Kultura

Zapracować się na śmierć. Nowy film Kena Loacha w Cannes

W „Sorry We Missed You” Ken Loach znów staje w obronie klasy robotniczej bezwzględnie wykorzystywanej przez konkurujących ze sobą pracodawców. W „Sorry We Missed You” Ken Loach znów staje w obronie klasy robotniczej bezwzględnie wykorzystywanej przez konkurujących ze sobą pracodawców. mat.pr. / •
„Sorry We Missed You” 83-letniego Kena Loacha poświęcony trudnej sytuacji biednej rodziny w północno-wschodniej Anglii zbiera świetne recenzje. Trzy lata po zdobyciu drugiej Złotej Palmy Loach znów staje w obronie klasy robotniczej bezwzględnie wykorzystywanej przez konkurujących ze sobą pracodawców.

Nowy film Loacha, chociaż nie jest aż tak emocjonalnie poruszający jak „Ja, Daniel Blake”, idealnie trafia w swój czas. W pewnym sensie wyjaśnia, skąd się biorą protesty żółtych kamizelek we Francji, dlaczego Brytyjczycy spontanicznie zagłosowali za brexitem, do czego prowadzi wyzysk i brak ochrony lokalnych rynków pracy.

„Nasz film opowiada o ludziach, którzy rozpaczliwie potrzebują pomocy, a państwo im jej odmawia, a nawet karze ich za to, że się jej domagają – tłumaczy reżyser. – Dokumentując temat, doszliśmy do wniosku, że ubóstwo dotyka przede wszystkim najbardziej potrzebujących. Wiele wskazuje na to, że ich sytuacja w ogóle nie ulega poprawie, przeciwnie. Dwie trzecie tworzonych nowych miejsc pracy jest zagrożonych, niepewnych”.

Cannes 2019: Planetarna katastrofa. Nowy film Jima Jarmuscha

Ricky haruje na swoim

Ricky z kameralnego dramatu społecznego Loacha, 40-letni kierowca z Newcastle, przykładny mąż i ojciec dwójki dzieci (11-letniej córki i zbuntowanego syna), żyje od wypłaty do wypłaty. Wylewał beton, był murarzem, hydraulikiem, pracował na budowie, aż w końcu z niespłaconym kredytem hipotecznym znalazł się na bruku. Bez szans na jakąkolwiek stałą robotę. Więc gdy pojawia się okazja szybszego spłacenia długów i wyjścia na prostą, łapie się jej niczym tonący brzytwy. Zostaje kierowcą na samozatrudnieniu.

Właściciel prężnej korporacji przewozowej dostarczającej klientom paczki na zamówienie wmawia mu, że to spełnienie marzeń każdego najemnego pracownika. Wreszcie jest się na swoim. Jako wolny strzelec można samemu decydować o wszystkim. Zapomina mu tylko powiedzieć, że droga do niezależności finansowej jest okupiona potwornym wyrzeczeniem. Każda minuta pracy będzie monitorowana. Aby cokolwiek zarobić, trzeba harować 14 godzin dziennie. W przypadku choroby, nagłej potrzeby lub konieczności pójścia do szpitala zwolnienie oznacza niższą płacę. A w pierwszej kolejności spłaca się zaliczki oraz nowy kredyt zaciągnięty na kupno vana.

mat.pr./•Kadr z filmu Sorry We Missed You Kena Loacha

Człowiek Loacha dociera do ściany

Nie pierwszy raz Loach obnaża mechanizmy nowoczesnej gospodarki kapitalistycznej sprowadzające bezbronnego człowieka do pozycji niewolnika. W wywiadach reżyser chętnie przytacza drastyczny (autentyczny) przykład chorego na cukrzycę kierowcy furgonetki, który zrezygnował z wizyty i pomocy lekarskiej, gdyż bał się utracić pracę. Niedługo potem zmarł. Właśnie z powodu m.in. takich sytuacji „przepaść między bogatymi a biednymi powiększa się coraz bardziej. To unaocznia, jak dalece system pomocy nie działa” – twierdzi Loach.

W przeciwieństwie do „Ja, Daniel Blake” „Sorry We Missed You” nie koncentruje się na opisie dojrzewania do buntu i narodzinach gniewu. Zamiast o solidarności mówi o dojściu do ściany. To precyzyjna, utrzymana w duchu braci Dardenne, a także zaangażowanego kina Mike’a Leigh mocno przygnębiająca analiza nieumiejętności radzenia sobie z cynizmem świata. W tle tego procesu Loach pokazuje jego konsekwencje: obniżenie poziomu życia, osłabienie więzi rodzinnych, relacji międzyludzkich.

Czytaj także: Ken Loach o swoim filmie „Ja, Daniel Blake”

mat.pr./•Kadr z filmu Sorry We Missed You

Poruszający, „głęboko ludzki” film

„Wyważony, profesjonalnie zrealizowany i głęboko ludzki film. Bez zbędnych ornamentów w zaskakująco bezpośredni sposób przedstawia trudne sprawy, które są przypadłością wielu zwykłych osób. Trzeba być z kamienia, aby pozostać niewzruszonym na ten obraz” – pisze amerykański recenzent „The Hollywood Reporter”. Słów zachwytów nie szczędzą też angielscy krytycy, co nie znaczy, że film jest bez wad.

Część dialogów brzmi drętwo i łopatologicznie. Niektóre sceny są przesadnie intencjonalne. Aktorzy często grają jednowymiarowo. Dla Polaków wiarygodność dramatu rodzinnego ukazanego przez Loacha też nie pozostaje bezdyskusyjna. Doświadczenia emigrantów z naszej części Europy bywają znacznie boleśniejsze. Tylko jak na razie nie ma chętnych, by się nad nimi pochylić.

Czytaj więcej: Co rozwściecza Kena Loacha

Reklama

Czytaj także

Świat

Demonstrancie, pokaż twarz!

Zakazy zakrywania twarzy podczas demonstracji mnożą się nie tylko w państwach autokratycznych, ale też na Zachodzie. Czy możliwa jest demokracja bez anonimowości?

Jędrzej Winiecki
15.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną