Andrzej Seweryn m.in. o swojej nowej roli w serialu „Rojst”

Granice dialogu
Rozmowa z Andrzejem Sewerynem o roli prowincjonalnego dziennikarza w serialu kryminalnym „Rojst” oraz o tym, czy widzi paralele pomiędzy dzisiejszą Polską a PRL.
Andrzej Seweryn, rocznik 1946, aktor polski i francuski, teatralny, filmowy i telewizyjny, reżyser, od 2011 r. dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie.
Showmax

Andrzej Seweryn, rocznik 1946, aktor polski i francuski, teatralny, filmowy i telewizyjny, reżyser, od 2011 r. dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie.

„Moimi idolami były aktorki: Mikołajska, Mrozowska, Śląska, Gordon-Górecka czy Kucówna. To były wzory do naśladowania”.
Showmax

„Moimi idolami były aktorki: Mikołajska, Mrozowska, Śląska, Gordon-Górecka czy Kucówna. To były wzory do naśladowania”.

ANETA KYZIOŁ: – Akcja serialu „Rojst” toczy się w 1984 r. Lata 80. wracają: w kinie, telewizji, w komentarzach do pisowskiej wizji państwa, do zimnej wojny w relacjach Zachód–Rosja.
ANDRZEJ SEWERYN: – Po „Ostatniej Rodzinie” Jana P. Matuszyńskiego to mój drugi ekranowy powrót do lat 80.

Pan zna lata 80. z obu stron żelaznej kurtyny. W 1980 r. wyjechał pan do Francji grać w „Onych” Witkacego w reż. Andrzeja Wajdy. Po ogłoszeniu stanu wojennego został pan w Paryżu, okazjonalnie odwiedzając kraj.
To prawda, moje lata 80. to inne lata 80. niż np. polskich aktorów. Zaangażowałem się w działalność Komitetu Solidarności w Paryżu, ale nie przeżyłem z kolegami w kraju np. bojkotu radia i telewizji. Śledziłem to, współpracowałem z solidarnościowym podziemiem, ale uczyłem się nowej rzeczywistości, w której przyszło mi żyć. Zanim była Comédie-Française, praca z Peterem Brookiem czy Patricem Chéreau, pracowałem m.in. na tzw. czerwonych przedmieściach Paryża. Grałem duże role w czterech spektaklach w Teatrze w Gennevilliers, gdzie dyrektorem i reżyserem przez 40 lat był Bernard Sobel, pochodzący ze Stanisławowa francuski Żyd, komunista do dzisiaj żałujący, że partia zrezygnowała w swym programie z walki o dyktaturę proletariatu.

To musiały być ciekawe rozmowy.
Pasjonujące. Kiedy Bernard zaproponował mi rolę Saladyna w „Natanie mędrcu” Lessinga, znając jego poglądy, uprzedziłem go, że jestem katolikiem. Zakładałem, że może mu to przeszkadzać. Roześmiał się wtedy i szybko podpisał ze mną umowę. Aktorzy francuscy, których wtedy spotykałem, byli lewicowi, ale to ja – wierzący i opozycjonista – byłem lepiej zorientowany w kwestiach marksizmu. Bernard mówił mi, że jestem cenny dla jego teatru, bo rozumiem, co to jest grzech, a to w zlaicyzowanej Francji rzadkość. Zagrałem też tytułową rolę w sztuce Gérarda de Nervala „Léo Burckardt”, ponieważ, jak mówił mi reżyser Jean-Pierre Vincent, w przeciwieństwie do aktorów francuskich rozumiem, co to polityka.

Pański bohater w „Rojście” – Witold Wanycz, dziennikarz „Kuriera”, gdzieś na południowym zachodzie Polski – też planuje wyjazd z kraju, do RFN.
Zabawna rzecz z Wanyczem. Przyjechałem do Paryża w takiej samej kurtce, jaką noszę w serialu – zielonej, wojskowej, z napisem US ARMY. Była bardzo modna, zwłaszcza w środowisku filmowym w PRL. We Francji w artystycznych, głównie lewicujących, antyamerykańskich, antykapitalistycznych i pacyfistycznych kręgach wywoływała spore zdziwienie.

Dla scenarzystów, Jana Holoubka (rocznik 1978) i Kaspra Bajona (rocznik 1983), lata 80. to czas dzieciństwa. Coś pana zaskoczyło w ich wizji PRL?
Obyło się bez wielkich zaskoczeń. Za to scenariusz „Rojsta” mnie po prostu zachwycił, to piękna, przerażająca i świetnie napisana historia. Kawał materiału do zagrania.

A sama atmosfera schyłkowego PRL z serialu? Tytuł oznacza bagno, oglądając próby bohaterów – pańskiego i granego przez Dawida Ogrodnika dziennikarskiego żółtodzioba – dotarcia do prawdy, ma się poczucie zapadania. Partia, SB, szemrane interesy. Kompromisy, uwikłanie, strach. Grząsko, dusząco, mdląco. Skojarzenia z Orwellowskim „Rokiem 1984” tyleż banalne, co uprawnione.
Taki PRL pamiętam. Wyjechałem, ale zostawiłem tu rodzinę, przyjaciół, byłem cały czas w kontakcie z nimi. Pamiętamy przecież wszyscy kilka śmierci politycznych, do dziś niewyjaśnionych: Stanisława Pyjasa, Grzegorza Przemyka czy księdza Popiełuszki.

W serialu uderza też to, o czym przy okazji tego systemu mniej się pamięta i mówi: seksizm. Dziennikarzami w redakcji „Kuriera” są wyłącznie mężczyźni, kobiety są sekretarkami i korektorkami. Także dyrektorzy i prezesi są mężczyznami, a kobiety są żonami działaczy (z obu stron barykady) albo prostytutkami z hotelu.
W moim artystycznym środowisku to nie było tak widoczne. Moimi idolami były aktorki: Mikołajska, Mrozowska, Śląska, Gordon-Górecka czy Kucówna. To były wzory do naśladowania. Także w środowisku opozycji demokratycznej, w którym się wychowywałem, były wspaniałe kobiety, i niekoniecznie stały w męskim cieniu. Było na przykład takie pojęcie „Grupa Blajfer”, od nazwiska Bogusi Blajfer, mojej pierwszej żony. Służby bezpieczeństwa używały go do rozpracowywania opozycjonistów działających już po Marcu ’68, po aresztowaniu większości działaczy. Nie mieliśmy szefa czy szefowej, ale Bogusia była bardzo ważną osobą, nie żadnym doradcą czy prawą ręką, tylko kimś tak samo decydującym o tym, żeśmy rzucali ulotki w sierpniu 1968 r., jak i każdy z nas.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną