Pierwszego grudnia w Murmańsku zaczęła się noc polarna. Dla człowieka to ciężka próba, porównywalna z pobytem Jezusa na pustyni – przez 40 dni murmańczanie nie zobaczą słońca. Nic dziwnego, że z tej okazji co roku życzą sobie wytrwałości i optymizmu – przebywanie w niekończącej się ciemności to musi być niewyobrażalna, czarna psychodelia.
W porównaniu z murmańską nocą nasze grudniowe ciemności wydają się humanitarne. Przez pół roku codziennie tracimy odrobinę światła słonecznego – aż do 22 grudnia, najkrótszego dnia w roku, który trwa 7 godzin i 41 minut. Potem światła znowu przybywa – powoli, ziarnko do ziarnka. Okres Bożego Narodzenia to noc ciemna, w której chybocze się wątły płomyk – na chwałę nowego cyklu kosmicznego. Lubię ten moment w roku – razem z całym światem spada się na dno nocy, gdzie ciemność dotyka własnej granicy i gdzie musi się zacząć jej przeciwieństwo. Wierzę, że światło znów urośnie – czekam na to w grudniu, a potem przyglądam się, jak jasność odzyskuje pole po dwie, trzy, cztery minuty na dobę. Słońce wstaje coraz wcześniej, przyjdzie wiosna, będzie lato, słońce nakarmi skórę i oczy. Znowu się udało.
Co prawda łatwo to wszystko przegapić. Chaos i zgiełk życia w późnym kapitalizmie, praca, codzienne zadania, zmartwienia i świąteczne przygotowania pochłaniają większości z nas tyle energii i uwagi, że na kontemplację grudniowej nocy nie zostaje już miejsca. „Odwieczna cisza nieskończonych przestrzeni”, która przerażała Pascala, nie przebija się do nas przez szum czasu: porządki i zakupy przy dźwiękach „Jingle Bells”, kłótnie w małżeństwach dwu- i jednopłciowych, wojny wegan z mięsożercami, PiS-owców z KOD-owcami i liberałów z lewakami przy świątecznym stole. Oczywiście wszystko ma w życiu swoje miejsce, także krzątanina i banalne interakcje, ale niedobrze jest, kiedy cała reszta zupełnie pod tym znika.