Kawiarnia literacka: Piotr Paziński

Fotograf przyszłej wojny
Mamy do czynienia z nauką, która za kilkanaście lat stanie się oficjalną ideologią III Rzeszy.

Uwielbiam, jak Wojciech Nowicki ogląda fotografie, i kiedy o nich pisze, i gdy cierpliwie odsłania kryjące się za starymi kadrami ponure tajemnice – nierzadko pokrewne temu, co W.G. Sebald (uważny przecież badacz fotografii) nazywał historią naturalną zniszczenia. W swojej najnowszej książce, zatytułowanej „tuż obok” (Wydawnictwo Czarne), Nowicki bierze na warsztat tzw. tekę Schultza – przechowywany w krakowskim Muzeum Etnograficznym zbiór niemieckich fotografii wykonanych w Polsce w latach pierwszej wojny światowej. Zbiór nieco eklektyczny, dzieło po trosze zawodowców, niekiedy znów amatorów, których działania wojenne zagnały na odległe rubieże Europy, gdzieś w okolice Płocka, Kalisza, Częstochowy, Kutna. Jednym słowem tam, gdzie cywilizacja (o ile wciąż o cywilizacji można tu mówić) przybiera inne, nieznane, obce formy.

Mnogość tu typów ludzkich, pejzaży, miasteczek i niemal całkowity brak – co Nowicki zauważa i co prędko zaczyna go niepokoić – działań wojennych, owych znanych skądinąd, emblematycznych dla pierwszej wojny obrazów żołnierzy żywcem pochowanych w okopach i błocie. Nie ma trupów ani rannych, nie ma też (wyjąwszy kilka kadrów) ruin zbombardowanych i spalonych miast. Trudno mówić o sielskości – bo wysmakowanych, pastoralnych kadrów w kolekcji Schultza raczej nie znajdziemy – ale nie ma wojennej katastrofy. Najwyraźniej nie to fotografujących interesowało. Nie byli reporterami ani pacyfistami demaskującymi bezsens wojny pozycyjnej i rzeźni Verdun. Jest uważność, zaciekawienie, a zwłaszcza poczucie wyższości, jakie turysta z pierwszego świata ma wobec tubylców w świecie trzecim, ich egzotyki i ich biedy. Zaciekawienie i wyższość, których nie umie albo nie chce zamaskować. I coś jeszcze: nieprzyjemna, chłodna skrupulatność, gospodarskie oko, które patrzy, ocenia, systematyzuje, selekcjonuje…

Ano właśnie. Pisze Nowicki, że tzw. teka Schultza to fragment większej, rozparcelowanej kolekcji, pozostałość pracy Komisji Krajoznawczej przy Cesarsko-Niemieckim Generalnym Gubernatorstwie Warszawskim (Landeskundlische Kommission beim Kaiserlischen Deutschen Generalgouvernment Warschau). Powołana w 1915 r. na potrzeby niemieckiej armii i państwa, Komisja działała do końca wojny, prowadząc badania terytorialne i zgłębiając wiedzę na temat ziem, zasobów naturalnych i struktury społeczno-rasowej zajętych terytoriów Królestwa Polskiego, w perspektywie przyszłej kolonizacji podług modelu wdrażanego w koloniach afrykańskich. Składała się z naukowców reprezentujących rozmaite gałęzie wiedzy, m.in. geologię, botanikę i zoologię, etnografię i ekonomię. Jednak dziedziną, która najbardziej rozpalała ciekawość niemieckich badaczy, była dziedzina ludzka. Generalne Gubernatorstwo Warszawskie stanowiło przecież prawdziwą, jak dzisiaj ładnie się mówi, mozaikę etniczną. Albo, jak mówiono niegdyś: wielość typów rasowych, Słowian, Żydów, Cyganów, przybyszy z kontynentalnej Azji i z Orientu, jak również wszelakich mieszańców, zamieszkujących ziemie przeznaczone do skolonizowania i do ekspansji...

Ekspansji rasy wyższej? Tak możemy jedynie przypuszczać, nie dysponujemy bowiem szczegółową wiedzą na temat poglądów doktora Arveda von Schultza, członka Komisji i autora Etnograficznego Atlasu Polski (Etnographischer Bilderatlas von Polen). Wszelako lakoniczne podpisy pod zdjęciami „typów rasowych” Żydów, Cyganów, Polaków i Rusinów, zdjęciami utrzymanymi trochę w konwencji fotografii policyjnej (en face i z profilu), a trochę atlasu zoologicznego albo katalogu eksponatów z gabinetu osobliwości, zdjęciami ludzi traktowanych nieodmiennie z wyższością i obrzydzeniem, a podpisanych: Nordisch-mediterran-turanischer Mischtypus, Nordischer Typus, Orientalischer Typus, raczej nie pozostawiają złudzeń. Mamy do czynienia z nauką, która za kilkanaście lat stanie się oficjalną ideologią III Rzeszy.

Ilu z jej twórców korzystało z kolekcji doktora von Schultza i podobnych wydawnictw? Ilu nie potrzebowało żadnych książek ani atlasów – znali Polskę i jej ludność z czasów pierwszej wojny albo wiedzieli o niej wszystko podług własnych wyobrażeń? Cóż wreszcie porabiał Arved von Schultz, kurlandzki arystokrata, w służbie niemieckiej antropologii? Nowicki podaje tylko, że dożył 1967 r., zmarł w Düsseldorfie w wieku 84 lat. Niemiecka Wikipedia jest w tej sprawie zaskakująco małomówna: w latach 20. i 30. von Schultz odbył kilka wypraw do ZSRR, dotarł na Syberię i do Pamiru, a w 1937 r. ogłosił studium poświęcone europejskiej części Rosji. W 1950 r. wydał w Stuttgarcie większą pracę o Azji. Co było pomiędzy? Może ktoś kiedyś to wyśledzi. Coś mi się zdaje, że doktor Schultz, znawca antropologii i typów rasowych, miał wtenczas ręce pełne roboty.

***

Piotr Paziński – pisarz, filozof, tłumacz, redaktor naczelny „Midrasza”, badacz związany z Uniwersytetem Muri im. Franza Kafki. Zajmował się „Ulissesem” Jamesa Joyce’a, ogłosił dwa tomy własnej prozy: „Pensjonat” (2009 r.) i „Ptasie ulice” (2013 r.), oraz tom esejów „Rzeczywistość poprzecierana” (2015 r.).

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną