Kultura

Maria 2.0, jej syn i owce

Kawiarnia literacka: Renata Lis

Po co właściwie pasterz ma owce i po co o nie dba? Czy dla ich dobrostanu?

Wczesną wiosną na Lesbos napatrzyłam się na owce, bo to głównie one zamieszkują moją ulubioną, zachodnią część wyspy. Kolory ich sierści układają się w miłą dla oka kremowo-brązową gamę, dzwonki pobrzękują od wschodu do zachodu słońca, a beczenie niesie się echem po górach. Jedną taką owieczkę nasza gospodyni trzymała koło domu, mogłam więc z bliska podziwiać jej urodę: smukłe nóżki od subtelnej twarzyczki oddzielała bujna etola w kolorze dobrze przypalonej skorupki na crème brûlée. A że zbliżała się prawosławna Wielkanoc i Grecy łakomie spoglądali na jagnięta, nabrałam podejrzeń, że moja sąsiadka może być przeznaczona na rzeź, i codziennie rano sprawdzałam, czy jej nie zabrali. Na szczęście przetrwała święta, mnie jednak dopadły nieprzyjemne myśli o znanej pasterskiej metaforze, którą posługuje się Kościół, kiedy mówi o sobie i swoich „wiernych”. Po co właściwie pasterz ma owce i po co o nie dba? Czy dla ich dobrostanu? Przecież nie. Dobry pasterz trzyma owce po to, żeby je wydoić, ostrzyc albo zarżnąć. Trudno tego nie widzieć, kiedy mieszka się u rodziny produkującej tłusty grecki jogurt. Trudno tego nie widzieć, kiedy patrzy się na polski Kościół katolicki.

„Tylko nie mów nikomu”, film braci Sekielskich o seksualnych przestępstwach księży wobec nieletnich, obnażył robaczywe sumienia i zorganizowaną bezkarność kleru. Gwałty na dzieciach i inne nadużycia, w których systemowe krycie umoczone są wszystkie szczeble hierarchii wraz z przyległościami (od papieża do zakrystiana), niemal nigdy nie trafiają do prokuratur i sądów; od ofiar zgłaszających swoją krzywdę w kurii wymaga się przysięgi milczenia, a jedyną „karą” dla zwyrodnialca w sutannie jest zwykle przeniesienie do innej parafii, wyjazd na misję albo spokojne życie w domu księdza-emeryta, gdzie siostra zakonna poda obrane jabłuszko. Bo przecież nic wielkiego się nie stało – może ksiądz i upadł, ale podniósł się i porozmawiał z Panem Bogiem, więc o co to całe halo, chyba nie o „ciumka” sprzed 30 lat, zresztą owce głosu nie mają.

W całej sprawie najbardziej zdumiewają mnie właśnie one – owieczki drepczące do „kościółka” i przyjmujące komunię z ręki księdza, który albo sam krzywdzi dzieci, albo nieraz słyszał o takich przypadkach i może nawet był świadkiem podejrzanych sytuacji z udziałem kolegów, ale nie informował policji, posłuszny watykańskiej instrukcji Crimen sollicitationis, opartej na zasadach mafijnej lojalności. Instrukcja ta, nakazująca ukrywanie przestępstw pedofilskich przed zewnętrznym wymiarem sprawiedliwości, utrzymana w mocy przez Karola Wojtyłę, obowiązywała przez dekady. Czy słyszeliśmy w tym czasie o buncie choćby jednego księdza, który wypowiedziałby posłuszeństwo hierarchii w imię dobra dzieci? Nie. Kościelna omerta była ważniejsza. Mimo to tysiące Polaków nadal chrzczą swoje dzieci i posyłają je na katechezę, gdzie kandydaci do pierwszej komunii słyszą, że ksiądz jest kimś w rodzaju Pana Jezusa, i nabierają do księży nieuzasadnionego zaufania. Rodzice wspierają ten proceder także wtedy, kiedy przyjmują księdza w domu po kolędzie i zasilają go opłatami za sakramenty. Dlaczego się nie zbuntują? Dlaczego nie wymuszą na hierarchach, żeby otworzyli archiwa przed niezależną komisją i oczyścili swoje szeregi z przestępców i ich protektorów? Przecież podobno to oni – „wierni” – są Kościołem.

Jeśli zapytać o to polskiego katolika, to albo śmiertelnie się obrazi, albo odpowie, że nie rozumiesz. Czego? Tego, czym jest Kościół. Bo Kościół to ciało mistyczne, scheda idąca przez stulecia bezpośrednio od Jezusa, a obleśne cielsko księdza-gwałciciela nie ma tu nic do rzeczy, nawet jeśli to przez nie płyną sakramenty, słowo Boże i zbawienie. Kościół tak orzekł, więc tak jest – mówi katolik, wyznając w Credo wiarę w Kościół. Nawet sakrament małżeństwa, którego – zgodnie z teologiczną wykładnią – udzielają sobie nawzajem sami małżonkowie, wymagać ma rzekomo obecności świadka w sutannie. Owieczki to kupują – myśl o buncie nie przychodzi im do głowy. Bo Kościół to część ich tożsamości – mówią. Chodzili do niego, chodzą i chodzić będą. Po filmie Sekielskich, jak zauważył na Facebooku mój kolega, są niczym drink Bonda: wstrząśnięci, ale niezmieszani. Nic nie jest w stanie rozbić ich dwójmyślenia. Na tym polega katolicyzm – mówią. No dobrze, ale gdzie podziało się chrześcijaństwo? Gdzie ten rewolucyjny poryw z Ewangelii św. Mateusza, gdzie gniewna zapowiedź, że z zepsutego Kościoła nie zostanie kamień na kamieniu? Gdyby Jezus kierował się logiką naszych katolików, chrześcijaństwo nigdy by nie powstało.

Z tej niemoralnej inercji wyłamują się osoby, które – zachowując wiarę – zawieszają kontakty z hierarchią albo wręcz dokonują apostazji. Przybywa ich, ale to wciąż jednostki. Za to gdzie indziej katolicy – właśnie dlatego, że czują się Kościołem – potrafią się zbuntować. W Niemczech w styczniu zawiązał się ruch katoliczek Maria 2.0, który zdobył już tysiące zwolenników oraz poparcie najważniejszych organizacji katolików świeckich, i z tej pozycji, wspartej strajkiem usługujących po parafiach kobiet, domaga się odnowy Kościoła – w tym zniesienia celibatu i równouprawnienia płci.

A więc można? Oczywiście. Wystarczy żyć w kraju Lutra. Choć Jezus w sumie też mógłby być punktem oparcia. W jednym z memów krążących ostatnio w sieci syn Marii 2.0 zwraca się do Polaków: „Proszę śmiało brać się za episkopat. Ja na nich nie głosowałem. Sami się wybrali, jak PZPN. Także pozdrawiam i życzę darów Ducha Świętego”.

***

Renata Lis – wydała dwie parabiografie pisarzy: „Ręka Flauberta” i „W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu”, obie nominowane m.in. do Nagrody Literackiej Nike. Przetłumaczyła też z rosyjskiego książkę Leonida Bieżyna o wyprawie Czechowa na Sachalin pt. „Droga na wyspę katorżników”. W 2017 r. ukazała się jej książka eseistyczna „Lesbos”.

Polityka 22.2019 (3212) z dnia 28.05.2019; Kultura; s. 87
Oryginalny tytuł tekstu: "Maria 2.0, jej syn i owce"
Reklama

Czytaj także

Rynek

Niespotykanie niewidoczny człowiek. Minister Kościński

Tadeusz Kościński przyjął tekę ministra finansów, ale się nie cieszy. Nominacji nie zawdzięcza swoim kompetencjom, ale temu, że już w 2015 r. znalazł się w drużynie Morawieckiego. Teraz musi znaleźć pieniądze na wydatki projektowane na Nowogrodzkiej.

Joanna Solska
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną