Wyczulenie na wykluczenie
Kto tam? Hipopotam. Filmy z Berlinale będą sporym wyzwaniem dla masowej publiczności
Temat restytucji mienia jest dla krajów postkolonialnych sprawą życia i śmierci. Uczyniwszy zielony kontynent rynkiem niewolników, Europejczycy nigdy się uczciwie nie rozliczyli z tej zbrodni i wciąż bagatelizują problem grabieży, sprowadzając go do wymiaru czysto materialnego. Tymczasem dla rdzennych mieszkańców Afryki to kwestia ich dalszej egzystencji, ciągłości kultywowania tradycji, tożsamości. Naświetla tę sprawę nagrodzony Złotym Niedźwiedziem film, łącząc konwencję dokumentu z fabularną fikcją. Mati Diop, Francuzka urodzona w mieszanej rodzinie (jej ojciec jest Senegalczykiem), używa subtelnych narzędzi, unikając moralizatorskiego tonu. W obrazie trwającym zaledwie 67 minut udało się zawrzeć zdumiewające bogactwo treści.
Wrócimy, skąd pochodzimy
Tytułowy Dahomej to nazwa dawnego królestwa położonego w Afryce Zachodniej (obecnie w południowej części Beninu), które w 1895 r. zostało podbite przez Francuzów, a niepodległość odzyskało dopiero w 1960 r. Przez ponad trzy wieki panowała tam dynastia Houegbadja, która zdołała zbudować regionalną potęgę opartą na transatlantyckim handlu i armii złożonej z kobiet amazonek zwanych Agodjié. W czasach francuskiego protektoratu imponująca lokalna kultura została wyparta, niemal całkowicie zapomniana i zepchnięta do rangi rzeczy, przedmiotu, towaru, który można sprzedać, kupić, a najlepiej wyrzucić na śmietnik. Język fon zastąpiono francuskim, voodoo – chrześcijaństwem, narodowe skarby zniszczono albo wywieziono do europejskich muzeów.
Od połowy ubiegłego stulecia Ghana, Kongo, Algieria i inne kraje zaczęły upominać się o swoje dziedzictwo. W 2016 r. także Patrice Talon, prezydent Beninu, oficjalnie zwrócił się do francuskiego rządu z prośbą o reparacje i odszkodowania. Niedawno, przemawiając na uniwersytecie Wagadugu w Burkina Faso, prezydent Emmanuel Macron zobowiązał się, że do końca 2022 r.