Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Fotograf przyszłej wojny

Kawiarnia literacka: Piotr Paziński

Mamy do czynienia z nauką, która za kilkanaście lat stanie się oficjalną ideologią III Rzeszy.

Uwielbiam, jak Wojciech Nowicki ogląda fotografie, i kiedy o nich pisze, i gdy cierpliwie odsłania kryjące się za starymi kadrami ponure tajemnice – nierzadko pokrewne temu, co W.G. Sebald (uważny przecież badacz fotografii) nazywał historią naturalną zniszczenia. W swojej najnowszej książce, zatytułowanej „tuż obok” (Wydawnictwo Czarne), Nowicki bierze na warsztat tzw. tekę Schultza – przechowywany w krakowskim Muzeum Etnograficznym zbiór niemieckich fotografii wykonanych w Polsce w latach pierwszej wojny światowej. Zbiór nieco eklektyczny, dzieło po trosze zawodowców, niekiedy znów amatorów, których działania wojenne zagnały na odległe rubieże Europy, gdzieś w okolice Płocka, Kalisza, Częstochowy, Kutna. Jednym słowem tam, gdzie cywilizacja (o ile wciąż o cywilizacji można tu mówić) przybiera inne, nieznane, obce formy.

Mnogość tu typów ludzkich, pejzaży, miasteczek i niemal całkowity brak – co Nowicki zauważa i co prędko zaczyna go niepokoić – działań wojennych, owych znanych skądinąd, emblematycznych dla pierwszej wojny obrazów żołnierzy żywcem pochowanych w okopach i błocie. Nie ma trupów ani rannych, nie ma też (wyjąwszy kilka kadrów) ruin zbombardowanych i spalonych miast. Trudno mówić o sielskości – bo wysmakowanych, pastoralnych kadrów w kolekcji Schultza raczej nie znajdziemy – ale nie ma wojennej katastrofy. Najwyraźniej nie to fotografujących interesowało. Nie byli reporterami ani pacyfistami demaskującymi bezsens wojny pozycyjnej i rzeźni Verdun. Jest uważność, zaciekawienie, a zwłaszcza poczucie wyższości, jakie turysta z pierwszego świata ma wobec tubylców w świecie trzecim, ich egzotyki i ich biedy. Zaciekawienie i wyższość, których nie umie albo nie chce zamaskować. I coś jeszcze: nieprzyjemna, chłodna skrupulatność, gospodarskie oko, które patrzy, ocenia, systematyzuje, selekcjonuje…

Ano właśnie. Pisze Nowicki, że tzw. teka Schultza to fragment większej, rozparcelowanej kolekcji, pozostałość pracy Komisji Krajoznawczej przy Cesarsko-Niemieckim Generalnym Gubernatorstwie Warszawskim (Landeskundlische Kommission beim Kaiserlischen Deutschen Generalgouvernment Warschau). Powołana w 1915 r. na potrzeby niemieckiej armii i państwa, Komisja działała do końca wojny, prowadząc badania terytorialne i zgłębiając wiedzę na temat ziem, zasobów naturalnych i struktury społeczno-rasowej zajętych terytoriów Królestwa Polskiego, w perspektywie przyszłej kolonizacji podług modelu wdrażanego w koloniach afrykańskich. Składała się z naukowców reprezentujących rozmaite gałęzie wiedzy, m.in. geologię, botanikę i zoologię, etnografię i ekonomię. Jednak dziedziną, która najbardziej rozpalała ciekawość niemieckich badaczy, była dziedzina ludzka. Generalne Gubernatorstwo Warszawskie stanowiło przecież prawdziwą, jak dzisiaj ładnie się mówi, mozaikę etniczną. Albo, jak mówiono niegdyś: wielość typów rasowych, Słowian, Żydów, Cyganów, przybyszy z kontynentalnej Azji i z Orientu, jak również wszelakich mieszańców, zamieszkujących ziemie przeznaczone do skolonizowania i do ekspansji...

Ekspansji rasy wyższej? Tak możemy jedynie przypuszczać, nie dysponujemy bowiem szczegółową wiedzą na temat poglądów doktora Arveda von Schultza, członka Komisji i autora Etnograficznego Atlasu Polski (Etnographischer Bilderatlas von Polen). Wszelako lakoniczne podpisy pod zdjęciami „typów rasowych” Żydów, Cyganów, Polaków i Rusinów, zdjęciami utrzymanymi trochę w konwencji fotografii policyjnej (en face i z profilu), a trochę atlasu zoologicznego albo katalogu eksponatów z gabinetu osobliwości, zdjęciami ludzi traktowanych nieodmiennie z wyższością i obrzydzeniem, a podpisanych: Nordisch-mediterran-turanischer Mischtypus, Nordischer Typus, Orientalischer Typus, raczej nie pozostawiają złudzeń. Mamy do czynienia z nauką, która za kilkanaście lat stanie się oficjalną ideologią III Rzeszy.

Ilu z jej twórców korzystało z kolekcji doktora von Schultza i podobnych wydawnictw? Ilu nie potrzebowało żadnych książek ani atlasów – znali Polskę i jej ludność z czasów pierwszej wojny albo wiedzieli o niej wszystko podług własnych wyobrażeń? Cóż wreszcie porabiał Arved von Schultz, kurlandzki arystokrata, w służbie niemieckiej antropologii? Nowicki podaje tylko, że dożył 1967 r., zmarł w Düsseldorfie w wieku 84 lat. Niemiecka Wikipedia jest w tej sprawie zaskakująco małomówna: w latach 20. i 30. von Schultz odbył kilka wypraw do ZSRR, dotarł na Syberię i do Pamiru, a w 1937 r. ogłosił studium poświęcone europejskiej części Rosji. W 1950 r. wydał w Stuttgarcie większą pracę o Azji. Co było pomiędzy? Może ktoś kiedyś to wyśledzi. Coś mi się zdaje, że doktor Schultz, znawca antropologii i typów rasowych, miał wtenczas ręce pełne roboty.

***

Piotr Paziński – pisarz, filozof, tłumacz, redaktor naczelny „Midrasza”, badacz związany z Uniwersytetem Muri im. Franza Kafki. Zajmował się „Ulissesem” Jamesa Joyce’a, ogłosił dwa tomy własnej prozy: „Pensjonat” (2009 r.) i „Ptasie ulice” (2013 r.), oraz tom esejów „Rzeczywistość poprzecierana” (2015 r.).

Polityka 32.2018 (3172) z dnia 07.08.2018; Kultura; s. 92
Oryginalny tytuł tekstu: "Fotograf przyszłej wojny"
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną