Kultura

Pewnik w niepewności

Kawiarnia Literacka

Dzieci dziś – nie tylko w Polsce zresztą – uczą się w systemie, który tkwi korzeniami w wieku nie XX nawet, ale w głębokim XIX.

Z całego początku nowego roku szkolnego najbardziej poruszającym dla mnie momentem wcale nie był ten, w którym mój syn po raz pierwszy usiadł w szkolnej ławce, otoczony nowymi kolegami, choć oczywiście było to wielkie przeżycie, widzieć go w tym miejscu. Tym, co mnie naprawdę ruszyło, było zdarzenie mające miejsce pierwszego wieczoru po przyjściu ze szkoły. Położywszy dzieci spać, zobaczyłam, że mój wczorajszy przedszkolak, bez konsultacji z kimkolwiek dorosłym, umył swój pojemnik na śniadanie, zrobił sobie całkiem fachowo ukrojoną kanapkę z razowego chleba, umył warzywa i owoce i włożył je pudełka, tak by na rano były już gotowe, wszystkie produkty użyte do przygotowania jutrzejszego śniadania schował do lodówki, zaś deskę do krojenia i nóż włożył do zmywarki.

Zdając sobie sprawę z tego, że nie jest ten wyczyn niczym obiektywnie nadzwyczajnym, wyjaśniam, że w kwestii samodzielnego przygotowywania posiłków przez nasze dzieci nie jesteśmy w światowej czołówce. To znaczy od teraz jesteśmy jej znacznie bliżej, bo do tej pory trwały u nas w domu liczne batalie o to, by od czasu do czasu łaskawie obsłużyli się sami. Aż do tego dnia, w którym okazało się, że nauka jednak nie poszła w las.

Piszę o tym zaś dlatego, że wpadł mi w ręce opublikowany w ubiegłym roku tekst Yuvala Noaha Harariego (tak, tego samego, który daje się cenzurować w Rosji, ale że tekst był sprzed roku, czyli z okresu, zanim się okazał takim małym oportunistą, to przymknęłam oko na słabości jego moralnej postawy) zatytułowany (w wolnym tłumaczeniu) „Czego dzieci muszą się nauczyć, by im się wiodło w 2050?”.

No i jak myślicie, czego? Wasze przypuszczenia, że niestety nie tego, co znajdą w polskiej podstawie programowej w 2019 r., są całkiem słuszne. Harari, choć oportunista, to na refleksji nad przyszłością gatunku ludzkiego się trochę zna. I gdy pisze, że w edukacji dzieci stawiamy na złego konia – wierzę mu.

Dzieci dziś – nie tylko w Polsce zresztą – uczą się w systemie, który tkwi korzeniami w wieku nie XX nawet, ale w głębokim XIX, gdy pamięciowe opanowanie odpowiedniej ilości informacji potrzebne było do jakiego takiego ogarnięcia rozumem świata. W końcu nie tak łatwo było – powiada Harari – dajmy na to w 1800 r. gdzieś w zabitej dechami dziurze leżącej w Meksyku, Indiach, Turcji (lub – dodajmy już od siebie – w Polsce pod zaborami), zdobyć sporo informacji o tym, jak działa ów świat. Nic więc dziwnego, że nauka polegała na ryciu na blachę nielicznych informacji dostępnych.

Dziś, jak wiadomo, problemem nie jest brak dostępu do informacji nawet w najbardziej zabitych dechami dziurach. Wręcz przeciwnie, można by rzec, że podstawowym kłopotem stał się ich immanentny zalew. Tak, że po pierwsze trudno się od nich odciąć i zdrowo zdystansować, po drugie coraz trudniej odsiać ziarna od plew, o czym przekonujemy się niemal każdego dnia, patrząc na przykład na to, jak osoby światłe typu znana aktorka albo wybitna reżyserka wrzucają w dobrej wierze na swoje walle fake’owe treści, bez ich uprzedniego sprawdzenia, o celowym graniu fake’ami przez różne kasty nie wspomnę.

Harari w swoim tekście mówi więc jasno: nie tędy droga, systemie edukacji, nie tędy! Jaki bowiem jest sens – pisze filozof – zmuszania dziś dzieci np. do mozolnej nauki języka chińskiego, gdy przecież istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że w 2050 r., gdy dzieci te będą już funkcjonować na rynku pracy, sztuczna inteligencja umożliwi im konwersację w płynnym mandaryńskim albo kantońskim, nawet jeśli jedynym słowem, jakie będą umieli sami wypowiedzieć, będzie „Ni hao”.

Harari powtarza więc jak zacięta płyta: jeśli chcemy wychować ludzi potrzebnych w przyszłości, musimy teraz uczyć nasze dzieci zupełnie inaczej i zupełnie czego innego. Chce, by system skupił się na kilku najważniejszych wytycznych: nauce krytycznego myślenia, komunikacji, współpracy i kreatywności, oraz na tym, by szkoła, zamiast uczyć konkretnych technicznych umiejętności, dawała narzędzia umożliwiające zmianę. Bo zmiana zdaje się jedynym pewnikiem ich jakże niepewnej przyszłości. Jedyną stałą w świecie przyszłości będzie konieczność wytworzenia w sobie nieustannej gotowości do zmian.

Harari o zmianach wie dużo, w końcu zgodził się, by w jego książce publikowanej w Rosji wzmianki o fake newsach Putina na temat aneksji Krymu zmienić i zastąpić rozdziałem o Trumpie i jego fake’ach, ale nawet ta małość, jaką się wykazał, nie zmienia faktu, że w tym tekście sprzed roku ma całkowitą rację w jednym jeszcze – kiedy apeluje, by szkoła uczyła dzieci radzenia sobie z emocjami i pokazywała im, jak osiągać emocjonalną dojrzałość i stabilność psychiczną, jakże konieczną w świecie, w którym jedyną stałą będzie zmiana.

Patrząc na kanapki przyszykowane przez mojego syna pierwszego dnia szkoły, myślę więc, że ów gest lepiej niż jakiekolwiek testy psychologiczne ukazał mi jego gotowość szkolną. Szkoda tylko, że nie mam tej samej pewności co do gotowości szkolnej całego systemu edukacji.

***

Anna Dziewit-Meller – ur. 1981 r. w Chorzowie. Pisarka, dziennikarka, felietonistka „Tygodnika Powszechnego”. Opublikowała dwie powieści: „Disko” (2012) i „Górę Tajget” (2016). W 2017 r. wydała książkę „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy”. Prowadzi stronę popularyzującą czytanie bukbuk.pl.

Polityka 41.2019 (3231) z dnia 08.10.2019; Kultura; s. 93
Oryginalny tytuł tekstu: "Pewnik w niepewności"
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną