Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Maria 2.0, jej syn i owce

Kawiarnia literacka: Renata Lis

Po co właściwie pasterz ma owce i po co o nie dba? Czy dla ich dobrostanu?

Wczesną wiosną na Lesbos napatrzyłam się na owce, bo to głównie one zamieszkują moją ulubioną, zachodnią część wyspy. Kolory ich sierści układają się w miłą dla oka kremowo-brązową gamę, dzwonki pobrzękują od wschodu do zachodu słońca, a beczenie niesie się echem po górach. Jedną taką owieczkę nasza gospodyni trzymała koło domu, mogłam więc z bliska podziwiać jej urodę: smukłe nóżki od subtelnej twarzyczki oddzielała bujna etola w kolorze dobrze przypalonej skorupki na crème brûlée. A że zbliżała się prawosławna Wielkanoc i Grecy łakomie spoglądali na jagnięta, nabrałam podejrzeń, że moja sąsiadka może być przeznaczona na rzeź, i codziennie rano sprawdzałam, czy jej nie zabrali. Na szczęście przetrwała święta, mnie jednak dopadły nieprzyjemne myśli o znanej pasterskiej metaforze, którą posługuje się Kościół, kiedy mówi o sobie i swoich „wiernych”. Po co właściwie pasterz ma owce i po co o nie dba? Czy dla ich dobrostanu? Przecież nie. Dobry pasterz trzyma owce po to, żeby je wydoić, ostrzyc albo zarżnąć. Trudno tego nie widzieć, kiedy mieszka się u rodziny produkującej tłusty grecki jogurt. Trudno tego nie widzieć, kiedy patrzy się na polski Kościół katolicki.

„Tylko nie mów nikomu”, film braci Sekielskich o seksualnych przestępstwach księży wobec nieletnich, obnażył robaczywe sumienia i zorganizowaną bezkarność kleru. Gwałty na dzieciach i inne nadużycia, w których systemowe krycie umoczone są wszystkie szczeble hierarchii wraz z przyległościami (od papieża do zakrystiana), niemal nigdy nie trafiają do prokuratur i sądów; od ofiar zgłaszających swoją krzywdę w kurii wymaga się przysięgi milczenia, a jedyną „karą” dla zwyrodnialca w sutannie jest zwykle przeniesienie do innej parafii, wyjazd na misję albo spokojne życie w domu księdza-emeryta, gdzie siostra zakonna poda obrane jabłuszko. Bo przecież nic wielkiego się nie stało – może ksiądz i upadł, ale podniósł się i porozmawiał z Panem Bogiem, więc o co to całe halo, chyba nie o „ciumka” sprzed 30 lat, zresztą owce głosu nie mają.

W całej sprawie najbardziej zdumiewają mnie właśnie one – owieczki drepczące do „kościółka” i przyjmujące komunię z ręki księdza, który albo sam krzywdzi dzieci, albo nieraz słyszał o takich przypadkach i może nawet był świadkiem podejrzanych sytuacji z udziałem kolegów, ale nie informował policji, posłuszny watykańskiej instrukcji Crimen sollicitationis, opartej na zasadach mafijnej lojalności. Instrukcja ta, nakazująca ukrywanie przestępstw pedofilskich przed zewnętrznym wymiarem sprawiedliwości, utrzymana w mocy przez Karola Wojtyłę, obowiązywała przez dekady. Czy słyszeliśmy w tym czasie o buncie choćby jednego księdza, który wypowiedziałby posłuszeństwo hierarchii w imię dobra dzieci? Nie. Kościelna omerta była ważniejsza. Mimo to tysiące Polaków nadal chrzczą swoje dzieci i posyłają je na katechezę, gdzie kandydaci do pierwszej komunii słyszą, że ksiądz jest kimś w rodzaju Pana Jezusa, i nabierają do księży nieuzasadnionego zaufania. Rodzice wspierają ten proceder także wtedy, kiedy przyjmują księdza w domu po kolędzie i zasilają go opłatami za sakramenty. Dlaczego się nie zbuntują? Dlaczego nie wymuszą na hierarchach, żeby otworzyli archiwa przed niezależną komisją i oczyścili swoje szeregi z przestępców i ich protektorów? Przecież podobno to oni – „wierni” – są Kościołem.

Jeśli zapytać o to polskiego katolika, to albo śmiertelnie się obrazi, albo odpowie, że nie rozumiesz. Czego? Tego, czym jest Kościół. Bo Kościół to ciało mistyczne, scheda idąca przez stulecia bezpośrednio od Jezusa, a obleśne cielsko księdza-gwałciciela nie ma tu nic do rzeczy, nawet jeśli to przez nie płyną sakramenty, słowo Boże i zbawienie. Kościół tak orzekł, więc tak jest – mówi katolik, wyznając w Credo wiarę w Kościół. Nawet sakrament małżeństwa, którego – zgodnie z teologiczną wykładnią – udzielają sobie nawzajem sami małżonkowie, wymagać ma rzekomo obecności świadka w sutannie. Owieczki to kupują – myśl o buncie nie przychodzi im do głowy. Bo Kościół to część ich tożsamości – mówią. Chodzili do niego, chodzą i chodzić będą. Po filmie Sekielskich, jak zauważył na Facebooku mój kolega, są niczym drink Bonda: wstrząśnięci, ale niezmieszani. Nic nie jest w stanie rozbić ich dwójmyślenia. Na tym polega katolicyzm – mówią. No dobrze, ale gdzie podziało się chrześcijaństwo? Gdzie ten rewolucyjny poryw z Ewangelii św. Mateusza, gdzie gniewna zapowiedź, że z zepsutego Kościoła nie zostanie kamień na kamieniu? Gdyby Jezus kierował się logiką naszych katolików, chrześcijaństwo nigdy by nie powstało.

Z tej niemoralnej inercji wyłamują się osoby, które – zachowując wiarę – zawieszają kontakty z hierarchią albo wręcz dokonują apostazji. Przybywa ich, ale to wciąż jednostki. Za to gdzie indziej katolicy – właśnie dlatego, że czują się Kościołem – potrafią się zbuntować. W Niemczech w styczniu zawiązał się ruch katoliczek Maria 2.0, który zdobył już tysiące zwolenników oraz poparcie najważniejszych organizacji katolików świeckich, i z tej pozycji, wspartej strajkiem usługujących po parafiach kobiet, domaga się odnowy Kościoła – w tym zniesienia celibatu i równouprawnienia płci.

A więc można? Oczywiście. Wystarczy żyć w kraju Lutra. Choć Jezus w sumie też mógłby być punktem oparcia. W jednym z memów krążących ostatnio w sieci syn Marii 2.0 zwraca się do Polaków: „Proszę śmiało brać się za episkopat. Ja na nich nie głosowałem. Sami się wybrali, jak PZPN. Także pozdrawiam i życzę darów Ducha Świętego”.

***

Renata Lis – wydała dwie parabiografie pisarzy: „Ręka Flauberta” i „W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu”, obie nominowane m.in. do Nagrody Literackiej Nike. Przetłumaczyła też z rosyjskiego książkę Leonida Bieżyna o wyprawie Czechowa na Sachalin pt. „Droga na wyspę katorżników”. W 2017 r. ukazała się jej książka eseistyczna „Lesbos”.

Polityka 22.2019 (3212) z dnia 28.05.2019; Kultura; s. 87
Oryginalny tytuł tekstu: "Maria 2.0, jej syn i owce"

Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Reklama

Czytaj także

null
Nauka

Artyści wszczepiają sobie urządzenia, żeby zyskać nowe zmysły. Ma to sens?

Cyborgiczni artyści chcą głębszego kontaktu ze światem. Wszczepiają sobie urządzenia, które pozwalają zyskać „nowe” zmysły. Jednak ewolucja nie bez powodu obdarzyła nas ich ograniczoną liczbą.

Marta Alicja Trzeciak
20.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną