To żaden splendor być w Polsce pisarzem czy poetką. Sytuacja finansowa piszących – pomijając nielicznych poczytnych autorów – bywa trudna. Poeci często ledwo wiążą koniec z końcem, piszą po godzinach, szukają innych źródeł utrzymania, a w tym samym czasie nagrody literackie oferują wysokie sumy i przyjmują formy oscarowe. Tu bida, a tam wystawne gale, rywalizacja i jeden zwycięzca, który bierze wszystko, staje się celebrytą, podczas gdy inni nominowani odchodzą z kwitkiem (ewentualnie z wiecznym piórem). Takie formy są lubiane przez sponsorów, przez media, nazywa się je „promocją czytania”, tymczasem w naszych polskich warunkach to wszystko nie ma faktycznego przełożenia na rynek książki.
I jest w tej dysproporcji wystawności nagród i nieciekawej codzienności twórcy spora doza niesprawiedliwości. O tym, że czas to zmienić, mówi się już nie tylko w kuluarach, ale i ze sceny. Zwłaszcza w Polsce, gdzie nagrody nie zwiększają aż tak bardzo sprzedaży nominowanych książek, jak w Niemczech czy we Francji (Nagroda Goncourtów jest tam symboliczna – 10 euro – za to sprzedaż po nagrodzie wzrasta często do kilkuset tysięcy egzemplarzy). Nagroda Nike, zwłaszcza na początku, w latach 90., też znacząco zwiększała sprzedaż: „Widnokręgu” Myśliwskiego do 100 tys. egzemplarzy, a „Chirurgicznej precyzji” Barańczaka – do 40 tys. Dziś siła promocyjna nagrody osłabła, chociaż ciągle można dzięki Nike znacząco zwiększyć sprzedaż, jak mówi Sebastian Nowak z Wydawnictwa Literackiego. Tak było z „Księgami Jakubowymi” Olgi Tokarczuk; przed nagrodą przez cały rok sprzedano 83 tys. egzemplarzy, a tuż po Nike w ciągu niecałego miesiąca aż 23 tys.
Więcej nagród niż pisarzy
Nagród jest coraz więcej, należymy do kultury oszalałej na ich punkcie, twierdzi James F.