał na niego, jak wiadomo, Henryk Elzenberg), ale poszedł na studia prawnicze, bo tak chciał ojciec. Dopiero w 1949 r., kiedy miał 25 lat, zaczął rozumieć, że jego drogą jest poezja. Wtedy powstają pierwsze istotne wiersze. Notował: „Trzeba nauczyć się pisać bez pióra, tylko wtedy życie będzie tworzeniem dzieła”. Później, kiedy będzie już znanym i uznanym poetą, zawsze będą mu towarzyszyć wątpliwości co do własnej drogi pisarskiej. Nie miał za to nigdy wątpliwości co do systemu komunistycznego.

Osobnym rozdziałem życia Herberta były kobiety. To było związane z jego niezwykłym urokiem osobistym. Kobiet, z którymi łączyły go romanse, było wiele, a kiedy je porzucał, zachowywały wobec niego zazwyczaj ciepłe uczucia, wiele z takich miłości przerodziło się w przyjaźń. Możemy też rozszyfrować dedykację np. słynnego wiersza „Dlaczego klasycy”, dowiemy się, kim była A.H. i inne zaszyfrowane w wierszach postaci.

Najlepszym dowodem siły odziaływania jego uroku i poczucia humoru jest wydana właśnie korespondencja z Wisławą Szymborską „Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie”. Zaczyna się od tego, że Szymborska w 1955 r. prosi poetę o wiersze do słynnej prezentacji poetów debiutujących (ukazały się wtedy również wiersze Białoszewskiego, Czycza, Harasymowicza i Drozdowskiego) w „Życiu Literackim” (które w tej korespondencji czasem jest nazywane „Życiem intymnym”). A całość kończy się lakonicznym telegramem z gratulacjami z okazji Nobla dla Szymborskiej w 1996 r., na co poetka odpowiedziała: „Gdyby to ode mnie zależało, to Ty byś teraz męczył się nad przemówieniem…”. Herbert ten werdykt przyjął, jak skądinąd wiadomo, bardzo źle. Do lat 80. trwała żartobliwa korespondencja: „Wisełko, brak mi Ciebie, gdy świeci księżyc na niebie i jestem w wielkiej potrzebie. Chciałbym z Tobą wyjechać do Pragi albo do Buska”. Pocztówki dotyczą spraw publikacji wierszy, ale toczy się w nich inna rozmowa, która była tylko flirtem literackim – albo i nie tylko.

Dwie Polski

Powracającym motywem całego życia Herberta była relacja z Miłoszem. Ten najpierw był jego mistrzem, potem przyjacielem, Herbert zawsze podkreślał, że nikt nie miał na niego takiego wpływu jak Miłosz. I nawet kiedy ich stosunki były bardzo chłodne, podtrzymywał, że bez Miłosza byłby innym poetą, o wiele gorszym.

Dla Miłosza Herbert był jak młodszy brat. I wydawałoby się, że to Miłosz był popularyzatorem poezji Herberta w Ameryce. Tymczasem Herbert, o czym się nie pamięta, odniósł wcześniej spory sukces w Wielkiej Brytanii, potem w Stanach i w Niemczech. Zaczęło się od Anglii, gdzie występował w 1967 r. razem z Allenem Ginsbergiem, Tedem Hughesem, Robertem Lowellem i Johnem Berrymanem. Jego poezja była już tam znana dzięki przekładom i pismu literackiemu, które założył Ted Hughes. Spotkał się z Philipem Larkinem, z którym czuł większą wspólnotę niż z amerykańskimi poetami konfesyjnymi. Jego poezja miała szeroki oddźwięk, bo na tle poezji anglosaskiej tego czasu była zupełnie inna – klarowna, uniwersalna, odwołująca się do klasycznej filozofii.

Podobnie było w Niemczech, gdzie dzięki przekładom Karla Dedeciusa Herbert, piszący zza żelaznej kurtyny, był odbierany jako poeta prawdziwie europejski. Kiedy razem z Miłoszem występowali w Ameryce na literackim festiwalu, w „New York Review of Books” nazwisko Miłosza – jeszcze przed Noblem mniej znanego – opublikowano z błędem. Pamiętając o sławie Herberta w Polsce w latach 80., zapominamy, że wcześniej zyskał sławę międzynarodową.

Legendy narosły wokół słynnej kolacji u małżeństwa tłumaczy Johna i Bogdany Carpenterów w 1968 r. Przyszło na nią dwóch najserdeczniejszych przyjaciół, a wyszli dwaj wrogowie. Herbert wypił kilka butelek białego wina, a Miłosz butelkę bourbona. Było bardzo miło, aż do momentu, kiedy Miłosz zaczął krytykować sensowność powstania warszawskiego. Herbert napadł na niego, że nie ma prawa krytykować, bo nie był w konspiracji i w powstaniu. Zwymyślał Miłosza za kosmopolityzm, za brak przywiązania do Polski, za to, że rozdmuchiwał antysemityzm (a w kraju właśnie trwała kampania antysemicka).

Starły się dwie wizje Polski, które – jak komentuje Franaszek – inaczej definiowały prawicę i lewicę. Dla Miłosza prawica to była przedwojenna endecja, bijąca Żydów laskami, dla Herberta – ludzie antykomunistycznego podziemia. A lewica to nie był dla niego przedwojenny PPS, tylko Sowieci okupujący Polskę. Dla Miłosza istniała ciągłość polskiego antysemityzmu od przedwojnia.

Nie padły jednak, jak ustalił Franaszek, na tej kolacji słowa, które potem uporczywie powtarzano – Miłosz nie powiedział, że Polska powinna być kolejną republiką radziecką. Wcześniej zresztą ich spór trwał w listach od dawna. Herbert, choć więcej czasu spędzał na Zachodzie niż w kraju, czuł się przywiązany do Polski, do pamięci zmarłych, tych, którzy tu zginęli, których pamięci czuł się stróżem (jak w wierszu „Pan Cogito o potrzebie ścisłości”). Drażniła go lewicowość Zachodu i jego fascynacja Związkiem Radzieckim. Nie rozumiał Ameryki lat 60., buntu Ginsberga i kontrkultury, spraw, w które Miłosz był już zanurzony.

Dość, że po tej kolacji nigdy już ich relacje nie wróciły do dawnego stanu, choć Herbert przepraszał, słał pocztówki, a potem z Berlina pisał: „czy chcesz, czy nie chcesz, będę Cię prześladował moją dziwną miłością do końca życia, a nawet jakiś czas potem”. Miłosz, choć zachowywał dystans, zawsze powtarzał, że Herbertowi należał się Nobel. Obchodzili się, zaczepiali wierszami (choćby „Chodasiewicz”). Herbert chciał odpowiedzieć na „Rok myśliwego” książką „Rok jagnięcia”, bo czuł się kimś w rodzaju zwierzęcia ofiarnego i zawsze stawał po stronie ofiary, nawet bezsensownej (pod koniec życia mianował się nawet Pułkownikiem Huzarów Śmierci), ale nie zdążył. I wielka szkoda, bo może te dwie wizje Polski mogłyby w tej polemice się skonkretyzować.

Właściwie dopiero tuż przed śmiercią Herberta doszło do prawdziwego pojednania. Miłosz zadzwonił i wobec śmierci, o której rozmawiali, wszystkie te słowa, jakie ich dzieliły i ta śmieszna kolacja, przestały być ważne.

Drugim powracającym motywem tej książki (i życia) jest choroba, cyklofrenia, z którą poeta zmagał się przez lata, która go odrywała od życia. Mnóstwo czasu spędził w szpitalu przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie. Przegapił nawet w czasie jednego z pobytów wizytę wysłannika Komitetu Noblowskiego, a choroba nie pozwalała mu pracować. Zaczynał nowe tematy, książki, i nie mógł ich dokończyć.

Ostatnie lata są walką o słowa, notował, że „bezczynność jest wrogiem duszy”. Były też powtarzające się napady gniewu i wściekłości, kiedy zrywał znajomości, odwracał się od ludzi. Ale też jego rozczarowanie nową Polską nie było spowodowane tylko przez chorobę, jak twierdzili niektórzy. Z obecnej perspektywy mniej dziwią jego krytyczne słowa wobec sposobu tworzenia nowej Polski, braku rozliczeń, „sztuki zapominania i przemilczania”. Takich głosów z różnych stron sceny politycznej dzisiaj pojawia się już wiele.

Ten, który mówi „nie”

W późnej felietonistyce Herberta, pisanej dla „Tygodnika Solidarność”, zacierał się dystans pomiędzy poetą a Panem Cogito, który istniał w poezji. Coraz częściej pojawiały się tam po prostu ostre sądy Pana Cogito-Herberta. W latach 90. Herbert był jednak coraz bardziej osamotniony, przykuty do łóżka, a i jego poezja nie wzbudzała już takich emocji, jak wcześniej choćby „Raport z oblężonego miasta”. Prawica widziała w nim wieszcza, anty-Miłosza, ale jemu nie było z nikim po drodze do końca. Pisał do Jana Józefa Szczepańskiego, że bronił się przed „skoncentrowanymi atakami centroprawicy”, która chciała go uwieść. Nie dawał się. Zawsze kierował nim odruch sprzeciwu. Był tym, który mówi „nie”. W tamtym czasie był też, jak pisze Franaszek, „zadającym ciosy gwałtownikiem, i człowiekiem udręczonym, przede wszystkim głęboko przeżywającym niedające się wyplenić ze świata zło”.

W tej opowieści schyłek życia Herberta, często umniejszany, zyskuje właściwy wymiar. Widzimy zmaganie się ze sprawami ostatecznymi, wobec którego spór o kształt przeszłości przestaje być najistotniejszy. Herbert żegnał z wielką czułością pośmiertnymi wspomnieniami Wiktora Woroszylskiego i Artura Międzyrzeckiego, dwóch dawnych przyjaciół, których wcześniej oskarżał o stalinizm. Pytany kiedyś w prasie o życiowe motto, Herbert odpowiedział: „Mimo wszystko. Malgré tout”. Jeśli czytać tę książkę również jako opowieść o polskich sporach, to na końcu jest wyciągnięcie dłoni. Ponad wszystkim, co dzieli, i mimo wszystko.

Polityka 15.2018 (3156) z dnia 10.04.2018; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Ponad wszystko"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Psi umysł

Nie my udomowiliśmy psy. One zrobiły to same i dzięki temu, pod pewnymi względami, stały się bystrzejsze od szympansów.

Marcin Rotkiewicz
01.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną