Kultura

Cannes 2021. Udało się! Zwyciężyła sztuka, oryginalność i młodość

Julia Ducournau otrzymuje Złotą Palmę z rąk Sharon Stone. Festiwal Filmowy Cannes 2021 Julia Ducournau otrzymuje Złotą Palmę z rąk Sharon Stone. Festiwal Filmowy Cannes 2021 Regina Wagner / Forum
Nagradzając Złotą Palmą bodyhorror „Tytan”, zaledwie drugi pełnometrażowy film mało znanej Francuzki Julii Ducournau, jury postawiło na młodość i zmianę.

Kontrowersyjność tego werdyktu, żyrowanego nazwiskiem przewodniczącego jury Spike’a Lee, czarnoskórego buntownika i niekonwencjonalnie myślącego artysty, da się porównać z wrzawą i początkowym niezrozumieniem, gdy ogłaszano, że zwycięzcami nobliwego, canneńskie konkursu są „Pulp Fiction” Quentina Tarantino czy „Dzikość serca” Davida Lyncha. Wtedy też mówiono o barbarzyńskiej pomyłce i niezasłużonych laurach dla ludzi, którzy rozsadzają mainstreamowe kino w niewyobrażalnie brutalny sposób, a przecież docenić należało Kieślowskiego z „Trzema kolorami. Czerwonym” czy jakiekolwiek inne dzieło uznanego mistrza.

Czytaj także: To będzie super-Cannes po długiej przerwie. „Kino nie umarło”

„Tytan” Julii Ducournau – oryginalny, szokujący, nowatorski

Po latach widać, że te odsądzane od czci i wiary filmy przetrwały, a nawet weszły do kanonu, i nikogo specjalnie nie dziwi, że inspirują nowe pokolenia. Czy podobnie będzie z „Tytanem”, tego nie wiem, jedno wydaje się pewne. Był to najbardziej oryginalny, szokujący, nowatorski film, jaki pokazano w tym roku na Lazurowym Wybrzeżu. Na jednych połączenie kiczu, taniego science-fiction, horrorów klasy B zmieszanych z ideologią LGBT oraz doprowadzoną do absurdu filozofią gender nie zadziała, innym wyda się rewolucyjne i olśniewająco piękne. Tak to już bywa z tytułami, które łamią granice gatunkowe, szukają nowych horyzontów sztuki, odwołując się do nowej wrażliwości.

Czytaj także: Julia Ducournau – „Mięso (Grave)”. Widzowie mdleją

„Tytan” jest filmem niegrzecznym, a jednocześnie w jakiś sposób klasycznym, bo w gruncie rzeczy broni konserwatywnych wartości takich jak potrzeba bezwarunkowej miłości czy pragnienie posiadania dobrych relacji z rodzicami. Może tego nie widać na pierwszy rzut oka, gdy śledzi się poczynania kobiety-potwora okrutnie rozprawiającej się z zagadującymi ją maczystami czy podpalającej dom swoich rodziców, ale na pewno ta potrzeba zostaje w nim wyrażona. W surrealistyczny, absurdalny sposób, ale jednak.

Sam film przypomina mozaikę znanych i mniej znanych motywów, z których zbudowana zostaje historia dochodzenia do tożsamości osoby wyglądającej jak androgyn. Silnej, upartej, męskiej, a jednocześnie nienawidzącej seksu, pożądającej wszystkiego, co przypomina samochody, zachodzącej w ciążę nie wiadomo, jak i z kim, mimo to udającej syna kogoś, kto wydaje się uosobieniem znienawidzonych przez nią cech. A to dopiero początek komplikacji, które im bardziej się chce objąć rozumowo, tym większą wywołują konfuzję i pogłębiają wrażenie niedorzeczności.

„Przedział nr 6” Juho Kuosmanena – poetyckie kino drogi

Ducournau ma dopiero 37 lat (była najmłodszą uczestniczką konkursu) i niewielkie doświadczenie filmowe, ale na pewno potrafi robić wyraziste kino oparte na jej własnych zasadach. Trudno przewidzieć, dokąd ją to zaprowadzi, podobnie jak pozostałych młodych wyróżnionych przez canneńskie jury. Pięć lat od niej starszy Fin Juho Kuosmanen (otrzymał Grand Prix za „Przedział nr 6” ex aequo z „Bohaterem” Asghara Farhadiego) podąża w stronę poetyckiego kina analizującego, w jaki sposób tworzą się relacje między przypadkowymi ludźmi, co je buduje, a co uniemożliwia komunikację. Bardziej w kontekście społeczno-historycznym niż psychologicznym. W nagrodzonym filmie, melancholijnym kinie drogi osadzonym na kolejowej trasie Moskwa–Murmańsk fińska studentka archeologii zafascynowana naskalnymi rysunkami tajemniczych ludów Północy trafia w pociągu na przedział z młodym Rosjaninem wyglądającym na groźnego bandytę. Reżyser przygląda się z uwagą i cierpliwością rozwojowi tej historii, jakby chodziło o banalny melodramat. W rezultacie wyłania się z tego dość absurdalna opowieść o kulturowych uprzedzeniach, zmianach punktów widzenia na rzeczywistość, narodzinach emocji, z którymi nie wiadomo, co począć.

Czytaj także: Asghar Farhadi – nie tylko o „Rozstaniu”

Nadav Lapid – artysta osobny i prowokacyjny

46-letni Izraelczyk Nadav Lapid to kolejne odkrycie canneńskiego festiwalu (Nagroda Jury za „Kolano Aheda” ex aequo z „Memoria” Apichatponga Weerasethakula). I na pewno też artysta osobny, o charakterystycznym, prowokacyjnym zacięciu wymierzonym w miejsce urodzenia, żydowską kulturę. Poprzedni dramat Lapida „Synonimy” (zdobył Złotego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie) spotkał się z zarzutami, że przekracza dozwolone granice w odcinaniu się od rodzinnych korzeni, a w nowym konsekwentnie podążą tą samą ścieżką, zajmując się problem wolności słowa w swojej ojczyźnie, gdzie cenzura uniemożliwia artyście wypowiadanie na głos tego, co myśli.

Cannes – festiwal kontrowersji, ważnych spraw i sztuki

Prowokowanie, szokowanie, wzbudzanie kontrowersji to znak firmowy Cannes i może też dlatego ten festiwal zajmuje tak ważne miejsce na filmowej mapie świata. W dziwnym pandemicznym roku okazało się, że tych tematów zebrało się bardzo dużo. Konkursowe tytuły ułożyły się w chór wykrzykujący nazwy bolesnych miejsc. Prezentowały tragiczne skutki prawa do posiadania broni („Nitram”), mówiły o złych przepisach zabraniających ludziom wybrać sobie godną śmierć („Wszystko poszło dobrze”), pokazywały męczarnie kobiet poddających się nielegalnej aborcji w krajach muzułmańskich („Lingui”), opisywały bunt żółtych kamizelek („La fracture”), konsekwencje jaśminowej rewolucji w krajach Maghrebu („Casablanca Beats”), strach przed chorobami psychicznymi („Les intranquilles”). W ostatniej chwili organizatorom udało się nawet dołączyć do programu dokument „Rewolucja naszych czasów” – kronikę brutalności działań policji pacyfikującej prodemokratyczne protesty w Hongkongu.

Czytaj także: Święta lesbijka w głośnym filmie Paula Verhoevena

Kino nie zmieni świata, ale może zabierać głos w palących sprawach. Dzięki Cannes niektóre z nich zostaną nagłośnione, ale i tak zwyciężyła sztuka. Jury nie nagrodziło filmów interwencyjno-publicystycznych, tylko autorskie – takie jak antymusical „Anette” Leosa Caraxa (najlepsza reżyseria) – które stanowią milowy krok w rozwoju kina. I chyba to – poza samym faktem, że festiwal się odbył i nikt, jak dotąd, się nie zaraził – należy uznać za największy sukces tegorocznej edycji.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Droga sztuka – w co się teraz inwestuje

Aukcyjny rynek sztuki w Polsce w swojej 30-letniej historii przeżywał hossy i bessy, mody i nagłe zwroty. Ale mniej więcej od roku po prostu staje na głowie.

Piotr Sarzyński
22.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną