Fotel z waty
Polscy designerzy coraz bardziej liczą się w świecie.
Dwa lata temu, na prestiżowym Biennale Designu we francuskim Saint-Etienne, prezentacja młodego polskiego wzornictwa otrzymała najwyższe wyróżnienie – Grand Prix. Także przed paroma miesiącami, na kolejnym Biennale, nasza propozycja należała do najciekawszych. Z przyjemnością oglądało się nie tylko to, co zawsze nam nieźle wychodziło: oryginalne dywany (edukacyjne – dla dzieci), zaskakujące wyroby z porcelany i szkła (kubek dla niewidomych, ogrzewacz dłoni), fantazyjne meble (oryginalne biurko Corner), ale też projekty „poważniejsze” – nowych modeli samochodu Volkswagen czy podmiejskiej kolei dojazdowej. Polscy designerzy zdobywają coraz więcej wyróżnień w świecie, nawet w Japonii, gdzie prestiżowymi laurami uhonorowano Marka Króla, m.in. za wzory tzw. bezpiecznych nożyczek, noża do ryb i elektrycznych przełączników.

Nie tylko drobiazgi

Nagrody są, rzecz jasna, miłymi sygnałami świadczącymi o możliwościach młodych artystów. Ale dużo ważniejsze jest to, że wreszcie z długiego snu przebudza się przemysł, który coraz chętniej sięga po nowe rodzime wzory. Nawiasem mówiąc, nie ma innego wyjścia. To jedyny sposób, by się uratować przed pożarciem przez dwie groźne bestie. Jedna to zachodnie koncerny, z którymi nie wygra się marketingiem, nakładami na reklamę, a często i jakością produktu, ale jego walorami estetycznymi – owszem, można. Druga zaś to potężniejący import z Dalekiego Wschodu, perfekcyjnie podrabiający dobre wzory i umiejętnie podłączający się pod wszelkie mody i trendy, a nadto bardzo tani. Tym bardziej że rozliczne badania nie pozostawiają wątpliwości: inwestowanie we wzornictwo to najprostszy, najtańszy i najszybszy sposób radzenia sobie z konkurencją.

Z przeprowadzonych przed paru laty w Danii, Holandii, Szwecji i Wielkiej Brytanii badań wynika, że 80 proc. przedsiębiorstw aktywnie rozwijających wzornictwo przemysłowe odnotowało 20–40-proc. wzrost sprzedaży. W Polsce, gdzie konkurencja nie jest aż tak silna, można liczyć na podobne efekty. Zresztą najlepiej świadczą o tym konkretne sukcesy. Na przykład napojów Frugo, które podbiły rynek dobrą reklamą i niekonwencjonalnym opakowaniem (świetna butelka, nowatorskie etykiety). Podobnie rzecz się miała z płytkami ceramicznymi Opoczna i Tubądzina, robotami kuchennymi Zelmera czy męskimi koszulami Vistuli.

Poświęcone wzornictwu pismo „2 + 3D” sporządziło niedawno listę 10 najlepszych polskich projektów, które w ostatnich latach weszły do produkcji. Są wśród nich – co dziwić nie powinno – dywan, lampa, głośniki, regał, ale też – co już dziwić może – jacht, wózek widłowy, a nawet samolot (Orka) i skład podmiejskiej kolei (kursuje w Łódzkiem). Upada stereotyp, jakoby nasi projektanci świetnie radzili sobie jedynie z drobiazgami: talerzami, wazonami czy krzesłami. Potrafią już więcej (np. ciekawe modele samochodów), ale nie bardzo mają możliwości. Albowiem w masowej skali współpraca przemysłu ze wzornictwem (a to przecież ona jest ostatecznym kryterium sukcesu) najlepiej układa się tam, gdzie zawsze układała się nie najgorzej: przy projektowaniu mebli (tu jesteśmy potęgą), sprzętu AGD, wyrobów ze szkła i porcelany oraz wyposażenia łazienek. Dużo doskonałych rodzimych wzorów dostarcza branża turystyczna (namioty, plecaki, rowery) i branża opakowań (puszki, pudełka, tubki, butelki), a ostatnio także – odradzająca się – branża odzieżowa.

Co ciekawe, do rynkowego sukcesu projektanci podążają dwiema drogami. Tam, gdzie się da, pracują na zlecenie dużych fabryk. Ale coraz częściej wiążą się z małymi producentami lub wręcz sami tworzą zakłady, które realizują ich pomysły. Widać to szczególnie na rynku wyposażenia wnętrz, na który przebojem wdarły się takie firmy, jak Puff Buff i Volta (oświetlenie), Moho (dywany), Noti, Oggi i Balma (meble).

Na kogo liczyć?

Przy większości akademii sztuk pięknych w kraju działają katedry i wydziały wzornictwa. Do tego dochodzą coraz liczniejsze szkoły prywatne. Co zrobić, by ich, często bardzo utalentowanych, absolwentów nie przejęły do pracy niemieckie farmy, londyńskie puby i hiszpańskie hotele? Jak zainteresować przemysł, nie tylko polski, ich osiągnięciami i możliwościami? Na fundusze państwowe nie ma co liczyć, choć np. rządy Wielkiej Brytanii, Szwecji czy Danii łożą na rozwój wzornictwa w swych krajach dziesiątki milionów dolarów.

Na kogo więc liczyć można? Przede wszystkim po latach marazmu wyraźnie odżywa Instytut Wzornictwa Przemysłowego. Pod nowym kierownictwem Beaty Bochińskiej jest na dobrej drodze do odzyskania reputacji centrum polskiego designu. Dotrzymuje mu kroku cieszyński Zamek Sztuki i Przedsiębiorczości. Przez dwa lata działalności zrobił dla polskiego wzornictwa więcej niż tuzin innych galerii i instytucji razem wziętych. Działa kilka poświęconych designowi pism (na czele z „2 + 3D” oraz świeżym na rynku, ale coraz ciekawszym „VoxDesign”) oraz portali internetowych, parę fundacji (m.in. Nowej Kultury Bęc Zmiana i Pro Design).

Za granicą do osiągnięć naszych projektantów coraz bardziej śmiało i skutecznie przekonuje Instytut Adama Mickiewicza. Zorganizował m.in. ciekawą wystawę „Polska sztuka przedmiotu” (Hiszpania), przyczynił się znacząco do wspomnianych już sukcesów na kolejnych biennale w Saint-Etienne. Dzięki aktywności tych wszystkich instytucji coraz częściej możemy też oglądać interesujące prezentacje tego, co potrafią polscy projektanci. Na przykład na wystawach „Made In Poland” (2004) czy „Design. Pl” (2006). Od 26 stycznia w Cieszynie można podziwiać polską prezentację z Saint-Etienne, poszerzoną o najciekawsze projekty studenckie.

Polskiemu wzornictwu, choć wyraźnie ożywionemu, daleko jednak jeszcze do światowych standardów. Przypomina nasz sport; jest grupa mistrzów, ale za nimi przepastna czeluść. Porównajmy. W jednej tylko Wielkiej Brytanii działa ponad 3600 firm projektowych, zatrudniających około 67 tys. osób, a ta armia designerów wytwarza ponad 5 proc. narodowego PKB. Na miarę Polski są to wskaźniki wręcz kosmiczne. Tym bardziej że – jak szacuje Michał Stefanowski, prezes Stowarzyszenia Projektantów Form Przemysłowych – u nas aż 90 proc. absolwentów uczelni projektowych nie podejmuje pracy w zawodzie. Po prostu nie ma zapotrzebowania na ich umiejętności.

Kreatywni z wyobraźnią
Na świecie wyróżnia się kilka szkół wzornictwa, m.in. solidną niemiecką, pełną fantazji włoską, ceniącą prostotę skandynawską. O specyficznej polskiej szkole na razie trudno mówić; czerpiemy ze wszystkich po trochu, choć najbliżej nam chyba do szwedzko-duńskiej eleganckiej wstrzemięźliwości. Czy jest zatem coś szczególnego, co może się okazać naszym atutem w podbijaniu międzynarodowych rynków?

W udzielonym niedawno „Rzeczpospolitej” wywiadzie Beata Bochińska mówiła: „Jest jedna cecha, która wyróżnia naszych projektantów na tle światowej konkurencji. Są nieprawdopodobnie elastyczni. To »dzięki« komunizmowi, biedzie i nieustannym brakom wszystkiego Polacy nauczyli się kombinować, robić coś z niczego”. Z kolei Ewa Gołębiewska, szefowa Śląskiego Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości, zauważa: „Jakość rodzimych projektów zdecydowanie podnosi usytuowanie studiów w zakresie wzornictwa przemysłowego w szkolnictwie artystycznym. Nasi absolwenci może mniej wiedzą o marketingu, technologiach, funkcjonalności, ale zazwyczaj imponują wyobraźnią i kreatywnością”.

Połączenie zaradności, praktycyzmu i oryginalności rzeczywiście może okazać się skuteczną bronią w zdobywaniu klientów. Szczególnie w czasach, gdy światowy design zdaje się coraz rzadziej myśleć o tym, by dostarczyć wyrobów estetycznych, ciekawych i pożytecznych, a coraz częściej, by zaskakiwać, szokować, udawać dzieło sztuki. A międzynarodowe imprezy promujące wzornictwo przypominają kolorowe jarmarki, które oszałamiają feerią barw, kształtów i zwariowanych idei. Ogląda się to z zachwytem, ale trudno znaleźć coś, co byśmy chcieli mieć w domu.

Przez długie dziesięciolecia w designie obowiązywał, niezależnie od zmieniających się mód i konwencji, styl modernistyczny, który tak charakteryzował wybitny brytyjski historyk wzornictwa Adrian Forty: „Przedkładanie prostoty nad dekoracyjność, gładkich powierzchni nad sztukaterie, maskowanie mechanizmów zamiast ich eksponowania oraz ogólny efekt ukrywania połączeń śladów procesów produkcji”.

Czarujące pensjonarki

Dziś wszystkie te reguły uległy odwróceniu. Mało tego. Wygląd zdaje się przeważać nad funkcją. Fotel z waty? Czemu nie. Siedzieć się na nim nie da, ale wygląda czarująco. Design staje się ekstremalny; wykorzystuje symbolikę broni, krwi, przemocy, podobnie jak sztuka narusza obyczajowe i religijne tabu (np. T-shirty Arkadiusa).

Designerem może być każdy, kto proponuje nowe kształty: fryzjer, piekarz, ogrodnik. Na wspomnianym biennale w Saint-Etienne cały pawilon poświęcono projektom, którym bliżej było do ideologii, polityki, ekologii aniżeli do tradycyjnego wzornictwa. Jeżeli do tego wszystkiego dołożymy jeszcze niewiarygodny postęp w dziedzinie nowych technologii, pozwalających uzyskać każdy, najbardziej szalony efekt, otrzymamy ostateczny obraz współczesnego designu: wspaniałego do oglądania i kłopotliwego do stosowania.

Do owego rozbuchanego świata projektów młodzi polscy designerzy wkraczają trochę tak, jak dobrze wychowane i wykształcone pensjonarki do klubu dla drag-gueen i transwestytów. Z pewnością nie wyróżnią się szaleństwem, ale mogą – na zasadzie kontrastu – oczarować klasą. Świat zaczyna dostrzegać ów walor.

A w Polsce? W piśmie „2 + 3D” znalazłem taką oto wypowiedź prof. Bogumiły Jung z ASP w Poznaniu: „Jeden z dawnych absolwentów, który odwiedził nas po długim pobycie na Zachodzie, powiedział: Jak tu jest cudownie! Tutaj jest jeszcze tyle do zaprojektowania!”.

Jest nadzieja, że gdy przyjedzie za kolejne dziesięć lat, nie będzie już mógł się tak zachwycać.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną