Kultura

Cannes zostawia z niedosytem. Złota Palma dla czarnej komedii „Parasite”

Cannes zostawia z niedosytem. Złota Palma dla czarnej komedii „Parasite”

Kadr z filmu „Parasite” Kadr z filmu „Parasite” mat. pr.
Nie faworyzowany Almodóvar, nie wielbiony Tarantino, tylko czarna komedia „Parasite” Koreańczyka Bong Joon-ho zdobyła Złotą Palmę. Zwycięstwo zasłużone, pozostawiające jednak spory niedosyt.

„Parasite” jest olśniewającą bajką idealnie trafiającą w kompleksy współczesnego prekariatu cierpiącego z powodu niskich dochodów, braku bezpieczeństwa socjalnego, wiecznej niepewności co do przyszłości. Bong zajmuje się losami biednej, bezrobotnej rodziny, która próbuje związać koniec z końcem, gnieżdżąc się w zalewanej wodą miejskiej suterenie. Skromne dochody ze składania kartonów do pizzy nie zadowalają nikogo, więc gdy nadarza się okazja, rodzina bezwzględnie wykorzystuje swoją szansę, zajmując miejsce służących w luksusowym domu nieprzyzwoicie bogatych burżujów.

„Parasite”, czyli czego pragną wszyscy nędzarze świata

Bong doskonale się odnajduje w komediowo-sensacyjnej fabule, nie pozostawiając najmniejszych wątpliwości, że chodzi mu o metaforę wilczych relacji w kapitalizmie, gdzie nic się bardziej nie liczy od ukatrupienia konkurencji. W swojej wcześniejszej twórczości („Matka”, „The Host: Potwór”, „Okja”, „Snowpiercer. Arka przyszłości”) Koreańczyk konsekwentnie drążył podobne tematy, ale dopiero teraz osiągnął właściwy ton, mistrzostwo formy. Film jest przeraźliwie śmieszny i smutny zarazem. Fantastycznie obnaża brudne pragnienia wszystkich nędzarzy świata, kompromitując w nie mniejszym stopniu najskrytsze lęki, głupotę i uprzedzenia klasy posiadaczy.

Kadr z filmu „Parasite”mat. pr.Kadr z filmu „Parasite”

Jury nie doceniło ani Tarantino, ani Almodóvara

O nowym filmie Tarantino napisano już chyba wszystko, więc wypada tylko skomentować, że zapewne szacownemu jury coś się w nim nie podobało, skoro nie nagrodziło nawet świetnego Leonarda DiCaprio w roli drugoligowego hollywoodzkiego wycirusa, grającego ogony w westernach. To naprawdę świetnie skrojona rola, za którą aktor z pewnością będzie nominowany do Oscara. Ale może właśnie dlatego, że to zbyt oczywisty wybór, postanowiono nagrodzić nie mniej znakomitego Antoniego Banderasa grającego starzejącego się Pedro Almodóvara w autobiograficznym „Bólu i blasku”.

Jury nie miało litości dla Tarantino, Kena Loacha, Terrence Malicka, Marca Bellocchio, którzy błysnęli w Cannes fenomenalną formą. Każdy z nich pokazał jedno z najlepszych dzieł w karierze. Niestety albo stety pierwszeństwo mieli w tym roku młodzi i outsiderzy.

Cannes stawia na debiuty

Aż dwie prestiżowe nagrody przypadły francuskim debiutantom. Wychowana w Senegalu trzydziestoparoletnia Mati Diop pięknie opowiedziała historię afrykańskich imigrantów ginących na morzu oczami kochających matek, samotnych kochanek i żon. „Atlantique” (Grand Prix Jury) to przejmująca ballada miłosna na pograniczu magicznego realizmu o stracie i magicznym odkupieniu. Dojrzała, tajemnicza, mądra. Podobnie jak „Nędznicy” (Prix du Jury) Ladj Ly, współczesna wariacja na temat powieści Wiktora Hugo, ukazująca szeroką panoramę francuskiego społeczeństwa w stanie przedrewolucyjnego wrzenia.

Czytaj także: Planetarna katastrofa. W Cannes nowy film Jima Jarmuscha

Dramat lesbijski odkryciem festiwalu

Mimo politycznego odchylenia konkursowych tytułów największym odkryciem festiwalu okazał się ponadczasowy, kostiumowy romans „Portret dziewczyny w ogniu” Céline Sciammy. Rzecz o malowaniu z pamięci wizerunku pewnej damy, która opuściła zakon, w istocie studium zakochiwania się artystki i jej modelki, uniwersalna historia miłosna o najintymniejszych zakamarkach duszy i pragnień. Peter Bradshaw, wpływowy krytyk brytyjskiego „Guardiana”, słusznie uznał ten lesbijski dramat za arcydzieło, sugerując, że właśnie jemu należy się Złota Palma. Mimo pewnych podobieństw do „Niebezpiecznych związków” czy „Pięknej złośnicy” to w pełni oryginalne, niesamowicie ulotne dzieło, które mogła nakręcić tylko wyjątkowo wrażliwa osoba.

Kadr z filmu „Portret dziewczyny w ogniu”mat. pr.Kadr z filmu „Portret dziewczyny w ogniu”

Można powątpiewać w trafność decyzji jury przyznającego nagrody za najlepszą reżyserię braciom Dardenne. „Młody Ahmed” nie wydaje się wybitnym ani specjalnie wyjątkowym osiągnięciem belgijskich twórców. Niemniej ze względu na temat – fanatyzmu religijnego muzułmańskiego 13-latka gotowego zabić w imię idei – trudno go przemilczeć.

Wszędzie jesteśmy obcy

O wiele bardziej cieszy specjalne wyróżnienie dla Palestyńczyka Eli Suleimana. „It Must Be Heaven” mówi o dziwności świata i miłości do nieistniejącego kraju. Ze względu na prawie niemą rolę bohatera granego przez samego reżysera może się kojarzyć ze smutnymi komediami Bustera Keatona, nieprzystosowaniem pana Hulot z filmów Jacques′a Tatiego albo wizjonerstwem Szweda Roya Anderssona. Tak czy inaczej „It Must Be Heaven” jako wystylizowana, melancholijna komedia o wiecznym niedopasowaniu człowieka do rzeczywistości, tęsknocie do kawałka własnego miejsca na ziemi – cudownie podsumowywała wrażenia wszystkich festiwalowych projekcji. Wszędzie pozostajemy obcy, nawet we własnym domu. Bliskość to tylko lżejsza forma obcości.

Czytaj także: Gra sił pomiędzy kinem i streamingiem

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną