Kultura

Wojciech Karpiński. Erudyta, tytan pracy, Wojtek

Wojciech Karpiński (1943–2020) Wojciech Karpiński (1943–2020) www.wojciechkarpinski.com / Arch. pryw.
Wojciech Karpiński ostatnie 40 lat życia spędził na emigracji, zmarł 18 sierpnia. Jak to możliwe, że bycie szlachetnym i wybitnym nie musi się przekładać na bycie znanym?

18 sierpnia niespodziewanie zmarł w Paryżu Wojtek Karpiński. Miał 77 lat. Zaliczałem go do grona bliskich przyjaciół i chciałbym poświęcić mu kilka słów, by uzmysłowić, jak wyjątkową był postacią. I wyjaśnić, jak to jest możliwe, że bycie szlachetnym, prawym i wybitnym nie musi się przekładać na bycie znanym i ogólnie cenionym. Wojtek nie był w Polsce rozpoznawalny poza wąskim gronem wybitnych intelektualistów z jego własnych kręgów. Na przykład recenzja jego ostatniej książki, opublikowana na stronach „Dwutygodnika” tuż po Wojtka śmierci, zaczyna się stwierdzeniem: „Trzy lata temu nie potrafiłbym wymienić tytułu żadnej jego książki”.

Pisarz na emigracji

Ostatnie 40 lat życia Wojtek spędził na emigracji. Wprowadzenie stanu wojennego zastało go w Stanach Zjednoczonych. Gdy – omyłkowo – jego nazwisko znalazło się na opublikowanej liście internowanych, nie miał czego w Polsce szukać. Zamiast tego zdecydował się zeznawać przed Komisją Spraw Zagranicznych Senatu USA na posiedzeniu w sprawie represji w Polsce. Do Paryża przeniósł się w 1982 r., gdzie podjął pracę w Centre National de la Recherche Scientifique (CNRS), czyli francuskim PAN. Pracował tam do emerytury w 2008 r.

Mimo że biegle władał angielskim, francuskim, włoskim i niemieckim, nigdy nie podjął wysiłku, by zaaklimatyzować się jako emigrant. Do końca życia utrzymywał kontakty głównie z Polakami mieszkającymi w Paryżu i Warszawie. Mentalnie Polski nigdy nie opuścił i poświęcił jej większość twórczości. Do pracy w CNRS nie chodził, raz na rok pisał sprawozdanie naukowe, a praktycznie wszystkie wymienione pozycje były napisane w języku polskim. Parę razu mu to wytknięto, ale uznał to za mało istotne, choć jedną z konsekwencji takiej postawy było to, że nigdy nie awansował. Jemu wystarczyło, że był finansowo niezależny.

Czytaj też: Jak emigranci walczyli o swobodę myślenia w Polsce

Dobrze spędzone życie

Życie poświęcił realizacji kilku ambitnych celów, które wytyczył sobie wcześnie i od których nigdy nie odstąpił. Do celów początkowych – wyłożenia swojej „prywatnej historii wolności” i uświadomienia polskiemu czytelnikowi wagi dokonań rodzimych pisarzy i działaczy emigracyjnych XX w. – dodał w miarę poszerzania wiedzy pisanie o malarzach, pisarzach i myślicielach, którzy go zachwycili, wpłynęli na jego poglądy i postawę. Nie stronił też od esejów o swoich kulturalnych podróżach.

Nie znam nikogo, kto miał tak wyraziście określoną misję własnego istnienia. Jego życie polegało na nieustannych próbach jej realizowania. Już tylko ten fakt świadczyć może o jego ogromnej mądrości, zdumiewa i może być wzorem. Jego życie i śmierć – we śnie – jest udaną ilustracją powiedzenia przypisywanego Leonardowi da Vinci: „Tak jak dobrze spędzony dzień przynosi dobry sen, tak dobrze spędzone życie przynosi dobrą śmierć”.

Wojtek mieszkał zawsze sam, ale nie był samotnikiem. Nie robił wrażenia osoby, która by uważała, że pokrzywdził ją los. Przeciwnie. Biła z niego niebywała siła, powiązana ze zdrową dozą wiary w talent, wiedzę, inteligencję. Do końca życia był tytanem pracy. W twórczości nie poddawał się modnym trendom i nie podejmował chodliwych tematów. Świadomie poświęcił ogromną uwagę swoim intelektualnym bohaterom i ludziom sobie najbliższym.

Czytaj też: Fala za falą. Emigracje z PRL

O życiu prywatnym nie mówił

O swoim życiu prywatnym nie mówił. Był dyskretny, chociaż jasne jest, że miłością jego życia był przedwcześnie zmarły malarz Krzysztof Jung, którego opisał w 1999 r. w pięknym eseju w książce „Twarze”, wydanej w 2012 r. przez „Zeszyty Literackie”, zatytułowanym po prostu „Krzyś”. W 2017 r. opublikował (własnym sumptem) po francusku album poświęcony twórczości Junga, który otwierał ten esej w przekładzie. Zadbał, by go rozesłać do różnych muzeów w Europie. Z kolei wielu czytelników jego książki „Henryk”, wydanej w 2016 r. także przez „Zeszyty Literackie”, uważa, że jej celem było złożenie pośmiertnego hołdu Henrykowi Krzeczkowskiemu, by upamiętnić ich, nie tylko intelektualny, związek.

Wojtek nie zapomniał też o swoim ojcu, znanym architekcie, w szczególności twórcy warszawskiej Ściany Wschodniej, i zadbał o publikację w 2018 r. pięknie wydanej książki składającej się z jego pamiętników, tekstów napisanych przez dwóch braci Wojtka, kalendarium życia i twórczości, spisu zrealizowanych projektów.

Bo taki był Wojtek. Wierny aż do bólu bliskim i osobom, które szanował i cenił. O wielu z nich, w szczególności o najwybitniejszych polskich pisarzach XX w. żyjących na emigracji, których poznał, napisał ujmujące eseje, które opublikował po raz pierwszy w 1988 r. w tomie „Książki zbójeckie”, wydanym w Londynie. (Rozszerzone wydanie ukazało się w 2009 r. nakładem „Zeszytów Literackich”). Był wielkim wielbicielem malarstwa i pisarstwa Józefa Czapskiego, propagował i analizował jego twórczość, m.in. publikując w 1996 r. w Wydawnictwie Dolnośląskim książkę „Portret Czapskiego”. Jedną z największych satysfakcji ostatnich lat życia Wojtka była szczegółowa biografia Czapskiego „Almost Nothing: The 20th-Century Art and Life of Józef Czapski” pióra Erika Karpelesa, wydana w 2018 r. przez prestiżowe wydawnictwo New York Review Books. Autor, jak można przeczytać w podziękowaniach i na wielu stronach książki, wiele zawdzięczał Wojtkowi.

Czytaj też: O czym korespondowali Czapski z Heringiem

Ponad codziennym potokiem wydarzeń

W tym, co powyżej napisałem, czynię Wojtkowi krzywdę, pomijając jego szlachetną działalność opozycyjną w Polsce przed stanem wojennym i nie wspominając o jego kilkunastu innych książkach, w szczególności o kulturalnej podróży po Włoszech, historii myśli politycznej, o van Goghu, o Stanach Zjednoczonych, kończąc na internetowym wydaniu „120 dni Kultury” poświęconym najważniejszym w jego odczuciu artykułom opublikowanym w paryskiej „Kulturze”. Rzecz ukazała się dwa tygodnie przed jego śmiercią.

Nie czuję się kompetentny do oceny jego twórczości i nie w tym celu o nim piszę. Zresztą myślę, że aby merytorycznie ocenić całokształt twórczości Wojtka, potrzebny będzie mały sztab mający w składzie pisarza, filozofa, specjalistę od malarstwa i historyków literatury i myśli politycznej. Sam nie zaliczam się do osób, które mogłyby wejść do takiego zespołu; ja byłem po prostu wiernym czytelnikiem jego artykułów i esejów, które publikował na łamach prawie każdego ze 144 numerów „Zeszytów Literackich”. Wiernym i wdzięcznym, bo dzięki niemu poznałem wiele wyjątkowych postaci polskiej kultury, a także dowiedziałem się o tak wybitnych myślicielach jak Nicola Chiaromante czy lord Acton. Eseje Wojtka nie starzeją się i czyta się z równym zaciekawieniem zarówno te, które napisał w latach 70., jak i te sprzed paru lat. To świadczy o jego zdolności uniesienia się ponad codzienny potok wydarzeń i bieżących opinii.

Czytaj też: Opozycja w czasach PRL

Nie wszystkie te eseje czytałem z równą przyjemnością. Niektóre, zwłaszcza te o ludziach specjalnie mu bliskich, miejscami drażniły mnie „laurkowością”. W przeciwieństwie do esejów o postaciach, których nie znał i do których z natury rzeczy miał emocjonalny dystans. Czasami do któregoś tekstu wkradła się nuta krytyczna, ale konsekwentnie stronił od ataków. Takim osobom po prostu nie poświęcał uwagi jako pisarz.

Nieporadnym Wojtek był i pozostał

Wojtka poznałem przez Barbarę Toruńczyk, jako że wszedł w skład redakcji „Zeszytów Literackich”, które założyła w 1982 r. w Paryżu. Ja z kolei, jako directeur de la publication, byłem odpowiedzialny za wszystko poza treścią. Innych pracowników w „Zeszytach” nie było. Mogłem sobie na to – pracochłonne i dobrowolne – zajęcie pozwolić, bo mój etat w CNRS nie przekładał się na wiele obowiązków, a rocznych sprawozdań naukowych nikt nie studiował. „Zeszyty” były zarejestrowane w moim mieszkaniu przy rue Geoffroy St. Hilaire 37, na który to adres abonenci przesyłali zamówienia i czeki. I tam też przez pierwsze dwa lata składowaliśmy wszystkie numery.

Wojtek miał wówczas niespełna 40 lat. Zrobił na mnie wrażenie osoby nieśmiałej i powściągliwej w kontaktach, ale jednocześnie uderzył mnie ciepły tembr w jego eleganckim głosie. Starannie dobierał słowa, układając usta, jakby miał wymówić literę U lub zacząć grać na harmonijce ustnej. Wypowiadał precyzyjne zdania. Stwarzało to pewien dystans, ustawiało rozmowę od razu na wysokim poziomie i czyniło go trochę niedostępnym. Niektórzy odczuwali to jako arogancję. Ja to odbierałem jako nieporadność w dostosowaniu się do ludzi spoza najbliższego otoczenia.

A nieporadnym Wojtek był i pozostał. Do dzisiaj pamiętam jego panikę, że będzie musiał pójść do sklepu kupić talerze do swojego pierwszego mieszkania w Paryżu. Z rozlicznych rozmów telefonicznych pamiętam częste wzmianki o wdzięczności dla Isi Smolar, że mu pomagała w różnych praktycznych sprawach. W naszej ostatniej rozmowie, dwa tygodnie przed jego śmiercią, beztrosko wyrażał się o pandemii, bo zakupami i gotowaniem dla niego zajmowała się „pani Dorotka”. Wojtek pasował lepiej do XIX w.

Czytaj też: Archiwum paryskiej „Kultury” trafia do sieci

Poszukiwaczowi błędów

Pierwszy dłuższy kontakt miałem z nim w trakcie pakowania do kopert pierwszego numeru „Zeszytów”. Zajęło to nam, czyli Basi, Wojtkowi i mnie, może dwie godziny i pomogło w przełamaniu lodów. W trakcie wydawania kolejnych numerów nasze, raczej oficjalne, ale też bardzo poprawne, stosunki powoli się zacieśniały. Miałem wrażenie, że zjednałem go rzetelnością w prowadzeniu administracji „Zeszytów”.

A ja z kolei powoli poznawałem jego ogromną erudycję, czytając eseje, które publikował w kolejnych numerach, i książki. W „Amerykańskich cieniach”, wydanych przez paryską „Kulturę”, napisał mi dedykację: „Krzysztofowi – dyrektorowi, z przyjaźnią, 1.4.83 Paryż, Wojtek”. Z kolei w książce „Chusteczka imperatora” wydanej w Londynie przez Polonię znajduję wpis: „Krzysztofowi – poszukiwaczowi błędów, 19.9.83, Wojtek” (odnosił się do efektów mojego czytania artykułów „Zeszytów” w korekcie).

Wojtka pisarska przeszłość – a miał już wtedy na koncie kilka wybitnych książek, artykułów i esejów, niektórych z konieczności wydanych pod pseudonimem – była mi początkowo nieznana i po raz pierwszy dowiedziałem się o niej z notek o autorach, przygotowywanych pieczołowicie przez Basię Toruńczyk do każdego numeru „Zeszytów”. Na usprawiedliwienie dodam, że byłem po doktoracie z matematyki i prowadziłem badania naukowe w informatyce, a do czasu wyjazdu z Polski do Holandii w 1974 r. z żadną działalnością opozycyjną, podobnie jak literacką, nie miałem nic wspólnego.

Czytaj też: Powroty polskich twórców z emigracji

Z Zagajewskim pakowaliśmy „Zeszyty” do kopert

Moja działalność dla „Zeszytów” praktycznie skończyła się po dwóch latach, gdy wyjechałem na roczne stypendium naukowe do Stanów. Do Paryża wróciłem we wrześniu 1985 r., ale nie mogłem już sobie znaleźć miejsca i w 1987 r. wróciłem do Holandii. Podjąłem pracę w Amsterdamie. Mój kontakt z „Zeszytami” ograniczył się do pełnienia funkcji skarbnika w fundacji, która je wydawała. Ale mój kontakt z Wojtkiem zachował się nieprzerwany.

W tym okresie kontrakt w Amsterdamie dzieliłem z pozycją profesora na uniwersytecie w Austin w Teksasie. W którymś momencie poznałem tam młodego Amerykanina, który specjalizował się w literaturze Europy Wschodniej, w szczególności polskiej. Wspomniał mi, że jego wydział ma pozycję na semestr dla pisarza z Europy Wschodniej, i zapytał, czy mógłbym mu kogoś polecić. Przekonałem go, że lepiej będzie zaprosić kogoś, kto zna Amerykę i jej kulturę, dobrze włada angielskim, ma doktorat i jest uznanym pisarzem. Krótko mówiąc, Wojtka. I tak się stało.

Wspólny pobyt w Austin bardzo nas zbliżył i jego dystans w kontakcie kompletnie wyparował. Z jego pobytu zachowałem tylko parę wspomnień. Raz, by spotkać się z nami dwoma, dojechał na dzień z Houston Adam Zagajewski, który pracował tam na prywatnym Uniwersytecie Rice. Adama poznałem w Paryżu, też przez „Zeszyty Literackie”; pomagał w pakowaniu drugiego numeru do kopert. Lunch spożyliśmy w greckiej restauracji, ale nie będę udawał, że więcej pamiętam z tego spotkania.

Czytaj też: Gdzie Polak, tam gazeta

Pisać w przyjaznym zaciszu

Dzięki wspaniałej uniwersyteckiej bibliotece pobyt w Austin był dla Wojtka rajem. Pod koniec nieśmiało zapytał (bardzo nie lubił prosić o pomoc), czy mógłbym mu pomóc oddać tam książki. Istotę jego prośby zrozumiałem, gdy podjechałem pod jego mieszkanie samochodem. Wojtek przygotował dwie ogromne walizki, które z wielkim trudem wsadziliśmy do samochodu.

Jak tylko po definitywnym powrocie do Europy w 1990 r. bywałem w Paryżu, spotykałem się z nim na kolację. Starannie wybierał restauracje i za każdym razem zdecydowanym gestem zagarniał ze stołu rachunek, by nie pozwolić mi go uiścić.

W którymś momencie Wojtek przystał na moją propozycję, by przyjechać do Amsterdamu na czas naszego wyjazdu na wakacje. Swój pobyt wykorzystał bardzo pracowicie, spędzając czas w miejskiej bibliotece i zamkniętych zbiorach muzeów na potrzeby swojej książki „Fajka van Gogha”, która ukazała się w 1994 r. w Wydawnictwie Dolnośląskim. Wojtek miał podobne kontakty w Rzymie i Berlinie, gdzie regularnie przebywał, by pisać w zaciszu domowym przyjaznej osoby. Miło mi było, że mogłem dołączyć do tego szacownego klubu.

Czytaj też: Jak się organizowali polscy emigranci

Mówi Wojtek. Jak się masz?

Jakiś czas potem Wojtek zrewanżował się i udostępnił na okres swojego wyjazdu mnie i mojej rodzinie swoje mieszkanie w Paryżu. W przeddzień wyjazdu zaprosił nas do słynnej restauracji La Coupole. Moje dzieci, jeszcze nie nastolatki, do dzisiaj pamiętają tę kolację: córka na sugestię Wojtka po raz pierwszy zjadła tam ślimaka, a syn chyba dlatego, że podejrzał astronomiczny rachunek.

Wojtek był jedyną osobą we Francji, do której przez ostatnie trzydzieści kilka lat wysyłałem kartkę na święta i Nowy Rok. Sam kartek nie pisał, ale z reguły oddzwaniał po Nowym Roku, dziękując za życzenia i w odpowiedzi na pytanie, jak się ma, składał sprawozdanie z bieżącej działalności pisarskiej. Te rozmowy niezmiennie zaczynały się zdaniem: „Mówi Wojtek”, wypowiedzianym w serdecznym tonie. Zawsze pytał z zaciekawieniem, co słychać u dzieci, nie wahał się udzielać rozważnych i ciepłych rad, także w sprawach osobistych. W tych rozmowach przewijały się również wspólni znajomi z czasów „Zeszytów Literackich”, ale nie były to nigdy plotki, raczej troska i w późniejszym okresie niepokój o sytuację finansową pisma.

Czasami pytałem bez żenady o polskich pisarzy, o których nic mi nie było wiadomo, np. o Cat-Mackiewicza. Wojtek zawsze odpowiadał z kurtuazją, często zdumiewając ogromem wiedzy. Był największym erudytą, jakiego poznałem. Miał temperament naukowca. Los zrządził, że nim nie został: krótko po doktoracie w 1970 r. został usunięty z Uniwersytetu Warszawskiego, gdy jego starszy brat Jakub został skazany w politycznym procesie.

Czytaj też: Dieta polskiego emigranta. Zgryzota na talerzu

Książki i eseje się nie zestarzeją

O polityce właściwie nigdy nie rozmawialiśmy. Nie dlatego, żeby Wojtek nie był nią niezainteresowany. Po prostu brakło czasu: gdzieś po godzinie rozmowy tracił cierpliwość, uznając, że jest odciągany od pracy, i rozmowa się kończyła. Z różnych uwag i z tego, co pisał, łatwo było wywnioskować, że miał poglądy konserwatywne. Czasami żalił się na zbyt lewicowe (w jego rozumieniu) poglądy znajomych. Jego współczesnym idolem był szkocki historyk Niall Ferguson.

Ponieważ zostałem zaliczony do pocztu jego przyjaciół, mam komplet jego książek, które ukazały się po jego wyjeździe z Polski, każda wręczona lub przesłana z przemyślną i serdeczną dedykacją. Do „Fajki van Gogha” załączył kartkę, na której czytam: „Krzysztofowi, któremu ta książka wiele zawdzięcza, Wojtek”. Dostałem też od niego wszystkie książki wymienione w tym tekście, w szczególności Karpelesa o Czapskim, dostarczoną mi jako prezent z Amazona.

Wojtku, bardzo mi będzie Ciebie brakowało. Ale pozostał Twój nieoceniony i niedoceniony wkład w kulturę w postaci kilkudziesięciu esejów i kilkunastu książek. I to mi – Twojemu wiernemu czytelnikowi i przyjacielowi – pomoże powoli pogodzić się z tym, że odszedłeś. Twoje książki i eseje nie zestarzeją się i zawsze będzie można do nich wracać.

Amsterdam, 30 sierpień 2020

PS Świetnym przewodnikiem po Wojtka twórczości jest jego strona internetowa.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Klasyki Polityki

Jak dzieci odczuwają i rozumieją ból?

Jeszcze na początku lat 80. uważano, że noworodki w ogóle nie odczuwają bólu! A ponieważ nie potrafią werbalnie wyrazić tego, co czują, nie dbano o ich komfort w szpitalach.

Paweł Walewski
08.08.1998
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną